Aleksandra Orłowska - Mała Ukraina

    W ostatniej klasie licealiści mają maturę i osiemnaście lat. Uczą się więc bardzo intensywnie, ale też  - co stało się już powszechnym zwyczajem - bawią na „osiemnastkach”.  Jedna z imprez odbyła się w Villi Park w Groszowicach. Wtedy poznałam Daniiła Kononenko, doktoranta  i pracownika Uniwersytetu Opolskiego, który na imprezie dorabiał kelnerowaniem.

Przyjechał do Polski na studia. - Namówił mnie kolega z Uniwersytetu Podatkowego w Kijowie gdzie wcześniej studiowaliśmy. Miałem wtedy 17 lat i rodzice bali się bardziej ode mnie – wspomina. - Odwiedzili mnie dopiero po sześciu latach.  Początki były trudne, musiałem pokonać chęć powrotu do domu. Czułem się obco, nie znałem języka, między zajęciami na kursie językowym siedziałem w akademiku sam. Wtedy w Opolu było jeszcze niewielu Ukraińców, byłem zdany na siebie. Poznawałem Polaków dopiero jak rozpoczął się rok akademicki. Teraz mam tu więcej przyjaciół niż na Ukrainie.  

Daniił uwielbia Opole i wciąż powtarza, że jest to miasto najlepsze do studiowania. Niewielkie, do centrum łatwo dotrzeć z każdego punktu. Żyje tutaj  zwyczajnie: wychodzi z przyjaciółmi na łyżwy, do kina, czy pubu.  - Wcale mi nie mówią, że jestem „nietaki”. Zdarza się, że powiem coś nieco inaczej, to się pośmieją, ale po przyjacielsku.

- Uciekłam przed wojną. Już w technikum planowałam studia w Polsce. Zachęcił mnie dyplom europejski i lepsze szanse nauczenia się języków oraz większe możliwości  rozwoju -  opowiada Diana Malczenko, studentka trzeciego roku English with Public Relations. Jej matka też tutaj przyjechała. Razem mieszkają w akademiku, gdzie pokój gościnny kosztuje miesięcznie 515 zł od osoby.  Ojciec i brat pozostali w Donbasie, walczą z Rosjanami. - Nie chciałabym wrócić do ogarniętego wojną Donbasu. Wędrowałam po różnych miejscach, aby uniknąć wojny i kiedy dostałam się tutaj na studia, odetchnęłam z ulgą – podkreśla. - Polska jest moim ulubionym krajem. Panuje tu spokój, nie muszę martwić się  sytuacją polityczną – wyznaje. A jednak kocha swój kraj; zachwyca się architekturą i kuchnią, opowiada nawet o metrze, które ciągle ma radziecki klimat. Rysuje obraz Ukrainy pełnej kontrastów, bogactwa i biedy.

Daniił również, mimo że od wielu lat mieszka  w Polsce i tutaj ma przyjaciół czuje się Ukraińcem. - Z człowieka nie da się wyrwać jego pochodzenia, to tak jakby z drzewa próbować wyrwać korzenie, które są jego częścią mimo że ich nie widać – twierdzi.

Anastasiia Nemazana urodziła się na Ukrainie, dzieciństwo spędziła w Rosji, a jej babcia mieszka w Polsce.  Uważa się za obywatelkę świata dla której nie ma granic i podziałów.  Stara się dystansować od konfliktu ukraińsko - rosyjskiego i mieć obiektywny  ogląd  sytuacji. - Władza się kłóci, a ludzie cierpią. Smutno mi, kiedy słyszę, że jakiś chłopak z sąsiedztwa został zabity. To niesprawiedliwe, że giną niewinni. Często na studiach pytają mnie jak oceniam sytuację polityczną w moim kraju, ale ja naprawdę nie mam nic do powiedzenia, to walka  ważniejszych – uważa. Studiuje socjologię na studiach magisterskich. - W Polsce mieszkam od trzech miesięcy, podoba mi się tutaj i chciałabym zostać.  Wszystko zależy od ocen jakie zdobędę, bo wszyscy mówią, że warto iść na studia doktoranckie. Na Ukrainie panuje korupcja, trzeba płacić, żeby dostać dobrą ocenę. Tutaj, oceny zależą od tego, w jakim stopniu przygotuję się do kolokwium. Nauczę się to dostanę piątkę , nie nauczę się  to nie zaliczę. To naprawdę dużo dla mnie znaczy, bo mam porównanie jak było tam.

Na emigrację decydują się osoby, które chcą zdobyć dyplom europejski. Jak mówią moi rozmówcy studia na Uniwersytecie Szewczenki są prestiżowe, jednak trudno się na nie dostać. Do Opola przyjeżdżają studenci, dla których nasze uczelnie stanowią dobrą alternatywą ukraińskich uniwersytetów.  Poza tym doceniają spokój i to, że w niewielkim mieście łatwiej się żyje osobom, które najczęściej są w Polsce pierwszy raz. Opolskie uczelnie również  na tym zyskują. Nasi maturzyści zazwyczaj wybierają do studiowania większe ośrodki akademickie, cudzoziemcy stanowią więc szansę na wypełnienie listy studentów. Mogą się rozwijać, nie muszą likwidować niektórych kierunków. Na Uniwersytecie Opolskim studiuje 7798 studentów, w tym 1141 z Ukrainy (na 1217 cudzoziemców),  na Politechnice Opolskiej ok. 500  cudzoziemców na 10664 studentów.

Centrum Partnerstwa Wschodniego Uniwersytetu Opolskiego. Tutaj studenci z krajów wschodnich uzyskują wszechstronną pomoc. -  Organizujemy trzytygodniowy letni obóz językowy, który pomaga poznać bliżej nie tylko język polski, a przede wszystkim kulturę. Odbywa się we wrześniu, jeszcze przed rozpoczęciem roku. Jeździmy ze studentami do Krasiejowa czy Auschwitz. Organizujemy wyjścia do zoo, na łyżwy, do kina. Tak, aby znali otoczenie i kulturę. Pomagamy w dogadaniu się z władzami uczelni, ustaleniu terminów komisji czy każdej innej rzeczy, o którą student prosi. Dzięki nam nie muszą korzystać z pośredników. Mają łatwiejszy dostęp do komisji rekrutacyjnej, do informacji o etapie postępowania z dokumentami – mówi Ludmiła Kaszko,pełnomocnik rektora ds. współpracy z zagranicą. - W imieniu uczelni wysyłamy do rodzin zaproszenie. Mają wtedy łatwiejszy dostęp do wizy. Rodzina rezyduje w pokojach gościnnych w akademiku.

Wysokość opłat za studia na UO opublikowana jest na stronie Centrum. Studia magisterskie to koszt 2 tys. euro, studia doktoranckie – 3tys. euro. W zakładce na stroni uczelni można znaleźć informacje o pomocy socjalnej i stypendiach dla cudzoziemców. Jest też informacja o osobach posiadających Kartę Polaka.

Studenci ze Wschodu podejmują pracę żeby się utrzymać. - Przyjazd  kosztuje nas ok. 10 tys.  zł. – Jesteśmy zdeterminowani, chcemy się uczyć, ale musimy też się utrzymać – mówią. Dorabiam jako kelner w knajpie, gdzie się  poznaliśmy – przypomina Daniił. Chcą się utrzymać  w kraju, który podoba im się ponieważ  - co  często podkreślają  - różni się od ich skorumpowanej i pogrążonej w wojnie ojczyzny.

Anna Bartoszek, zastępca dyrektora Wydziału ds. Cudzoziemców Urzędu Wojewódzkiego: - Jednym z warunków uzyskania zezwolenia na pobyt czasowy – wydawany na 15 miesięcy - jest posiadanie ubezpieczenia zdrowotnego i wykazanie środków finansowych gwarantujących utrzymanie się w Polsce, tj. kwota 635 zł na każdy miesiąc pobytu, dodatkowo należy posiadać pieniądze na bilet powrotny. Jeśli studia są płatne, muszą mieć również pieniądze na ich opłacenie. Pieniądze studenci przekazują sobie z konta na konto, ale to jest już poza kontrolą wojewody.

Służby wojewody nie prowadzą statystyk, ile jest cudzoziemców w województwie. - Mamy informację ile osób wystąpiło o pozwolenie na pobyt wynikający z różnych okoliczności: studia, nauka, praca, małżeństwo. Niektórzy przyjeżdżają na wizach, które wydaje polski konsulat na Ukrainie i nie korzystają z pomocy urzędu, żeby zalegalizować pobyt. Inni przyjeżdżają do pracy od razu na oświadczeniach z urzędu pracy – wyjaśnia. Liczba cudzoziemców w województwie jest trudna do oszacowania, ale może to być ok. 13 tysięcy (Opolszczyzna liczy milion mieszkańców).  

Anastasiia mieszka w akademiku „Mrowisko” z trzema Ukrainkami. Mimo mocnej z roku na rok integracji między studentami to  w pokojach jest podział  narodowościowy. Jednak cudzoziemcy się tym nie przejmują. Anastasiia nie spotkała się z żadnymi objawami niechęci, nie jest traktowana jak obca.  - Kiedyś na kampus uczelniany dostali się agresywni mężczyźni w dresach. Bili wszystkich, kogo napotkali, nie patrząc na pochodzenie.  Na szczęście był środek nocy i studenci byli w akademikach – opowiada. To jedyna przemoc, jaką widziała u Polaków.  Zaprosiła mnie i Polaków z którymi studiuje na herbatę.  

„Tutaj zdobędę wykształcenie i pojadę na Ukrainie wprowadzać wielkie zmiany”  to byłyby optymistyczne poglądy dzieciaka - mówi Kononenko. - Nie jestem wielce oświecony, ale mam inne podejście. Nie oznacza to, że nie myślę o powrocie. Ale pracuję na Uniwersytecie Opolskim, piszę doktorat. Polski rynek oferuje dużo więcej niż ukraiński, jest bardziej konkurencyjny. To mnie motywuje do osiągania coraz wyższych celów. Im jest ciężej, tym lepiej dla człowieka. Na Ukrainie nawet nie słychać o możliwościach, które tutaj dostępne są dla każdego. Zobaczymy, co przyniesie przyszłość. Chciałbym zostać.

Anna Cichy - Dwie historie z jednej ławki

- W nocy z 9 na 10-lutego 1940 r., około trzeciej nad ranem obudził nas łomot do drzwi i okien. Nie wiem kto otworzył drzwi, pamiętam za to bardzo dobrze, kiedy w sypialni zobaczyłem dwóch mężczyzn z długimi karabinami skierowanymi w naszą stronę. To byli Ukraińcy, po polsku krzyczeli: Ubierać się polskie świnie i wynosić z domu!

Trzeci był Rosjaninem w długim szarym płaszczu i w szarej czapce z naszytą dużą, czerwoną, gwiazdą. Władysław Zybert, który miał wtedy 8 lat tego widoku nie zapomniał do końca życia.

– Pamiętam płacz matki i najmłodszej, pięcioletniej siostry Emilii.

Został  z rodziną  i mieszkańcami osiedla wywieziony na Sybir.

Władysław Zybert to mój dziadek. Jego przeżyciami i historią mojej rodziny zainteresowałam się tak naprawdę  wtedy, gdy na lekcji historii z  koleżanką z ławki, Julką  wylosowałyśmy  do prezentacji temat o II wojnie światowej.  Nie chciałyśmy aby nasza praca była jedną z tych, o których zapomina się zaraz  po wyjściu z klasy.  Julia i ja, Ania, jesteśmy przyjaciółkami, siedzimy w jednej ławce. A dzieje naszych rodzin są dwóch różnych biegunów historii. Mój pradziadek był piłsudczykiem, legionistą, zesłańcem. Pradziadek Julii był Niemcem, służył w Wehrmachcie.

Moja historia

Mój dziadek zmarł w 1993 roku, dlatego nie mogłam z nim osobiście porozmawiać. Na szczęście aby pamięć o tym, co spotkało naszą rodzinę  nie wygasła, sporządził bardzo szczegółowy dziennik  opisujący tułaczkę na „nieludzkiej ziemi”.  Nie wątpię, że  powrót wspomnieniami do tamtych dni musiał go dużo kosztować.  Otworzyłam dziennik, wzięłam mapę i postanowiłam wyruszyć w podróż do tamtych dni odnajdując miejsca, które kojarz ą się  z cierpieniem  i śmiercią  tysięcy Polaków.

Dziennik rozpoczyna się następującymi słowami: - Miejsce, gdzie urodziłem się, historycznie zwane było Kresami Wschodnimi, a dokładniej mój adres urodzenia brzmi: Osada Wojskowa Wsi Borowno, gmina Wielki Obzyr, powiat Kamień Koszyrski, województwo poleskie. Ojciec mój w czasie pierwszej wojny światowej wstąpił do Legionów Piłsudskiego i walczył z tak zwanymi bolszewikami, jako legionista, walczący o odzyskanie Polski suwerennej i niepodległej (…).  Marszałek Piłsudski parcelował niektóre posiadłości ziemskie i przydzielał legionistom. Z przydziałów tych skorzystał m.in. mój ojciec.

Odnalazłam na mapie osadę byłych Legionistów przy wsi Borowno, okazuje się że leży na Wołyniu, obecnie na Ukrainie.

    17 września 1939 r. przekraczając wschodnie granice do Polski wkroczyły wojska Armii Czerwonej.  W ten sposób ZSRR zrealizował zawarty wcześniej z III Rzeszą układ o wspólnym uderzeniu i podziale Polski, zwany Paktem Ribbentrop-Mołotow. Tego dnia Ludowy Komisariat Spraw Zagranicznych ZSRR przekazał polskiemu ambasadorowi Wacławowi Grzybowskiemu notę głoszącą, że „państwo polskie i jego rządy przestały faktycznie istnieć. Tym samym utraciły ważność umowy zawarte pomiędzy ZSRR a Polską”.

- Po przejęciu pełnej władzy przez Armię Czerwoną, nastąpiły prześladowania, szczególnie legionistów z naszej osady. Zabroniono odwiedzin sąsiedzkich, pojedynczo wzywano na przesłuchania, przeprowadzano rewizje w mieszkaniach i każdej zagrodzie. Czynności te były wykonywane przez funkcjonariuszy NKWD i milicję ukraińską, powtarzane co parę dni. (…)(Ojciec) mówił, że pytania NKWD powtarzają się w kółko jedne i te same, np. kiedy wstąpił do legionów, jaki ma stopień wojskowy, ilu zabił bolszewików, jakie posiada odznaczenia , do jakiej należy partii, gdzie ma ukrytą broń i zawsze zapewniali, że jeżeli powie całą prawdę, to więcej nie będzie przesłuchiwany i nie poniesie żadnych konsekwencji.

Wielkie wrażenie robi na mnie to, że dziadek dokładnie zapamiętał i zapisał nazwiska wszystkich rodzin Legionistów z Osiedla Wojskowego, których Rosjanie wywieźli na Sybir. Nasza rodzina: pradziadek Aleksander, prababcia Kazimiera, ich dzieci: syn Józef z żoną i dwójką malutkich dzieci, córki: Helena, Janina, Maria, Stanisława, Kazimiera, syn Władysław (mój dziadek) i najmłodsza Emilia.

Helena, siostra dziadka: -Ja byłam wychowana w patriotycznej rodzinie;  w której pamiętało się, że Moskal to zaborca, więc na rozwój wydarzeń czekaliśmy w naszej osadzie, bo wiedzieliśmy, że na wschodzie nie ma czego szukać. Nasi sąsiedzi w panice uciekali do Rosji i wszyscy tam zginęli.

- Wzięliśmy tylko tyle, ile każdy z nas mógł unieść jednorazowo w rękach. Upchano nas na sanie, jak przysłowiowe śledzie do beczki. Nas  8 osób, furman i 3 strażników. Pilnowano nas jak  zbrodniarzy, karabiny wycelowane w naszą stronę, gotowymi w każdej chwili do strzału.

-Po rozmowie z ojcem wmówiłem sobie, że jestem dorosłym mężczyzną - mój dziadek był wtedy małym chłopcem, młodszym niż ja teraz, ale bardzo szybko dorósł. Doświadczył o wiele więcej  niż niejeden dorosły w naszych czasach.

-Kto pamięta zimę z 1939/40 roku to wie, że temperatura spadała poniżej – 40  C. (…) Od wyjazdu z Borowna do przyjazdu na stację  kolejową w Sarnach, nastąpiła przerwa w moim życiorysie. Nie wiem, którędy, przez jakie miejscowości i jak długo jechaliśmy. Kiedy odwinięto z koców mnie i moje siostry było widno, najpierw zobaczyłem stojące wagony towarowe. (…) przy pomocy  bagnetów załadowano nas do oblodzonych z zewnątrz i wewnątrz towarowych wagonów i zaryglowano.

Tak rozpoczęła się nasza „wspólna” podróż na Sybir. W niewyobrażalnych wprost warunkach.

-Okienka u góry wagonów były okratowane, po obu stronach stały piętrowe prycze z nieheblowanych desek, na środku wycięty otwór służący do załatwiania potrzeb fizjologicznych, niczym nie osłonięty. W pierwszą noc poszliśmy spać o głodzie i w chłodzie.(…) Poza chlebem i surową wodą, nie otrzymywaliśmy nic innego do jedzenia i picia. W wagonie bardzo zimno(…) W czasie snu, zwłaszcza kobietom przymarzały włosy do główek metalowych nitów. Przyniesiona woda zamarzała. Nie było czym się umyć. Zostaliśmy masowo opanowani przez insekty (…)  Niszczenie wszy polegało na (…) sięganiu pod pachy ręką i wyciąganie pełną garścią wszy i sypanie na rozżarzony piecyk lub wyrzucanie na zewnątrz przez otwór w podłodze. Nasilenie świerzbu było tak duże, że na skutek drapania się, szczególnie u dzieci wystąpiły  owrzodzenia na całym ciele. Po kilku dniach w tak makabrycznych warunkach podróżowania wystąpiły różne choroby, połączone z gorączką i majaczeniem, przede wszystkim w nocy.

Czytanie wspomnień dziadka o tragicznej sytuacji moich bliskich sprawia mi duży ból.  Nie potrafię sobie wyobrazić, jak całe to okrucieństwo musiało wpłynąć na jego psychikę i przyszłe życie. Skąd czerpał siłę do przetrwania?...

- Chorzy w gorączce zrywali się ze snu, niektórzy krzyczeli jakby postradali zmysły. (…) Najstarsza w naszym wagonie, pani Szulmonowicz, straciła całkiem umysł, chodziła po całym wagonie, zaglądała za każdą pryczę i szukała swojej służącej. Upodobała sobie w szczególności moją najstarszą siostrę Helenę i wydawała jej różne polecenia, kazała wydoić krowy, pomyć podłogi. Innym kazała iść do lasu, pilnować gęsi.

Jazda trwała dopóki nie skończyły się tory kolejowe, w Archangielsku nad Morzem Białym, w okolicy północnego koła podbiegunowego. 2500 km od wsi Borowno na Wołyniu. Dla nich to była miesięczna podróż w upodlających  warunkach, dla mnie 5 cm na mapie. Ciężko jest mi uwierzyć, że  mam do czynienia z prawdą, a nie czystą fikcją. Podczas całej mojej nauki w szkole, niejednokrotnie  poruszany był temat II wojny światowej.  Dopóki nie przeczytałam wspomnień dziadka, nie uświadamiałam sobie, że to nie są odległe czasy, one dotyczą naszych dziadków.

- Na ulicy, obok hali ustawiona była kolumna samochodów ciężarowych bez żadnego przykrycia, obok każdego samochodu stało po dwóch uzbrojonych żołnierzy.(…) kolumna wyruszyła. Dla nas po raz drugi, w nieznane. Jazda była bardzo utrudniona, gdyż co pewien czas występowały śnieżne zaspy. Podróż z Archangielska do Uspingi, bo tak nazywała się miejscowość, do której przywieziono nas samochodami, trwała cały dzień, a przejechaliśmy, jak się później okazało, niewiele ponad 100 kilometrów.

Dalej ruszyli na piechotę.

- Zaprzężone konie brodziły w śniegu po brzuch i w ten sposób, częściowo przecierały nam drogę, a mimo to ludzie, po pas topili się w białym puchu. Po jakimś czasie wyszliśmy z lasu, a na horyzoncie ukazały się zabudowania. Enkawudzista poinformował nas, że w tej miejscowości, którą widzimy przed sobą zatrzymamy się na nocleg, a niektórzy zostaną tu na zawsze. Miejscowość ta nazywała się Rożewo.

Miałam problem z lokalizacją tej osady. Leży nad rzeką Pinega uchodzącą do Siewiernej Dwiny, która wpada do Morza Białego.

- W Rożewie czekała na nas miejscowa władza(…), komendant posiadał krótką broń, którą trzymał w ręce i wymachiwał nią, wykazując w ten sposób jaki to on jest ważny i groźny. Jak się później okazało, faktycznie był. Ciocia  Władysława: -Mieszkaliśmy w drewnianym baraku, był to rodzaj bliźniaka- cztery pomieszczenia połączone wspólnym korytarzem. W każdym pomieszczeniu mieszkały dwie rodziny; razem było to kilkanaście osób.

Nie żądano od nich żadnych dokumentów. Pytano jedynie o  imię i nazwisko, narodowość, wiek i zawód. Każdy kto ukończył 14 lat musiał się stawić do pracy, która polegała na wyrębie drzewa i spławianiu go rzeką. Surowy klimat nie miał żadnego wpływu na charakter i czas pracy. Ciocia Helena: -Lato syberyjskie niewiele różni się od naszego tylko trwa krócej, a w zimie temperatura spada poniżej -40 stopni, a przy -30 szliśmy do pracy. Na szczęście w zimie nie było wiatru i dzięki temu mogliśmy jakoś przetrwać.

- Niedługo po przyjeździe zachorował ojciec i młodsza siostra Emilka. Nigdy już nie wyzdrowieli, gdyż nie było żadnej pomocy lekarskiej.

Ciocia Helena: -Tato zmarł w lipcu, w czasie ogromnych osłabiających upałów, tak że nawet mężczyźni nie mieli siły, by wykopać grób. Musiałam to zrobić sama. Nie było oczywiście żadnego cmentarza. Wyszukiwaliśmy w lesie miejsce, gdzie była mniejsza plątanina korzeni i tam grzebaliśmy naszych zmarłych. W lesie kilkadziesiąt metrów od drogi z Rożewa do Uspingii.

Czytając dziennik i notatki odniosłam wrażenie, że ludzie mieli tam jednak  pewną  swobodę, wioska w której żyli nie było ogrodzona, nie było krat, niczego co kojarzyło by się nam z więzieniem. Mimo wszystko wolni przecież nie byli. Zaczęłam się zastanawiać dlaczego.

- Lasy po obu stronach rzeki Pinegi rozpoczynały się nad jej brzegami, ale nikt nie wiedział gdzie się kończą, nawet miejscowi Rosjanie nie wiedzieli. Zbytnie oddalenie się od brzegów rzeki i zagłębienie  się w las było bardzo niebezpieczne. Miejscowi, przeważnie staruszkowie Rosjanie udzielali nam wskazówek, jakie znaki w lesie należy zapamiętać aby wracać w tym samym kierunku, z którego się wyszło. Była to nauka bezcenna, dzięki której niejedno polskie dziecko pozostało przy życiu.

Helena: - Przyroda była okrutnym sprzymierzeńcem naszych oprawców. Gdyby Hitler miał Sybir, nie musiałby budować obozów koncentracyjnych.

- W 1942r. dotarła do nas wiadomość, że  prowadzona jest wojna niemiecko-rosyjska. W głębokiej tajemnicy  dowiedzieliśmy się, że Rosja sromotnie przegrywa tę wojnę. Nie znając niemieckich okrucieństw dokonywanych na Polakach, cieszyliśmy się, że nasz ciemiężca przegrywa i wiązaliśmy z tym nadzieje szybkiego powrotu do ojczyzny.

Niestety  czas powrotu nie nadchodził jeszcze przez następne  cztery lata.

-Zima w 1942r., podobnie jak poprzednia, pochłonęła kilkanaście ofiar śmiertelnych. Praktycznie nic nie zmieniło się w naszym życiu, dorośli chodzili do pracy, a my, dzieci do swoich zajęć zbierackich i łowieckich. Wiosną został zmieniony komendant NKWD. Nowy nazywał się Szaszkow i w porównaniu do poprzedniego szatana był aniołem. Nie budził nas po nocach pijany, nie bił ludzi na zbiórkach. Zezwolił na swobodne poruszanie się, nawet do innych miejscowości. Dzięki temu dowiedzieliśmy się, że oprócz Rożewa , Pieczki i Uspingii w pobliżu znajdują się Zora, Warta, i Polnga, gdzie również znajdują się polscy zesłańcy. Zezwolił Polakom i miejscowym Rosjanom na międzyludzkie kontakty. Zaistniały dwa przypadki zawarcia mieszanych związków małżeńskich.

Kiedy już myśleli, że jest w miarę znośnie, znowu los przestał im sprzyjać.

- We wrześniu ciężko zachorowałem, nie wstawałem z pryczy, straciłem całkowicie wzrok, byłem człowiekiem niewidomym. Słyszałem płacz i odmawiane nade mną modlitwy matki i sióstr Heli i Marysi, byłem już spisany na straty. W październiku Komisja Międzynarodowego Czerwonego Krzyża lustrowała naszą egzystencję. Widząc w jakim stanie się znajdowałem, zalecili zawiezienie mnie do szpitala w Chołmogoże. W szpitalu przyjęła mnie pani ordynator. (…) oznajmiła mojej siostrze, że będę żył, ale na prawe oko nie będę widział do końca życia. Niestety diagnoza pani doktor się potwierdziła, od cięcia batem miałem mechaniczne uszkodzenie rogówki. Cięcie batem otrzymałem od Kołchoźnika, który na koniu pilnował przed żniwami obsianych pól i złapał mnie kiedy zrywałem kłosy żyta.

-Po powrocie ze szpitala w „domu” zastałem obraz smutku i rozpaczy. Mamusia uległa wypadkowi przy pracy przy wyrębie lasów. Została przygnieciona drzewem, leżała na pryczy nie mogąc ruszyć się o własnych siłach. Obok na tej samej  pryczy leżała nieprzytomna, i majacząca w gorączce, siostra Janina. Mamusia i siostra po wielkich cierpieniach zmarły w 1943r. Opanowała nas beznadzieja i całkowite załamanie psychiczne, nie wiedzieliśmy co mamy robić ze sobą i jak dalej żyć.

 Wiosną 1943 r. został zniesiony zakaz zmiany miejsca zamieszkania. Polacy mogli wyjeżdżać do każdej miejscowości na terenie całego ZSRR.  Dziadek  z trzema ocalałymi siostrami ruszyli do Kotlasu, 600 km na południe od Rożewa.

 

- Przed wyjazdem udaliśmy się do lasu na groby rodziców, wujka, rodzeństwa i dwóch bratanków. Na grobach odmówiliśmy modlitwy, wspólnie za wszystkich zmarłych i pożegnaliśmy się z nimi na zawsze. Chyba, że istnieje życie poza grobowe i raj, to nasze dusze tam się spotkają, bo ciała nasze już za życia przeszły piekło i czyściec.

Kiedy oglądam na google maps zdjęcia tamtych lasów, tajg nie mogę przestać myśleć o tym, że gdzieś tam przy jakieś drodze pochowana jest moja rodzina. Byle jak, zapomniana.

Po kilku dniach przeżytych na mrozie pod gołym niebem znaleźli pracę w sowchozie przy  zbiorze brukwi.

- Pracowaliśmy do zmroku, bez jedzenia i picia, przed oczami migotały czarne plamy, ale żadne z nas nie padło. Po pracy przyszła do nas brygadzistka. Usiadła na ławce i spod chustki wyjęła tobołek z jedzeniem zawinięty w śnieżno -białą szmatkę. Podając ją mojej siostrze Helenie powiedziała: To jest od mojej matki, która jak wy jest córką polskiego zesłańca z 1863 roku, a ja jestem wnuczką Polaka.

Po sezonie zbiorów  znowu nie mieli pracy. Zamieszkali w barakach koło portu chowając się przed milicją. Głód niejednokrotnie zmusił ich do zjedzenia tego co akurat znaleźli.

-Rosół, mięso, a szczególnie tłuszcz z psa były bardzo odżywcze i niejednego chorego postawiły na nogi, a nawet uratowały od śmierci, o czym przekonaliśmy się już w Rożewie, zjadając kilka psów.

Udało im się przeżyć dzięki pomocy miejscowych Rosjanek i Związkowi Patriotów Polskich który udzielił schronienia i zaopatrzył w kartki na żywność Czerwonego Krzyża.Przebywali  tu rok do momentu kiedy Sowieci zadecydowali, że Polaków należy przewieść z północy na południe. I tak trafili do Saratowa nad Wołgą. Z Kotłasu w prostej linii wg Google maps to jest  2300 km, ale oni wcale nie jechali najkrótszą drogą.

-Spotykaliśmy po drodze pasące się na stepach wielbłądy dwugarbne (baktriany). Zmiana krajobrazu z tajg syberyjskich na widoki pustynno-stepowe stanowiła dla nas egzotykę. Stacja kolejowa, na której się zatrzymaliśmy nazywała się Krasnyj Kut. Przyjechali po nas kupcy (dyrektorzy sowchozów) wybierając te wagony, w których było najwięcej ludzi młodych, zdrowych i zdolnych do pracy. Traktowali nas jak niewolników (…) Pomiędzy kupcami dochodziło do scysji na tle jakości i przydatności do pracy poszczególnych rodzin. Jak nieludzkie i poniżające godność człowieka były fakty dogadywania się między sobą kupców (…) Jak bolesny, przykry i smutny był ten epizod nie da się wyrazić słowami, to trzeba samemu przeżyć.

Helena: -  Warunki w Saratowie były podobne jak na północy. Mieszkaliśmy w lepiankach po kolonii niemieckiej, bo kiedy zbliżał się front, wszystkich Niemców wywieziono w głąb Syberii, a nas przywieziono na ich miejsce.

Z kwestionariusza dziadka  w sprawie uzyskania zaświadczenia  o pracy w ZSRR: Praca w sowchozie Krywojer. Pracownik fizyczny. Ręczna pielęgnacja kawonów, melonów, tytoniu i ich zbiór. Pasienie owiec, pomoc przy strzyżeniu, karmienie owiec. Pracowałem też przy wyrobie i suszeniu kizów (opał z obornika z dodatkiem słomy, pocięty w kostki i wysuszony).  

Tutaj w  1945r. dowiedzieli się że mogą wracać do Polski. Kolejne 2500 km i kolejne trzy miesiące w  bydlęcym wagonie.

- Ale już nie tak upchani jak w tamtą stronę .

Przyjechali do Krosnowic pod Kłodzkiem na Wielkanoc,  w  kwietniu 1946r. Z całej rodziny tylko trzy siostry dziadka: Helena,  Kazimiera, Maria i on.  W 1948 r. przeprowadzili się w okolice Grodkowa.

Babcia Marianna, żona dziadka Władysława: -Pamiętam jak przyjechali, patrzyłam z okna, jak oni tam stali. Śmiałam się z nich bo mieli ubrane takie gumiaki (…). Byłam wtedy bardzo młoda.(…). Władysław  powiedział, że od razu wiedział, że będę jego żoną…

Ku mojemu zaskoczeniu babcia bardzo późno dowiedziała się o wojennej tułaczce dziadka.

- Nie wiedziałam, nikt nie wiedział. Wiedzieli tylko ci co tam byli. Przez wiele lat to ukrywano. Dziadek nie pozwolił mówić na ten temat, bo to było zabronione. Nie wolno było wyjawiać jakie warunki były na Sybirze. Można było o tym  wspominać w sposób jedynie słuszny, czyli daleki od prawdy. Przecież tu też byli komuniści. Mieliśmy pod drzwiami tajniaków z czarnymi kołnierzami postawionymi do góry: „Wychodzić Zybert, wychodzić !” No to dziadek wychodził. Nieraz podsłuchiwałam, ale co tam było słychać? Niewiele. Zmieniło się dopiero w 1989 r.  Wtedy Władysław założył  w Grodkowie Związek Sybiraków.

Helena i Kazia wyjechały do  USA, zamieszkały w  Holyoke  koło Nowego Jorku. Nie zapomniały o swoich przeżyciach: - Aż trudno uwierzyć że tyle latek się przeżyło i to więcej smutnych i ciężkich (…), a co znaczy wojna wiedzą ci, którzy przeżyli, zwłaszcza na wygnaniu (…) Jeden kat zwany Wieszatel mówił, że najlepiej lubi Polaków powieszonych. Wieszatel czyli Michaił Murawjow Wieleński. Nazwano go tak za organizowanie zbiorowych pokazowych egzekucji, w których sam uczestniczył w czasie tłumienia powstania styczniowego.  Bóg stworzył raj, a czort ruski kraj.

 

Związek Sybiraków skupia osoby represjonowane przez Sowietów. Z ponad miliona wywiezionych do obozów karnej, przymusowej pracy nie wrócił co trzeci zesłaniec. To daje wyobrażenie o warunkach w jakich żyli zesłańcy, głód, okropne mrozy, choroby. Sybir-  symbol zagłady, drogi donikąd,  miejsce niewyobrażalnego cierpienia . Pragnę, aby tę historię usłyszało jak najwięcej osób. Żebyśmy pamiętali i szanowali naszą historię. Abyśmy żyli dalej, nie zapominając o przeszłości.

 „…Lecz wszystko milknie. Idzie w zapomnienie, a pozostanie wspomnienie…”

 

Historia Julki

 

"Genießt den Krieg, denn der Friede wird schrecklich" /Ciesz się wojną, bo pokój będzie straszny/

 

 

- My do końca nie wiemy wszystkiego, nie znamy wojennych i frontowych przeżyć pradziadków, dziadków bo przez dlugi czas nie mogli o tym mówić. A jak już nie było to takie zastrzeżone, to moja rodzina już nie pytała i tak to zostało przemilczane. Ja niewiele wiem….

Mimo że  Turawa i jej okolice były niemieckie, to jednak na wsi podczas wojny ludzie nie mieli się tak dobrze, szczególnie kobiety. Zajmowały się domem, dziećmi i z trudem utrzymywały swoje gospodarstwa, musiały wykonywać prace za mężczyzn. Brakowało koni. Nie mogły liczyć nawet na pomoc synów, którzy byli w Hitlerjugend – wyczytała Julka ze starych niemieckich gazet, które przechowuje  w koszulkach foliowych. - Nie brakowało żywności, ale była racjonowana. Utrzymano normalny tryb życia tak dlugo jak tylko było możliwe. Kobiety w ciąży i matki z małymi dziećmi objęte były dodatkową opieką i pomocą organizacji Das Hilfswerk Mutter und Kind (kurz: Hilfswerk MuK, łatwiej mi po niemiecku te rzeczy zapamiętać). Z tej organizacji „aryjskie“ dzieci otrzymywały nawet pewne rarytasy.

To się też skończyło. Kobiety od 18 roku życia musiały pracować 50 godz. w tygodniu. W dostępnych książkach w radiu  zawsze obecna była propaganda. Jak dowiedziała się od wujka mieszkającego obecnie w Niemczech, mężczyźni niechętnie szli do wojska, ale nie mieli wyjscia. I było coraz gorzej. Wszyscy, nawet młodzi chłopcy  byli powoływani i obowiazkowo wysyłani na front. - Nie każdy był nazistą, jak  teraz Niemców się nazywa – podkreśla moja koleżanka z ławki szkolnej.

 

Pradziadek Julki nie żyje, dziadek jest schorowany i rozmowa z nim jest niemożliwa. Nieco informacji udaje się jej zdobyć od wujka. Dzięki czemu możemy odtworzyć chronologię losów wojennych pradziadka Kurta S.  

 

W styczniu 1943 r. trafił do Arbeitsdienst (Urząd Pracy) w Wadowicach. Po trzech miesiącach, w kwietniu został powołany do Wehrmacht Glogau (w Głogówku) skąd pojechał na półroczne szkolenie do Francji. W październiku 1943 r. znalazł się we Wrocławiu w Marschregiment (piechota) i pod koniec listopada został wysłany na front wschodni. Całą zimę 1943/44 r. walczył nad Dnieprem. Piechota w której służył pradziadek w okolicach Kischniewa pokonywała dziennie 40 km. – Szczęśliwie przeniesiony został do Wadowic  i we wrześniu 1944 r. mógł wrócić do domu ponieważ  jego mlodszy brat stracił się i pradziadek pomagał go szukać – opowiada Julia. W grudniu 1944 r. otrzymał bezwzględny pobór do jednostki w Kędzierzynie, a potem do Auschwitz Birkenau na straż ciągów elektrycznych. W styczniu wrócił na front do Kędzierzyna gdzie w okolicy Odry już była Armia Radziecka. -  Wojska  przemieszczały się  i on był wysyłany tam gdzie akurat ludzie byli potrzebni do walki. Został ranny w kolano i trafił do lazaretu przy Schimmendorf (Zimnice Wielkie) - kończy relację Julka.

Po sforsowaniu Odry czerwonoarmiści  spalili wieś, zabili 164 mieszkańców Zimnic Wielkich razem z ks. Karolem Brommerem.

Pradziadek Julki uciekał przed Rosjanami, ale w końcu dostał się do niewoli i został zesłany na Sybir.  

Dr Mariusz Patelski, historyk z Uniwerstytetu Opolskiego pisze:  - W czasie walki o lewobrzeżną część Opola na prawym brzegu funkcjonariusze NKWD rozpoczęli akcję deportacji miejscowej ludności do obozów pracy w ZSRS. Podstawą tych działań było rozporządzenie wydane, 3 lutego 1945 r., przez Państwowy Komitet Obrony ZSRS (Gosudarstwiennyj Komitet Oborony – GOKO), który polecił dowódcom frontów i pełnomocnikom NKWD przy tych frontach przeprowadzić „mobilizację” i deportować do ZSRS Niemców z terenów Górnego Śląska i Prus Wschodnich. (… ) „Zmobilizowani” w ten sposób Ślązacy mieli być wykorzystani jako przymusowej robotnicy m.in. w rosyjskich kopalniach węgla, a ich pracę potraktowano jako rodzaj reparacji wojennych, co zostało także zaaprobowane przez zachodnich aliantów. Akcja „mobilizacji” rozpoczęła się w podopolskich wsiach już 13 lutego 1945 r., jej skala i liczba wywiezionych osób nie jest w pełni znana.

Nie udało nam się dowiedzieć kiedy wrócił z tułaczki do  swojej rodzinnej miejscowości. Jak mówi moja przyjaciółka: wrócił do swojej żony i domu. - Wyjeżdżać im się nie opłacało bo Niemcy same poniosły straty. Ludzie na wsiach  mieli się nawet lepiej, bardziej odcięci od tego wszystkiego żyli i mogli sobie poukładać ich mały świat.

 

Aleksandra Majerska - W centrum weekendu

    Niedzielny poranek. Nawet ciepły jak na jesienny. Przebijające mleczną mgłę promienie słońca zapowiadają piękny dzień. Idealny na spacery i przejażdżki. Odgłosy porannej mszy dochodzące z nowo wybudowanego kościoła sygnalizują, że niewielka, trzytysięczna miejscowość budzi się do życia. Powoli zaczyna również tętnić serce wioski – delikatesy. To cel wędrówek matek z dziećmi, obowiązkowy przystanek wiernych w drodze na świąteczne nabożeństwo, miejsce spotkań znudzonych nastolatków i mekka spragnionych sobotnimi libacjami imprezowiczów.

Odnowiony pięć lat temu budynek miejscowych delikatesów „Centrum" jest świetnie usytuowany. Dwieście metrów na wschód stoi kościół parafialny, na wprost, po drugiej stronie drogi - szkoła podstawowa i gimnazjum, od północy - stacja PKP, a nieco dalej - ośrodek zdrowia, apteka, fryzjer i gabinet kosmetyczny. Pod skazany na handlowy sukces sklep docierają z wolna sprzedawczynie. Jest siódma trzydzieści. Muszą być dość wcześnie, ponieważ trzeba wypić kawę i zakurzyć. W końcu trza nabrać sił. Po całym tygodniu popołudniowej harówki i sobotnim maratonie od południa do dwudziestej drugiej znów muszą całą niedzielę spędzić w sklepie.

    W zagospodarowanej na zaplecze socjalne piwniczce, gdzie poupychano z braku miejsca towar, rozchodzi się gęsta mgła dymu papierosowego i aromat parzonej kawy. Z dziewięciu zatrudnionych pracownic, tylko dwie są niepalące, bo, jak tłumaczą, tu nie da się inaczej, a kawa i papieros to stały rytuał rozpoczynający godziny pracy. Dwie minuty po ósmej zastępczyni kierowniczki sklepu, energiczna trzydziestolatka, daje sygnał i cała czwórka rusza po zawalonych butelkami z wodą mineralną schodach. Na górze czeka już kilkunastu klientów, niecierpliwie stukających w szklane drzwi sklepu. Każda z pracownic bez słowa maszeruje w innym kierunku. Każda wie, co ma robić. Wykonują przecież co drugą niedzielę tę samą pracę. Stała jest również klientela napierająca na drzwi w niedzielny poranek. Wcześniej wychodzi z mszy, żeby się nie ostać w kolejce. To wiecznie niecierpliwi mężczyźni w średnim wieku - bo oni tylko piwo, to stać nie będą, kobieta o rybich ustach robiąca zakupy tylko w niedzielę, ciągle spieszący się bezrobotny Zibi i kilka innych, nieznoszących kolejek osób. I Spyrka. - Tradycyjnie leci po udko, bo wczoraj jak był pięć razy, to nie mógł kupić - komentuje jedna z pracownic, na widok krępego mężczyzny z wąsem. - Czego udek nie ma? No bo sie skończyły w sobotę - odpowiada obsługująca na mięsnym, pulchna blondynka w białym kitlu - a my w niedzielę towaru nie mamy. Czemuś sobie Grzesiu wczoraj nie kupił? Na zapleczu mówi, że zawsze jest to samo. - Wiedzą, że nie ma towaru, a chcą świeże, co dopiero przywiezione, no skąd?

Wraz z gęstniejącym w sklepie tłumem klientów wzrasta zdenerwowanie personelu. Grzebie w bananach i się pyta, czy przyniosę ładniejsze. Tak, zaraz oberwę bananowca i jej przytaszczę- narzeka Renia zajmująca się warzywniakiem. Kolejka jest spora, ale nikt nie spieszy się na drugą kasę. -A niech stoją, ja cały dzień tu muszę sterczeć za darmo- komentuje półgłosem kasjerka.

W końcu nawał ludzi po pierwszej dziś mszy przechodzi. Na hasło: to jest moment, pracownice pędzą na papierosa na zaplecze. Nie schodzą na dół. Nie ma na to czasu, no i trzeba lukać na kasę, w razie gdyby ktoś przyszedł. Już godzina minęła, a zaplanowana na niedzielę praca nawet nie zaczęta. Sprzedawczynie delektują się chwilą przerwy. Nawet niepaląca Gosia odpoczywa w szarym, tytoniowym dymie. -Wszystko jest lepsze od oglądania ich- tłumaczy swoje bierne palenie niechęcią do miejscowych klientów.

Po krótkiej przerwie dziewczyny ruszają do pracy. Tylko Anka narzeka, bo wszyscy odpoczywają, a w sklepie w dzień pański się haruje. Dwie sprzątają warzywniak. Muszą wymyć skrzynki, posegregować owoce i warzywa, i ułożyć wszystko na nowo. W ciągu tygodnia tylko w niedzielę jest na to czas. Na mięsnym podobnie. Towar zostaje wyciągnięty z lady chłodniczej, którą trzeba gruntownie wymyć, poprzebierać i potegować, żeby było ładnie". Przy kasie Gosia, drobna brunetka nazywana przez koleżanki Bobkiem. Stoi na ułożonych jeden na drugim transporterach z piwa i ociera wilgotną szmatką butelki z alkoholami. Woli transportery, bo nie chce się jej szukać drabiny, która i tak jest na jednym nicie, więc bojno na nią włazić. Raz po raz sprytnie zeskakuje ze swego plastikowego podestu, żeby kogoś skasować. Nawał pracy nie przeszkadza jej w czujnym obserwowaniu klientów. W sklepie nie ma ochroniarza, więc funkcję prewencyjną musi pełnić kasjerka. Nic nie umyka uwadze bystrego Bobka. Wie, ile pustych butelek po piwie stuknęło w transporterze przeznaczonym na wymianę. Wie, że trzeba uważać, bo chłopy oszukują i pojawiają się braki. Wie, kto już był na niedzielnych zakupach a kogo jeszcze i o której można się spodziewać, kto dziś będzie miał gości, bo wódkę kupywał i tak dalej. Akurat ten rodzaj pracy absolutnie jej odpowiada, bo w sklepie można się wszystkiego dowiedzieć. Czego nie jest w stanie dojrzeć, na pewno dopyta. Z kasy wciąż słychać jej rozmowy z klientami.

Dochodzi dziesiąta i pracownice lecą na kolejnego szybkiego, bo zaraz następna msza się skończy. Pod sklep podjeżdżają auta. Coraz więcej ludzi przebywa w sklepie. Znów kolejka, pytania o świeże mięso i pieczywo. Klienci chodzą, podnosząc nogi jak czaple, żeby wyminąć powyjmowane w czasie sprzątania skrzynki po warzywach i leżące obok stare owoce. Najgorsze są te komentarze ludzi! Po co oni w ogóle się odzywają? -skarży się Renia, układając jabłka ogonkami do góry. -Niech biorą, co chcą i idą w cholerę! Faktycznie, wielu klientów próbuje wytłumaczyć swoje przyjście w niedzielę do sklepu.

-Oj, Monisiu, znowu dziś pracujesz, biedactwo! Ale jak już otwarte w niedzielę, to przyszłam - mówi młoda mama, ciągnąc za sobą córeczki.

-Ja tylko po cukier - usprawiedliwia się nobliwa, wysoka kobieta w odświętnym żakiecie, wpychając do koszyka płyn do płukania i pakunek pokrojonej na mięsnym szynki.

I znów chwila przerwy. Dziewczyny pracujące w sklepie zastanawiają się, co zjedzą na obiad. Chętnie by coś zamówiły, ale niestety. Zostało za dużo paści. Na obiad przyrządzone zostają popękane i okrojone ogórki, których nikt by już nie kupił, przyschnięte wczorajsze filety z kurczaka i ziemniaczane kulki z dobiegającą końca datą do spożycia. Kasujemy, dzielimy rachunek na cztery i płacimy do kasy, a straty są mniejsze. Gosia tłumaczy zasady ustalania niedzielnego menu i radzenia sobie z ubytkami. Każdy pracownik jest odpowiedzialny materialnie za towar w sklepie. Taki sposób działania chroni przed potrąceniami z wypłat po niekorzystnym wyniku inwentaryzacji.

Przygotowaniem obiadu zajmuje się Monika. W końcu prowadzenie mięsnego do czegoś zobowiązuje. Reszta szybko kończy zaczęte prace, żeby zdążyć przed południem i punktem kulminacyjnym - przemarszem ludzi z ostatniej mszy. Obiad też musi być na czas. Nie za wcześnie i nie za późno, bo kiedy jest ruch, nie dadzą rady zjeść ciepłego posiłku. Dzwony na Anioł Pański zwiastują, że zaraz będzie tłoczno. Gdy pierwsi klienci wchodzą do sklepu, wszystkie pracownice są już na stanowiskach. Tym razem idą na obie kasy. Im szybciej ich spławimy, tym szybciej zjemy- tłumaczą. W ruch idą zakupowe, zielone koszyczki. Słychać stukanie butelek i pikanie skanerów na kasach. W sklepie huczy od rozmów. Po kwadransie następuje zastój. Pora obiadowa w całej wsi, więc także w sklepie. Dziewczyny siadają na czym się da, a zaplecze wypełnia zapach domowego obiadu. Chwila spokoju nie trwa długo. Słychać otwierające się drzwi i stuk obcasów po sklepowej posadzce. Miny pracownic mówią same za siebie. Koniec odpoczynku. Anka zerka na ekran monitoringu. Jakaś kobieta stoi na mięsnym. Monika szybko połyka kęsy. Klientka zaczyna chrząkać i kasłać, dając niby delikatnie znać, żeby ktoś ją obsłużył. Pracownica biegnie na mięsny. Po chwili słychać klekotanie kotleciarki do mięsa. Dziewczyny wściekłe komentują, że schabowych jej brakło, że domownicy czekają przy stole, aż doniesie. Jedynym pocieszeniem zostaje zakurzyć na zapleczu. Monika dojada zimne ziemniaki. Mijając zaplecze, klientka, ta od kotletów, z uśmiechem na twarzy życzy jej smacznego. Idzie chrząkać i kasłać tym razem przy kasie.

W niedzielne popołudnie w delikatesach ruch jest wzmożony. Teraz nie ma już przerw na mszę. Każdy wstępuje niby po drodze albo ze spaceru, tak na chwilę, bo czegoś brakło, przejazdem, z obiadu od teściowej, z nudów. Sprzedaje się wszystko: lody, ciastka, napoje.   W ruch idą piętnastokilogramowe worki ziemniaków, proszki do prania, słoiki na domowe przetwory i inne artykuły pierwszej niedzielnej potrzeby - jak prześmiewczo nazywa je Gosia.     Dochodzi szesnasta. Według grafiku wiszącego na korkowej tablicy koniec pracy na dziś, ale na grafik nikt nie zerka. Bo i po co? Pracuje, ile się pracuje, a gotowy grafik podpisuje się pod koniec miesiąca. Na wolne nie ma szans. Jedna z dziewczyn jest na chorobowym i nie ma mowy o urlopie. Nawet jeśli są wszystkie, to i tak wolne za sobotę czy niedzielę należy do rzadkości. Generalnie mamy dwa dni wolne w miesiącu. Są to dwie niedziele - żali się jedna. Zatrudnionych jest dziewięć osób, a według dziewczyn powinno być co najmniej dwanaście. Pracownice uwijająsię, bo czas goni a wiele trzeba jeszcze zrobić: poukładać towar na zapleczu, uzupełnić znikające produkty z półek, bo dziur być nie może, wyrzucić puste kartony i udeptać je w kontenerach, przywieźć napoje z garażu, bo na zapleczu się nie mieszczą , posegregować puste butelki po piwie do odpowiednich transporterów i zrobić miejsce na nowy towar.

Gosia kończy układać nabiał według dat. Wszystkie z krótką zapisuje się na kartce, by codziennie zdejmować te przeterminowane. Dziś tylko kilka jogurtów ściągnęła z półki. Podzieli między wszystkich i skasują w ramach minimalizacji strat. Dzień się kończy, ale klienci im bliżej zamknięcia, coraz częściej krążą po sklepie, bo jeszcze flaszeczka, bo fajek braknie. Dziewczyny wysyłają faksem zamówienia na poniedziałek, myją podłogę, ścierając błoto za słynnymi, tak zwanymi klientami za pięć siódma.

    W końcu dziewiętnasta! Anka może zamknąć i rozliczyć kasę. Żadna już się nie spieszy. Nie mają siły. Może jeszcze zakurzyć, do domu i spać. Jutro o piątej trzydzieści rano znów muszą tu wrócić. Ale w poniedziałek będzie lepiej. Tylko do czternastej. We wtorek towar, to może się przedłużyć, a później środa, czwartek, piątek, sobota i w końcu... wolna niedziela!

Magdalena Figura - Sorelle Verdi

Rozmowy długie i krótkie redagowane późną porą w towarzystwie procentów oraz osób trzecich
Siedzę na niezbyt wygodnym krzesełku barowym obok najniezwyklejszej osoby, jaką dotychczas było mi dane poznać. Nuci hymn Rosji i bacznie mi się przygląda. Czasem teatralnie otwiera oczy szerzej, żeby przypomnieć o tym, że każde napisane przeze mnie słowo musi być skontrolowane. Pomyślałam, że dobrze będzie pisać w jej towarzystwie, bo cały czas mogę przypominać sobie o nietypowych zachowaniach mojej bohaterki i jednocześnie traktować to zupełnie naturalnie, tak jak to się dzieje zazwyczaj. Chciałam, żeby była w miejscu, które bardzo lubi. „Nasz” bar otwierają o 18:00 i jak o 17:59 jeszcze tam nie jesteśmy, Jane zdecydowanie przyspiesza. Musimy być na czas. Zawsze idę wtedy wolniej, zachowuję odstęp i mimowolnie się uśmiecham. Dopiero okrzyk „pośpiesz się” wyrywa mnie z zamyślenia, podnoszę wzrok i widzę, że Jane czeka podrygując w miejscu. Dochodzimy do celu i wita nas jedna z „sióstr”, charyzmatyczna barmanka, dla której uśmiechu ta sama gromadka osób przychodzi upić się tutaj w każdy weekend. Tak wyszło, że najbliższe przyjaciółki, a w tym i mnie, Jane nazywa swoimi siostrami. Zawsze jest pusto, gdy wchodzimy. Rozmawiamy po angielsku, bo Jane dopiero zaczęła poznawać tajniki trudnego i, jak to mówi: "paskudnego języka polskiego". Przyjechała z Australii razem z rodzicami ponad rok temu.
Jeszcze w czerwcu jej nie znałam. Wiedziałam tylko, że do równoległej klasy dołączył David, chłopak z Australii. Chyba nie było w nim nic nadzwyczajnego poza tym, że chodząc korytarzem śpiewał piosenki. Teraz już wiem, że chłopak o dużej głowie, kruczoczarnych, lekko kręconych włosach i skośnych oczach zdecydowanie nie identyfikuje się ze swoim wyglądem, a jego największą pasją są hymny narodowe. Woli być Jane, w makijażu i czarnej sukience. Nie często ma możliwość wyglądać tak, jak czuje, że powinna, ale gdyby ktoś nie wiedział, jak wygląda czysta dziecięca radość, niech wtedy popatrzy Jane w oczy, wątpliwości znikną. Dziś jest ubrana zwyczajnie, jak co dzień. Dżinsy i dwie kurtki. Z naszej trójki tylko ona uważa, że jest za zimno na zdjęcie obydwu, więc siedzi w skórzanej, szczelnie zapiętej, na moje oko bardzo ciepłej kurtce i lekko się trzęsie.
- Popatrz na moje paznokcie. Czuję się, jakby moje palce zostały rozebrane- smutno wybąkała Jane, wystawiając dłonie zewnętrzną stroną w kierunku barmanki.
- Nie, nie, nie, jak to? - wykrzyknęła - to twoja matka, prawda? Powiedziałaś jej, że zapuszczałaś je przez trzy miesiące?
Pomyślałam, że zaraz ktoś straci życie, bo dziewczyna akurat była zajęta krojeniem limonek do drinków. Zaczęła wymachiwać nożem w prawo i lewo, powtarzając w kółko, że tak nie może być, że Jane powinna była się wykłócić. W końcu matka na pewno dałaby sobie spokój, a skoro spór trwał kilka dni, to tym bardziej.
- Ona jest szalona, zaczęła krzyczeć, kazała mi je obciąć.
- Ech, niby co by ci zrobiła, gdybyś nie posłuchała? Siłą ci ich nie obetnie. - Wtrąciłam zrezygnowanym tonem mieszając piwo słomką. Wiedziałam, co mi odpowie.
- Wyrzuci mnie z domu! Nie znacie mojej matki. - Zupełnie poważnie wykrzyknęła Jane.
- Bez sensu takie gadanie. Tyle razy już miała wyrzucać cię z domu, a jakoś dalej nie trafiłaś pod 2 most, dostajesz pieniądze. Myślisz, że ja się z mamą nie kłócę? Kilka razy dziennie, ale wiesz, rodziców już dawno powinnaś mieć wychowanych. - Dziewczyna za barem tym samym zakończyła tę dyskusję i odeszła w stronę zlewu.
Niestety, prawie zawsze jest problem z mamą Jane. Dla mnie to niewyobrażalne, jak można być tak uległym człowiekiem i tak bardzo się kogoś bać. Nikt z moich przyjaciół nie bierze poważnie słów „w końcu cię wydziedziczę”, ale tutaj jest inaczej. Jane nie jest w stanie nie traktować słów dosłownie. Chyba bardzo łatwo można to wykorzystać, świadomie lub nie, jeszcze bardziej utrudnić już samo w sobie wystarczająco trudne życie tak wrażliwej osoby.
Wszystkie ucichłyśmy. Jeszcze nie wymyśliłyśmy metody na przekonanie Jane, że nie będzie aż tak źle. Nie raz opowiadałam swojej mamie o jej sytuacji i zawsze słyszę, że to różnice kulturowe. Mama Jane jest z Wietnamu. W Azji rodzice są największymi autorytetami, świętością. Do tego stopnia, że młody człowiek nawet nie jest w stanie wyobrazić sobie, jak by to było, gdyby spróbował się sprzeciwić. To jest tak, że siostry są dla Jane symbolami wolności. Nasz styl życia wydaje się nieosiągalny. Jednocześnie stanowi największe marzenie. Nikt nam nie mówi, o której mamy być w domu. I mamy jeszcze coś. Kobiece ciała. Cytując moją mamę: „wy jesteście wyzwolone Europejki. Nie ma takiej opcji, żebyście się rozumiały z Azjatką pod kloszem.”
Jednak, z czystym sumieniem mogę nazwać Jane przyjaciółką. Mimo wszelkich różnic. Co do dziwactw- nie przeszkadzają mi. Pewnie dzięki swoim, lepiej znosi moje. Jakby na potwierdzenie pomyślanych słów krzyknęła do siostry, że krojenie żółtych cytryn jest rasistowskie i jako pół Azjatka nie wyraża na to zgody. To drugie, zaraz po śpiewaniu hymnów, ulubione zajęcie- zarzucanie wszystkim, że to co robią, jest rasistowskie. Wybuchamy śmiechem. Dlatego tak uwielbiam spędzać z nią czas. Przypominam sobie wtedy, że skoro śmiech wydłuża życie to może i dla mnie jest nadzieja na osiągnięcie podeszłego wieku.
Muzyka gra głośniej, w barze pojawia się coraz więcej ludzi. Każdy, kto wchodzi, zostaje obdarzony szerokim uśmiechem zza baru. Dodaje to na tyle śmiałości, że ludzie swobodnie dorzucają swoje trzy grosze do naszych rozmów. Nikt się nie krępuje używać łamanego angielskiego. Jane chce mieć szminkę na ustach. Podaje mi swoją, fioletową. Przy nas może się czuć swobodnie. Ludźmi się nie przejmuje bo wie, że z nami jest bezpieczna. Nawet w Polsce. Czasem myślę, że jesteśmy dla niej bardziej jak starsi bracia albo matki lwice. Prosi, żebym ją pomalowała. Zajęło to chwilę, bo w barze panuje półmrok. Dwóch pijanych mężczyzn się przygląda. Są raczej przyjaźni. Nie mogę się pozbyć nawyku upewniania się, czy przypadkiem nie chcą nas zabić, bo widzą coś "odstającego" od ich normy. Jeden już zagadywał, że mnie kocha, więc zakładam, że nie zagrażają mojej przyjaciółce.
Jane poszła do toalety, jeden z mężczyzn podszedł.
- To jest chłop czy baba? - zapytał mnie szczerze zaciekawionym, zdezorientowanym głosem, przytrzymując się baru jedną ręką.
- Czuje się dziewczyną.
Tylko obserwuję, jak na twarzy rozmówcy rośnie konsternacja.
- Ale, to znaczy, że fizycznie co ma?
- Fizycznie chłopak.
- Aa, dobra. To on jest bi…
- Jest transpłciowa.
Odszedł do swojego kolegi, a barmanka uniosła wzrok znad wycieranych szklanek i uśmiechnęła się do mnie porozumiewawczo.
Jane wraca, pewnie zostaniemy w Sorelle Verdi do rana.

Marcel Polaszek - NIEpodległość

    Warszawa, zatłoczone centrum polskiego życia miliona ludzi, aut i innych środków komunikacyjnych, w których nie ma miejsca dla nikogo. Dzień, jak co dzień warszawskiego marazmu, monotonii i szybkości. Zimny listopadowy dzień. Okno na Wilanowskiej, a za nim jedynie pokryty śniegiem obraz miasteczka. Na kalendarzu czerwona data, „11 LISTOPADA, DZIEŃ NIEPODLEGŁOŚCI”. W telewizji wszędzie pełno o NIEPODLEGOŚCI, ale jakoś inaczej. Słyszę polityków, ministra obrony… Na zegarku dopiero 9:00… W radiu, że dziewiećdziesiąt osiem lat wolności.

 

Warszawski Ucisk

    Wychodzę na przystanek pełen ludzi, wsiadam w autobus - 112. Dociśnięty do ściany przy drzwiach. Brakuje mi oddechu. Mimo wolnego, ścisk  normalny. Miedzy mną napakowany przerośnięty mężczyzna w czarnej bluzie z orłem i średniego wzrostu, ubrany w granatowy garnitur z przyczepionym kotylionem. Obaj w słuchawkach. Inna muzyka.

- „WIELKA POLSKO OJCZYZNA  MA  KOCHANA JAK UCZY HISTORA BYŁAŚ CZĘSTO ROZBIERANA, NAPADANA ZE WSZYSTKICH CZTERECH STRON, I WTEDY HASŁO POLAKU POLSKI BROŃ” –  rapuje dres.

Gość w garniturze kiwa głową…

- Co Ci kurwo nie pasuje? Słuchasz „Immortals”. Zagraniczna kurwo. Moja jest Polska, mój to jest naród, a takimi jak ty należy gardzić.

- Nie ubliżaj mi. Mam swoje zdanie. Żyjemy w wolności.

Dzień, jak co dzień.  Oblega, jak każda inna, rzucana w warszawskim autobusie. Często się je słyszy „Spierdalaj, wypierdalaj, albo zapierdalaj”. Są różne historie. Przecież różnice są zawsze. Ludzie też różni. Obelgi muzyczne. Zawsze wskazane, w końcu charakter, wyczucie, zamiłowanie. No i to jedno „Wychowanie”. Nihil Novi. Wysiadam.

 

Radziecka bomba

    Szara postkomunistyczna ulica Placu Konstytucji. Poradziecka architektura przejęta przez zachodnią komercje, sklepy, gastronomie, a gdzieniegdzie klub nocny, który zapewnia ludowi rozrywkę. Europejski zew. Czasy komunizmu odeszły 25 lat temu, pozostawiły po sobie architekturę, smak miejsc pracy i siły klas robotniczych. Dziś Europa zapewnia nam wolne i nowoczesne dojścia. Ludzie żyją w różnych poglądach, są wolni, ale czy młodzi mają porównanie. Przebijam się miedzy taranującymi mnie ludźmi, którzy nie patrzą, gdzie idą. Dochodzę do centrum.  Na horyzoncie widzę broszkę warszawską - Pałac Kultury. Budynek, który stoi tu ponad pół wieku. Niewzruszony, jak warszawska duma. Wybuch, następny, a po nim salwa. Wojna? Młodzież z obozu nardowegoradykalnego.

- NARODOWA, NARODOWA… POLSKA DUMA. PRECZ Z PAŁACEM, PRECZ Z KOMUNĄ. NIECH ŻYJE POLSKA. CHWAŁA BOHATEROM.

Kolejne salwy w chodnik. Ludzie idą, nie patrzą, przebiegają bokiem. Żadnej reakcji. Na ławce starzec wsuwający bułkę, popijając piwem. Uśmiecha się do mnie, przewraca oczami. Wstaje, odwraca się. Stary odchodzi.

 

Polityczny Grób

    Plac Marszałka Józefa Piłsudskiego, Prezydent przemawia, ludzie słuchają, krzyczą, manifestują. Polacy patrzą, kiwają głowami. Młodzi komentują, starzy przyklaskują, jak powie się  coś mądrego. Mali chłopcy wchodzą na drzewa. Krzyczą:

- Mamusiu widzę Pana Prezydenta.

Po chodniku biegają ludziki w czapkach. Zbierając podpisy w sprawie odwołania prezydent Warszawy.

- Odwołujemy Warszawską Damę!!! Czas zmian i referendum . Warszawo decyduj.

Czarny, Biały… Polak, Rusin, czy Gabończyk. Gdzie różnice? Skóra różna, wszystko różne. Lecz są ludźmi. Jeden tata, bierze na barana swojego syna murzynka Bambo. Syn patrzy, w ręku żołnierzyk z okresu II wojny światowej. Robi porównanie, przykłada w locie do Polskich wojaków. Uśmiecha się.

 

Świat się zmienia, Europa, Polska. Ktoś mądry mówi o równości, wolności i silnym zjednoczonym narodzie, ale nikt go nie słucha. Nakreśla, z szacunkiem, śpiewa dwa wersy hymnu.

- Po studwudziestu latach zaboru, niewoli, polskie państwo odrodziło się…

Historia. Historia nękanego narodu, niszczonego. Kiedyś niszczona przez Prusaków, Rosjan i Austriaków. Bita batem przez zaborców. Później orzeł bity sierpem, młotem po dziobie. Przez Związek Radziecki połknięty. Dwadzieścia pięć lat, zdychającej wolności. Zapach smacznego „Freedom”, niczym Szkoci za Wollesa. Popijający zimną szkocką. Szwajcarskiego Winkelrieda, co za wolność na patyki się rzucił, by frank kredyty i pieniądze zbierał. Żyjemy wolni, ale nie czujemy. Nie rozumiemy. Pić wódkę… piejemy: Tadeusza czy Soplicę, by zapomnieć.

W obronie Bastionu

    14:00, Rondo Dymowskiego. Marsz Narodowy Obozu Radykalnego i Młodzieży Wszechpolskiej. Przemówienia przedstawicieli obozów radykalnych państw Europejskich: Polak, Słowak, Włoch. Słowak o Wiedniu i Sobieskim. Włoch coś „italiani” o sile kościoła i chrześcijaństwa w naszym kraju. Gdyby był Węgier, to przynajmniej byłaby wódka. Wszyscy o jednym o wolnej Europie, obronie starego kontynentu „Matki Europy” przed Islamem i homoseksualizmem. Kreują Polaków na ostatnią nadzieje tej rzeczywistości i ratowania XXI wieku. Polska Bastionem Europy. Z tłumu, darcie japy, które odnosi się do chwalenia Romana Dymowskiego i poległych Polaków. Ktoś zaraz skacze, że wujek Józef Piłsudski to był dopiero poganiacz Bolszewizmu  i Komuny. Wyzwoliciele wolnej Polski. Gość w dresach krzyczy: Polska dla Polaków. Ktoś wspomina czas PRL-u. Zaraz pchnięty, bo bluźni. Ulice pokrywa pierwszy śnieg tej jesieni, flary oświecają zamarzających. Przy mikrofonie wielki facet o mocnym donośnym głosie. Jesteśmy armią i pięścią naszego narodu. Momentalnie tłum się przesuwa, na ustach Cześć i Chwała Bohaterom. Zaczął się Marsz Niepodległości. Bo oto Polska miała się stać bastionem. Idę. Zobaczę. Może zrozumiem. Czułem się, jak mrówka, między tysiącami. Jak kadr z filmu trylogii Tolkiena „Władca Pierścieni. Dwie Wieże”, gdy jeden z antagonistycznych bohaterów krzyczy do armii „Idźcie na Helmowy Jar, nie oszczędzajcie nikogo… NA WOJNĘ”. Starzy, młodzi z flagami, transparenty, flary. Każdy innej postury, wyglądu, wieku. Ojciec, który prowadzi wózek z bliźniakami. Płacz, jęk, ale idą, prą w przód. Wychowanie  ku idei narodowej i lepszego jutra. Organizatorzy marszu proszą o szyk, ładny szyk, majestatyczny wygląd. Mający podkreślić znaczenie, tegoż wydarzenia. Idziemy Jerozolimską, jak armia krzyżowców chcąca odbić Świętą Ziemię.

 

Stary człowiek i …

    Pierwsze odgłosy petard i „achtungngi”. Jeden ładunek pod moimi stopami, zostaje popchnięty. Poza hukiem w uszach słyszę obelgi kierowane w moją stronę przyrównujące mnie do pedałów i TVN-owskich kurew. Wstałem. Szedłem slalomem, szukałem ucieczki, dusząc się. Widzę 80-letniego dziadziusia w berecie. Poszarpana marynarka, dziurawe spodnie, znoszone spodnie. Odur z buzi po kilu „kielonach” i butelek piwa. W ułamku sekundy biegnące dresy z flagami i flarami prą do przodu. Starzec ląduje na asfalcie. Podchodzę, próbuję podnieść. Widzę łzy starca. Słyszę płacz dziecka.

- Synu zostaw  mnie… Starości, nie zabierzesz… Tak, jak Polski nie obudujesz, tak jak mojego truchła. Zostaw dziada na drodze. Czy nie widzisz? Rozpadam się, umieram…

Podnoszę. Dźwigam. Odprowadzam na przystanek kilka metrów. On dziękuje ze szczerym uśmiechem, klepie mnie po plecach, ściska moją zmarzniętą rękę. Życząc zdrowia - odchodzi. Siada. Na jego twarzy widać grymas i łzy. Nostalgicznie patrząc w stronę  pochodu, tysiąca twarzy. Zasypia.

 

Most

    Marsz wchodzi na most Króla Poniatowskiego. Rozchodzi się tylko echo puszczanych petard, które wybuchają w locie. Na ustach „W górę serca jebać TVN…jebać TVN”. Szykanowanie wszystkiego, co według nich przeczy narodowym wartościom.  Na dachu przystanku staje licealista w bluzie z tej słynnej edycji z symboliką narodową. Nawołuje do walki przeciw systemowi, przeciw systemowi i rządom, jak i do „wypatroszenia” wszystkich homo.

-ZAKAZ PEDAŁOWANIA. PRECZ Z PEDALSTWEM W WOLNEJ POLSCE!!!

Różnica. Czyja wina? Homo nie ma prawa? Wina wychowania? Życie bywa ścieżką. Miłość też. Szykany za bycie innym. Oto wolność. Za inność się płaci.  

Fale Imigrantów z Syrii. Ludzie wyznający Islam stali się synonimem choroby. Zarazą Europy zachodniej, która stała się dżumą.

- ISLAM TO ŚMIERĆ. BIAŁA EUROPA. DZIŚ IMIGRANCI, JUTRO TERRORYŚCI.

Pojawia się pytanie „my albo oni?” Wiara Mahometa jest ich wiarą. Mają do niej prawo. Są wolni. Dżihad nawołuje do wojny. Ten z góry też? Przecież nie zabije człowieka. Jestem chrześcijaninem. Niech najpierw mówi mądrość grecka, a później szabla polska. Przecież nie chcemy wojny.  Może trzeba bronić, jak pod Wiedniem?

Chyba płonie most.

 

Powtórka z wczoraj?

    Wybrzeże Szczecińskie. Gruba studentów, dobrze ubranych, która w ręku trzyma „Wyborową”. Proponuje wspólne picie i wznoszenia kielicha za wolną Polskę.

-Trzymaj chłopaczku, wypij za naszą Ojczyznę, wypij z nami studentami za silną i wolną Matkę Polskę. A na drzewach zamiast liści. Będą wisieć komuniści. Śpiewaj z nami, kurwa!!!

Chwila myślenia. Dziś święto. Polska gościnność. Polska wódka. Nie wypada odmówić zacnym studentów szanującej się inteligencji Uniwersytetu Warszawskiego. Chcę iść na studia. Gdzie akceptacja? Zaraz, kiedyś też pili. Październik, 1795 roku. Inteligencja, szlachta zaspała. Polski nie ma. Sto dwadzieścia trzy  lata niczego. Same powstania, próby ratowania. Dziś piją za to, co odzyskane. Piją za wolność. Piją, by zapomnieć. Zapici, nie wiedzą gdzie idą. Chodzą slalomem, podparci jeden o drugiego. Widzę, jak jeden trzyma kielicha, by mi podać.

- Panowie nie dziś. Mam kaca po wczorajszym.

Jedynie, co czułem poza zapachem wódki, agresję i bolesne szczere w ich wydaniu wulgaryzmy. Szlachta, inteligencja. Nic się nie zmieniło.  Idę, nie pije. Nie mogę przecież przespać. Mógłbym zaspać.

 

Ten, który odważył być się mądry

 

    Ulica Siwca. Idę w pochodzie, zlewając się ze wszystkimi. Naprzód w wartkim marszu wysuwają się „Czarni Radykałowie”. Rzucają petardami. Skandują. Lud ustępuje z drogi. Trzech studentów idzie wartkim krokiem. Przyczepiam się.

-Młody, uważaj. Tu teraz  niebezpiecznie - mówi „gruby”.

Studenci Historii UW. Trzech Warszawiaków: Gruby, chudy i ten  wysoki z brodą. Rozmawiają, pouczają. Mówią, że tu niebezpiecznie. Ale idę. Nie boję się. To marsz patriotyczny. Każdy może.

- Czym jest dla was wolność i niepodległość? - pytam.

- Tym, co dla Ciebie chłopaku dom. Polska to dom. Niepodległość to wolność. Wolność dla wszystkich. Nie liczy się kolor. To co łączy, to Polska. Dziś niektórzy ludzie nie rozumieją. Nie rozumieją idei jedności. Piją, skandują. Za co? Za Polskę? Nie. Przyszli, bo wierzą, że są zbawicielami narodu. Pokazują, że to oni stanowią siłę tego państwa. Nie szanują władzy, ani tym bardziej ludzi. Każdy odmieniec dziś może jedynie dostać po mordzie.

- Wiec, dlaczego tu jesteś?

- Mój ojciec zabrał mnie tu pięć lat temu. Bo wierzył i miał swoją ideologię. Własną tezę na temat katastrofy smoleńskiej. Ja nie wierzę. Nie wierzę w nic. Idę bo mam nadzieję na lepsze jutro. Jestem patriotą, bo kocham ten kraj. To miasto mimo, że tutaj się urodziłem i tu pozostanę do końca życia. To mój dom. Zawsze do niego wracam, jak gdzieś jadę. Tęsknię. Jeśli zapytasz mnie, czy wierze w Polskę? To powiem, że nie. W kraj nie uwierzę. To ziemia, którą budują wieki i ludzie. Mam nadzieję. Widzę ją w ludziach. I pomyśleć, że jutro stanie jeden przy drugim... Jak brat z bratem. By budować lepsze jutro tej Ziemi.

Żegnam się. Klepią mnie po plecach. Chudy i gruby się uśmiechają. Gruby wręcza mi kanapkę. A ten z brodą? Myśli. Zadumany stoi obok. Nie odzywa się. Chudy porusza temat filmu „Wołyń” Wojciecha Smarzowskiego. Wymieniamy zdania. Jeden mówi, że jednostronny. Drugi, że brutalny. Śmieją się. Podsumowują krótko: „Dobry Film”. Ten z brodą się nie odzywa. Trzej muszkietowe zostają. Leszczyński?

 

Naród

    Błonia Stadionu Narodowego. Zmierzch. Scena, tysiące ludzi i biało czerwonych zbierających się flag. Organizatorzy witają. Skandują, krzyczą, śpiewają. Pierwsze starcie. Kibice Cracovi nacierają na Legię Warszawską. Bitka. Krew. Biegnąca straż „Marszu Niepodległości”. Dwa ścierające się ze sobą kluby. Krzyki, petardy. Uciekający na bok ludzie. Nagle spokój. Komenda: „Do Hymnu Państwowego”. Zapalają się flary. Unoszone są flagi. Ryk Mazurka Dąbrowskiego. Dym z petard zasłaniający wszystko. Komenda: „Po Hymnie”. Wypowiadają się organizatorzy, ludzie z dwóch największych stowarzyszeń narodowych: Młodzieży Wszechpolskiej i   Obozu Narodowo-Radykalnego. Przytaczają historie odsieczy Wiednia, powstania Kościuszkowskiego, Listopadowego i Styczniowego.  Na scenie weterani Armii Krajowej. Jedni powiedzą „Bohaterowie”, drudzy aktorzy. Są dumni z tego, co widzą. Czarne bluzy z orłem. Na koszulkach znak Polski Walczącej. Inni z ważną datą z historii na bluzie. Transparenty antykomunistyczne, teksty szykanujące emigrantów, mówiące o zakazie pedalstwa. Białe prześcieradło z napisem „Jebać TVN i WYBORCZĄ”. Czerwono przed oczami. Płonie flaga Ukrainy. „Będziecie Sławni, Cześć i Chwała Bohaterom”. Kopnięta ląduje kilka metrów dalej. „Masz nagrane?”. Przygasła. Zwijam ukradkiem zniszczoną, spaloną i poszarpaną Ukrainę do kieszeni. Nikt nie widział. Kopią dziewczynę. Ślązaczka leży. „Suka Wrocławska”. Czarny orzeł na plecach, kopany przez warszawski Legion. Zabrana przez pogotowie. Dwaj goście palą koszulkę „antykomuny”. „Patrz do kamery”. Dziennikarze ruchu narodowego i nie tylko, biegają. Fotografują i kręcą. Sensacja… Sensacja... Organizatorzy karzą palić ogromny baner zachodniego portalu Facebook. Dziewczyna przede mną robi zdjęcia Smartfonem. Cyka fotę i rzuca na portal. Za mną „Roman Dymowski wyzwoliciel Polski”. Młodzież Wszechpolska rzuca petardy i odbiega. Huk… Odchodzę. Jestem zmęczony. Odwracam się, pozostawiam za sobą czerwoną chmurę przemywaną białymi światłami. Pada śnieg. Wracam do domu.

 

Sadiq, kurczaka? 

    Zimno. Nadeszła mroźna noc. Wracam do centrum, gdzie się wszystko zaczęło. Ludzie wracają do mieszkań. Burczy mi w brzuchu. Nic nie jadłem. Idę do KFC. Zachodnia sieć restauracji fast food. Wchodzę. W środku ludzie z głodnego marszu „wpieprzający” jak świnie kubełki z drobiem. W telewizji, TVN24 Bis, który omawia wydarzenia marszów narodowych z całej Polski. Nikt nie krytykuje. Żadnych wulgaryzmów, tylko blisko setka ludzi ciamkająca i zajęta swoją "paszą”. Nie rozwalają krzesłami zachodnich restauracji, ani telewizora ze znienawidzoną stacją. Zamawiam sobie mały kubełek za 9,90. Siadam. Przede mną siedzi człowiek o ciemnej karnacji. Unosi głowę znad kubełka i sałatki. Uśmiecha się.

- Dobry wieczór, smacznego - mówi.

Poznałem dwudziestoczterolatka Aliego. Tureckiego studenta UW wydziału Stosunków Kulturowych. Mieszkającego w Polsce od czterech lat.  Krótka broda, elegancka koszula w kratę, buty z CCC.  Co je muzułmanin? Frytki, kurczaczki, sałatkę. Popija wszystko colą. Rozmawiam z nim o zainteresowaniach, domu, rodzinie. Zaczynam tak, jak z każdym człowiekiem. Proponuje i częstuje mnie swoimi kurczakami.

-Nie boisz się tu siedzieć? – zapytałem.

-Nie. Kogo mam się bać? Ludzi?  Nic im nie robię. Żyję tylko. Jeśli chcesz wiedzieć nie wierzę w Allaha. Już nie. Jestem ateistą. Nie ma wiary, ani Boga, skoro pozwala na nienawiść wobec drugiego człowieka. Władza, pieniądze. Tylko podział i różnice. Dżihad jest zagrożeniem dla świata. Ideą zniszczenia drugiego człowieka. Tak, jak krucjaty, czy wojny. Mój ojciec i dziadek. Oni byli… Mniej tolerancyjni. Radykalny Islam. Sam rozumiesz. Jedna wiara, jeden Bóg. Nie chciałem tego. Przyjechałem do Polski na studia. Może za kolor skóry, kraj pochodzenia mnie nie wyrzucą. Ten kraj stał się dla mnie ostoją. Nie mam gdzie wracać. Do Islamu, do Ojca, czy Ankary nie wrócę. 11 listopada to ważny dzień dla waszego narodu. Każdy świętuje go inaczej. Zjedz jeszcze Sadiq. Wyglądasz na głodnego.

    Porozmawialiśmy. Zjedliśmy. Pośmialiśmy się. Pokazał mi, że świat,  w którym żył to inny świat. Inne zasady. Islam, w którym był chowany uczył poszanowania jednej wiary. Ojciec pokazywał, że nie ma nic poza dobrem rodziny i Allahem. Koran miał być nauką w dzień i noc. Polska dała mu wolność. Odnalazł swoją własną Niepodległość. Więcej się nie spotkaliśmy.

 

Rzeczywistość  

    Zmęczony wróciłem do mieszkania. Obudziłem się rano. W kalendarzu 12 listopada. Wziąłem prysznic. Spakowałem się i opuściłem mieszkanie na Wilanowskiej. Warszawa wróciła do rzeczywistości. Ludzie, zatłoczone środki komunikacji. Faceci w garniturkach mówią o krachu na giełdzie. Licealistki mówią, co kupią na nadchodzącą styczniową studniówkę. Student opowiada o czwartkowych „zaliczeniach” na imprezie. Ludzie zmierzają do pracy. Tysiące aut, wyprzedzający autobus 112.  Życie wciąż zagonionej  Warszawy. Dziś nikt nie mówi o Niepodległości. 11 listopada, Marsz Niepodległości. To już przeszłość. Nie ma wulgaryzmów, nie ma wojny domowej, nie słychać odgłosów bitwy. Dziś nikt nie powie o różnicach. Wczoraj jest dziś. Opuszczam Warszawę. Telefon do ukochanej: „Wracam do domu”. Wspominam ludzi. Co wierzyli i nie wierzyli w lepsze jutro. Wspominam podział, łzy i różnice. Polska to dziwny kraj. Kraj starych i młodych. Ludzi różnych idei. Ziemia,  po której chodziły i chodzą różne narody. W sporej przewadze obywatele Polscy. Różnią się właściwie wszystkim. Co ich łączy? Może Bóg to wie....

Niech zstąpi Duch Twój i odnowi obliczę Ziemi!

Czy odnowił?

Czy zmnieniło się oblicze?

Tak!

Dziś Polska ma twarz wykrzywionego wściekłością nacjonalisty.

Twarz, której się wstydzę i boję...

 

Pociąg  do domu. Peron drugi. Kierunek… Gdzie moja NIEpodległść?

2018  Ogólnopolski Turniej Reportażu im. Wandy Dybalskiej   globbersthemes joomla templates