Dominika Świerad - Wujek z Ameryki

ZAPACH DOBROBYTU

           Ameryka pachniała talkiem, pralnią i naftaliną. Kawałki wielkiego świata pochowane w kolorowych od znaczków i stempli paczkach wydzielały taką właśnie - niby codzienną, a jednak niezwykłą woń, której Robert nigdy nie zapomni.

Najpierw w ekscytacji szło się na pocztę, później targało to wielkie pudło przez pół miasta, żeby w końcu móc rozerwać papier, przeciąć wieko i odetchnąć odrobiną zachodniego bogactwa – dżinsami, szerokimi spódnicami, koszulami z nadrukiem. Gdy Robert był mały, nie obchodziło go, od kogo dostawał te prezenty. Ważna była zawartość, wszystkie te rzeczy, których nikt wokół nie miał, których w ogóle nie można było dostać. Wiedział tylko, że gdzieś w Miami Beach mieszka Franek – dwójrudni, czyli przyrodni brat jego taty. Mityczny wujek z Ameryki.

Nie utrzymywali ze sobą kontaktu. Czasami Franek napisał kartkę, raz, może dwa razy do roku zadzwonił zapytać, czy wszystko w porządku, ale nigdy nie mówił wiele o sobie. No i przysyłał paczki. Z biegiem czasu jednak, gdy w Polsce sytuacja zaczęła się poprawiać i coraz więcej pojawiało się na półkach, zawartość przesyłek okazywała się być coraz uboższa, coraz bardziej znoszona. Najwyraźniej świadomość PRL-owskiej rzeczywistości w Stanach opierała się na przerysowanych wyobrażeniach brudu, smrodu i ubóstwa. Po kilku latach kontakt ograniczył się już tylko do okazjonalnych życzeń.

Robert dorósł, poszedł do wojska, założył rodzinę, wyprowadził się. I właśnie wtedy, po prawie połowie wieku mieszkania na emigracji, wujek przyjechał z wizytą do rodziny, przywożąc ze sobą żonę - Dinę.

Ich pierwszą reakcją po przekroczeniu progu domu brata było najszczersze zdumienie. Na widok czego? Uprasowanej pościeli, skórzanych butów, radia, czystych okien. Dina chodziła po domu i robiła wszystkiemu zdjęcia, nie dowierzając, że w kuchni stoi prawdziwa lodówka, a w łazience jest wanna i bieżąca woda. Dopiero teraz okazało się, w jaki sposób Polska widziana jest za wielką wodą i jak bardzo jest to obraz zniekształcony. Pytanie tylko – dlaczego? Przez media, zajmujące się prawdopodobnie tylko obszarami największej biedy i wyolbrzymiające komunistyczną codzienność, czy dlatego, że po prostu nikt nie chciał wiedzieć, jak jest naprawdę? Ci, którzy wyjechali, starali się układać sobie nową codzienność, stawać się nowymi ludźmi, iść naprzód. Po co wiecznie ciągnąć za sobą ogon tego, od czego cudem udało się uciec? Mimo wszystko jednak, tęsknota, sentyment, albo może jeszcze inny powód sprawiły, że gość z Miami pojawił się w Zielonej Górze. Wtedy też pierwszy raz Robert dowiedział się o nim czegoś więcej.

Dina była piękną kobietą. Żydówką. Zaraz po przyjeździe kupiła więc własny garnek, żeby wciąż móc jeść koszernie w domu, w którym nigdy takiej tradycji nie było. Nie wytrwała jednak w tym postanowieniu nawet dwóch dni – gdy tylko spróbowała zup Marysi, swojej szwagierki, od razu zaczęła jeść wszystko, szybko nawiązując dobry kontakt z obcymi jej, znanymi tylko z opowieści ludźmi. 

To po niej Franek ma w paszporcie inne nazwisko – nie Zborowski, a Cohen. I jako Żyd funkcjonuje na Florydzie, tak znany jest swoim dzieciom i wnukom -  a raczej był, bo przyznał się do swojego prawdziwego pochodzenia w wieku 91 lat. Dopiero. A historia, jak do tego doszło, jest niczym wyjęta z filmu.

WRÓŻBA I WOJNA

Franek Zborowski miał siedem, może osiem lat, gdy jego przyjaciółka Wiktusia przepowiedziała mu w piaskownicy, że kiedyś ożeni się z Żydówką. Natychmiast jednak wypadło mu to z głowy, zastąpione przez inne, dużo ciekawsze dziecięce myśli.

Minęło kilkanaście lat, nadszedł rok 1939. Wybuchła II Wojna Światowa. Franek chciał zapisać się do wojska, nie zdążył jednak – szybsi byli Niemcy, wysyłając go wraz z innymi chłopakami na roboty do Wrocławia, gdzie kazano im pracować przy budowie mostu. Była już jesień, pierwsze mrozy, a codziennymi zadaniami było między innymi wypompowywanie wody z fundamentów i montowanie słupów, na których cała konstrukcja się trzymała. Bez specjalnych zabezpieczeń, bezustannie, przez wiele godzin. Nie wolno było im chodzić do kościoła. Skromne, wystarczające jedynie na przeżycie jedzenie dostawali w ramach dniówek, ale wszystko inne było na kartki, a tych wciąż brakowało. Poznali jednak piekarza, który czasami specjalnie deformował bochny łopatą, żeby później móc je im po cichu sprzedać. Ale z czasem racje żywnościowe zaczęły się zmniejszać, przyjazną piekarnię zamknięto, a jej właściciel zniknął. Zaczęły się choroby z wycieńczenia i głodu. Nie było wyboru – żeby przetrwać, Franek wraz z kolegą Hornigiem kupili bilety i wyjechali do Berlina, bo słyszeli, że tam można łatwo dostać chleb.

W Niemczech Franek pracował przy budowie torów kolejowych, wieczorami dorabiając jako szewc. Praca była ciężka, ale zapewniała mu przynajmniej pełny żołądek, a tylko to się wtedy liczyło. Zdarzyło się, że podarte buty przyniósł do niego zakładowy kucharz. Franek nie chciał zapłaty, w zamian za co dostawał lepsze zupy i dodatkowy chleb, nie tylko dla siebie, także dla kolegów z fabryki.

Jesienią 1941 roku całą ich berlińską kompanię przyłączono do Organizacji Tod i wysłano na wschód, do zwężania rosyjskich torów dla niemieckich pociągów. Pracowali całą zimę na granicy wytrzymałości. Pewnego dnia Frankowi zrobił się na nodze czyrak, tak bolesny, że niemożliwe było nawet włożenie buta. Nie wstał wtedy na pobudkę, świadomy, że zostanie ukarany. Nie musiał czekać długo – po niespełna dwóch godzinach przyszedł po niego niemiecki żołnierz i zabrał do więzienia.

KARCER I SARDYNKI

Cela byłą zwyczajnym, pustym pokojem. Pośrodku stał jedyny mebel – długa, surowa ława, a w kącie kaflowy, zimny piec. Zanim żołnierz zamknął drzwi warknął tylko „nicht rauchen!”, po czym wyszedł, zostawiając Franka samego.

Chłopak, nie mając żadnego zajęcia ani pomysłu na to, co mógłby ze sobą zrobić zaczął przyglądać się piecowi, obchodzić go z każdej strony. Po chwili zorientował się, że drzwiczki do ładowania węgla są otwarte, a w środku jest coś schowane. Wsunął do wnęki rękę i wyciągnął pomiętą paczkę papierosów i puszkę po sardynkach, wewnątrz której znalazł kawałek metalu przypominający powyginany klucz. Poczekał do nocy, aż na korytarzu ucichły kroki strażników i wytrychem dosyć szybko otworzył drzwi. Zszedł na dół, do kantyny i kupił zapałki, a także jeszcze jedną paczkę papierosów, po czym wrócił do swojego więzienia, zamykając od środka.

Koło północy zbudził go hałas. Przyprowadzono, a raczej przywleczono mu towarzysza, zupełnie pijanego, który natychmiast rzucił się na podłogę i zasnął. Ocknął się dopiero nad ranem, wciąż było jednak zbyt ciemno, żeby zobaczyć jego twarz. Poprosił Franka o papierosa i w blasku zapalonej zapałki okazało się, że to tutejszy kucharz, ukarany za wieczorne pijaństwo i bójkę na sali. Zabrano go już ze świtem z nakazem powrotu do pracy, nie zapomniał jednak o swoim chwilowym kompanie niedoli i obiecał przemycać mu resztki z posiłków.

Po dwóch dniach jednak odesłano Franka do szpitala, w którym spędził najbliższe tygodnie. Miał tam wystarczającą opiekę, wygodę i spokój, potraktował więc wizytę jako błogosławieństwo. W końcu mógł zregenerować trochę siły.

SPEŁNIONA PRZEPOWIEDNIA

Wojna trwała już trzy lata, a kolejnym miejscem, w którym wylądował Franek był Brześć nad Bugiem. Pracował tam znów przy kolei, doszło do tego jeszcze  zbijanie konstrukcji.

16 Października 1942 roku,wczesnym popołudniem, w drodze na budowę usłyszał wystrzały. Ukrył się obserwując jednak całe zdarzenie – niemiecki żołnierz ciągnął za kołnierz jakiegoś Żyda, wrzucił go do dołu i kilkukrotnie strzelił z karabinu. Zabrakło mu jednak ostrożności i precyzji w celowaniu, bowiem w chwili, gdy zmieniał naboje, mężczyźnie udało się uciec.

Franek był przerażony i w obawie o własne życie bał się ruszyć, żeby nie zostać zauważonym. Po chwili usłyszał jednak, że ktoś zbliża się do niego od przeciwnej strony. Serce mu zamarło, ale była to tylko młoda, piękna kobieta. Podeszła do niego pytając, czy nie ma chleba i mówiąc, że potrzebuje pomocy, że jest Żydówką i nie ma żadnych dokumentów. Franek nic nie miał, nie wiedział też, co mógłby dla niej zrobić. Powiedział jednak, że spróbuje coś wymyślić i może zobaczyć się z nią po pracy w parku.

Gdy spotkali się wieczorem, usiedli na ławce i długo dyskutowali, obmyślając plan. Stanęło na tym, że Franek następnego dnia pójdzie do swojego przełożonego i przedstawi Dinę – bo tak właśnie  na imię miała dziewczyna, jako swoją narzeczoną, która przyjechała do niego, bo chcieli ją wysłać na roboty do Niemiec, a niedługo planują się pobrać i pragną być razem. Miał wykorzystać metrykę, którą Dina dostała od stróża -papiery jego zmarłej siostrzenicy - na nazwisko Halina Mackiewicz. I zrobił dokładnie tak, jak postanowili – następnego dnia poszedł do biura i opowiedział, że przyjechała do niego dziewczyna, i gdy chciała przejść przez granicę na moście i nie chciano jej przepuścić rzuciła się do wody i przepłynęła na drugi brzeg, jednak prąd był tak silny, że porwał jej torebkę ze wszystkimi dokumentami i pieniędzmi. Szef, Niemiec, zapytał, czy może Halina (Dina) nie chciałaby pracować u nich w kuchni, bo potrzebują kogoś zaradnego, na co Franek chętnie przystał. Po dwóch tygodniach byli już małżeństwem, a ona dostała paszport, figurując jako Halina Zborowska. Franek czuł się w tej sytuacji trochę niepewnie i dziwnie, ważniejsza była jednak satysfakcja i poczucie, że pomógł dziewczynie w potrzebie.

STANIKI W HAWANIE

Franek pracował na budowie, Dina gotowała, a z każdym dniem ich formalne, wzięte z konieczności małżeństwo zmieniało się w prawdziwe uczucie. Po kilku tygodniach wiedzieli już, że  chcą zawsze być razem i muszą jak najszybciej gdzieś uciec, bo w każdej chwili mogą przenieść ich w inne miejsca i rozdzielić.

Okazja przyszła niespodziewanie. Dina dostała od swojego wuja, mieszkającego na Kubie zaproszenie i dolary na bilety dla niej i dla męża. Nie zastanawiali się w ogóle, w ciągu kilku dni uregulowali wszystkie zaległe sprawy, w pośpiechu pożegnali się z tymi kilkoma bliskimi i znajomymi, którzy zostali i wyruszyli do Ameryki Środkowej. Czekała tam na nich cała diaspora żydowska z wujkiem Diny na czele, chętna do pomocy, z poczuciem, że w tych czasach trzeba trzymać się razem. Już tam Franek przedstawiał się jako wyznawca wiary mojżeszowej, tłumacząc polski paszport niezbędnym do  przekroczenia granic.

Mieli gdzie mieszkać, ale musieli za coś żyć. Nie  wiadomo dokładnie jak do tego doszło, ale wpadli na pomysł założenia sklepu-szwalni damskiej bielizny. Dokładniej rzecz biorąc – robili biustonosze. Ani Franek ani Dina nie byli wprawdzie nigdy uczeni w tym kierunku, ale po pewnym czasie okazało się, że jego umiejętności szewca i jej podstawy krawiectwa wystarczyły. Zaczęło się od kupionego gdzieś amerykańskiego stanika, który rozpruli, pocięli na części i na jego wzór zaczęli projektować własne. Byli młodzi i zaradni, dzięki czemu przez następnych kilka lat żyli we względnym spokoju, nie martwiąc się o bezpieczeństwo ani o to, czy będą mieli co włożyć do garnka. Jednak gdy w 1952 Batista został dyktatorem, przeczuwając kolejne zamachy i rewolucje postanowili uciekać. I wtedy Dina i Franek, już oficjalnie nie Zborowski, a Cohen, jako żydowskie małżeństwo przenieśli się do Miami Beach na Florydzie i tam zamieszkali już na stałe.

KONIEC I POCZĄTEK

Urodziły im się dzieci, później wnuki, a niedawno Franek został pradziadkiem. Wszyscy wychowywani byli w wierze żydowskiej, pewni, że takie właśnie są ich korzenie. Przez wszystkie te lata do ojczyzny przyjechał tylko raz – wtedy, gdy tak bardzo dziwił się z Diną panującą tu cywilizacją. Byli małżeństwem aż do jej śmierci jesienią 2011 roku. I dopiero wtedy Franek przyznał się swojej amerykańskiej rodzinie do prawdziwego pochodzenia. Wyjawił, że nie urodził się Żydem, a Polakiem, katolikiem, po prawie siedemdziesięciu latach.

Dlaczego nie powiedział o tym wcześniej? Dlaczego w Polsce musiał ukrywać wiarę i urodzenie Diny, a w demokratycznym USA lepiej było mu być Żydem?

Może nie dowiemy się tego nigdy. A może odpowiedź przyjdzie już niebawem – w przyszłym roku na wiosnę Franek chce ponownie przylecieć do rodzinnego kraju, zobaczyć się z bratem. Czuje się wspaniale i nie może doczekać spotkania. Pisze pamiętnik, który chciałby wydać. Wspomnienia, którymi nigdy się nie dzielił, tajemnice z czasów wojny i jego życia na emigracji. Ma 91 lat.

*Nazwiska bohaterów reportażu zostały zmienione. 

2018  Ogólnopolski Turniej Reportażu im. Wandy Dybalskiej   globbersthemes joomla templates