Norbert Czechowski - Na solo i w bohurcie…

Zanim niebo runie na ziemię…

Wschowa. Bogdan, trzydziestosześcioletni lekarz weterynarii, właśnie odbiera poród klaczy. Świadkami porodu jest gospodarz, jego żona oraz ich szesnastoletni syn. Mimo małych komplikacji źrebię rodzi się zdrowe i już po paru minutach beztrosko biega po stajni. Może kiedyś zasiądzie na nim jeden z moich rycerzy, wypowiada na głos swoje myśli weterynarz, wywołując nie lada zdziwienie wśród domowników. Bogdan jest już bowiem na polach grunwaldzkich, już obejmuje wzrokiem tysiące rycerzy nacierających na siebie podczas wielkiej inscenizacji bitwy pod Grunwaldem. Po chwili wraca jednak myślami do stajni, klepie gospodarza po ramieniu i stwierdza, że wszystko będzie dobrze.

Sława. Podleśniczy Robert odmierza kolejne kubiki ściętego drzewa, które są przygotowywane do transportu. Po godzinie wszyscy pracownicy oddalają się do samochodów na drugie śniadanie, ale on jeszcze na chwilę zostaje przy wycince. Kiedy drwale są już daleko, zwinnym ruchem chwyta siekierę w obie dłonie i zaczyna atakować ścięte bele drzewa sosnowego, a tak naprawdę obrońców Wielkiego Mistrza Zakonu, Ulricha von Jungingena. Pod okrutnymi ciosami siekiery wyimaginowani niemieccy zakonnicy padają niczym kłody ściętego drzewa.  W końcu Robert traci siły, odkłada siekierę na miejsce: Dobra, jeszcze tylko kilka tygodni do Grunwaldu, wytrzymam.

Sto kilometrów dalej, w Poznaniu, student elektromechaniki Sławek, wsłuchuje się w monotonny głos wykładowcy, który właśnie tłumaczy zawiłe tajniki układów scalonych. Bardzo mocno stara się skoncentrować, ale ołówek w dłoni sam pcha się na kartkę czystego papieru i rysuje na niej dwa nagie miecze wbite w ziemię.

Na trzy dni przed kolejną rocznicą bitwy pod Grunwaldem Bogdan, Robert i Sławek spotykają się z resztą drużyny ze wschowskiego bractwa rycerskiego, aby przyłączyć się do jednej z chorągwi króla Jagiełły i po raz kolejny, w glorii i chwale, przelać krzyżacką krew.

Biję się, żeby zapomnieć…

Na miejscu wszystko rozpoczyna się od rozbicia obozu. Bractwo dorobiło się dwóch namiotów, jeden przeznaczony jest na kuchnię, a drugi służy nam za sypialnię, chwali się Sławek, dziesiętnik. Najpierw mężczyźni wyrównują teren na którym mają stanąć pawilony. W tym celu używają niespecjalnie średniowiecznych łopat, a dokładniej szpadli pochodzących z demobilu armii. Technika rozbijania namiotów nie zmieniła się od stuleci i tak po kilkunastu minutach pierwsza część obozowiska zostaje ukończona. Następnie rycerze rozpakowują pozostałe kufry, a w zasadzie torby i plecaki, w których – oprócz średniowiecznego wyposażenia – znajdują się mydła, szczoteczki do zębów oraz inne niehistoryczne przedmioty. Po rozłożeniu rzeczy na zewnątrz namiotów: dużego drewnianego stołu, krzeseł, kotłów do gotowania czy wiader na wodę (wszystko wzorowane na przedmiotach codziennego użytku z epoki średniowiecza) przychodzi czas na przygotowanie miejsca do spania. Do namiotu trafia siano, które następnie należy równomiernie rozgarnąć. Spanie na słomie nie jest szczególnie wygodne, dlatego – jak informuje Sławek - część ludzi śpi na sianie, niektórzy w siennikach, a spora grupa… na mało średniowiecznych, campusowych karimatach. Po rozbiciu obozu ludzie przebierają się w średniowieczne stroje: skórzane buty wiązane na rzemienie, wełniane lub lniane spodnie, lnianą koszulę oraz wełnianą górę dubletu, przypominającego dzisiejszą bluzę na guziki. I zaczyna się to, co wszyscy rycerze i wszystkie damy kochają najbardziej. Można się trochę zapomnieć, odreagować, nie martwić się o rachunki za prąd, za gaz, za benzynę. To czas tylko dla nas, sprawy codzienne zostają w domu, teraz liczy się tylko bitwa, czas spędzony we wspólnym gronie, tłumaczy Bogdan, na co dzień stateczny ojciec i mąż, obecnie jeden z rycerzy Hospodarstwa Mołdawskiego.

Kasza jęczmienna daje siłę

Najpierw trzeba rozpalić ogień. W tym celu grupa trzech osób idzie na pobliskie skupisko pociętego drewna i przynosi kilka bali do obozu, które następnie dzieli na jeszcze mniejsze kawałki. Do rozpalenia ognia używa się niehistorycznych, czechowickich zapałek. Następnie nad ogniskiem stawia się kocioł, który jest umocowany na trójnogim stojaku. W tym czasie inna osoba przynosi kilka paczek kaszy jęczmiennej Sonko (niestety zapakowanej bardzo nowocześnie, tj. w foliowych woreczkach), a jeszcze inna udaje się po wodę do pobliskiego kranu. W tym czasie pozostałe osoby przeglądają swój rynsztunek: miecze, topory, tarcze i dokonują konserwacji sprzętu za pomocą papieru ściernego. Po zagotowaniu wody polowy kucharz dodaje do niej kaszę, która bardzo szybko pęcznieje (średniowieczny kuchcik nie ukrywa zdziwienia). Po zagotowaniu kaszy przychodzi czas na przygotowanie sosu. W mniejszym garnku przyrządza się pomidorową zawiesinę, która do garnka trafia wprost z pudliszkowego słoiczka. Po połączeniu obu składników powstaje dziwny produkt, o lekkim różowym zabarwieniu, który nakładany jest na drewniane miski. Właściwie sosu jest tylko tyle, że kasza delikatnie zmienia kolor. Nie ważne jak to wygląda i smakuje, ważne, że daje energię, kwituje całe to gotowanie kucharz. Następnie do drewnianych kufli lub mniejszych, cynowych kubków, wlewany jest kwas chlebowy. Niektórzy wybierają wodę. Napoje zostały tu przywiezione w plastikowych butelkach używanych głównie ze względu na wygodę. Natomiast łyżek używamy drewnianych, nieszczególnie wygodnych, a o widelcach nikt nawet nie myśli, wszystko można przecież zjeść łyżką, wyjaśnia jeden z młodszych członków obozu. Często też przygotowywane są podpłomyki. Ciasto robimy z mąki i wody, a następnie smażymy je na patelni nad ogniskiem, natomiast chleb zazwyczaj kupujemy, gdyż nie mamy warunków, by go tu wypiekać.

Na solo i  w bohurcie…

Główna rozrywka większości współczesnych rycerzy sprowadza się do uczestnictwa w turniejach rycerskich. Aby wziąć udział w takiej zabawie należy posiadać odpowiednie uzbrojenie. Wariant minimalistyczny to hełm, ochrona łokci i kolan, jakiś miecz, kolczuga i przeszywanica. Całość to wydatek około dwóch tysięcy złotych. Wariant maksymalistyczny to nawet kilkanaście tysięcy, tłumaczy Bogdan. Ważną kwestię stanowi również wiek tych, którzy chcą się potykać w turnieju – tutaj nie ma taryfy ulgowej, trzeba mieć ukończone 18 lat. Czasami zdarzają się ciężkie wypadki, ale z tą samą częstotliwością mają one miejsce na naszych polskich drogach. Mój kolega pukał się w czoło, kiedy opowiadałem mu o tym, co tu robimy. Pewnego dnia wybrał się na rekreacyjną przejażdżkę rowerem i obudził się po trzech dniach w szpitalu z asfaltem w zębach, bo mu przednie koło uciekło, komentuje dziesiętnik.

W ciągu kilku dni obchodów rocznicy bitwy pod Grunwaldem rozgrywane są różne turnieje, od walk solowych poprzez zmagania konne na kopie, aż po bohurty, czyli walki drużynowe. Wszystko zależy od tego w jaki sposób turniej jest umówiony, w jaki sposób są określone zasady tego turnieju. Jeżeli jest jakiś hardkorowy, to zwykle odmawiam w nim udziału. Dla mnie zdrowie jest najważniejsze, stwierdza Robert.

Zmagania rycerzy w pełnych zbrojach sprawiają ogromną radość samym walczącym, ale też i publiczności oglądającej całe widowisko z trybun. Nad bezpieczeństwem pojedynkujących się czuwa sędzia, który w każdej chwili może przerwać walkę; w pobliżu stale obecna jest też służba medyczna i ambulans ratunkowy.

Innym źródłem rozrywki, preferowanym szczególnie przez kobiety są gry planszowe. Plansze, zgodnie z średniowieczną tradycją, zostały wykonane z kawałka płaskiego drewna lub rąbka skóry z wypaloną ryciną. Pionki do gry również zostały samodzielnie przygotowane, ale im poświęca się już więcej uwagi, bardziej dba się o szczegóły.

Wreszcie Grunwald!

Kulminacyjnym wydarzeniem całej imprezy jest inscenizacja bitwy pod Grunwaldem z Roku Pańskiego 1410. Widowisko przyciąga coraz większą rzeszę zbrojnych, którzy jak w XV wieku zjeżdżają tu z całej Europy. Co zrozumiałe, tak jak za czasów Wielkiego Księcia Witolda, również dzisiaj za rycerzami z Niemiec nikt nie przepada. W oficjalnych relacjach telewizyjnych tego nie zobaczymy, to by było zbyt niepoprawne politycznie dla dzisiejszych stosunków polsko-niemieckich, ale tak naprawdę pod Grunwaldem z Niemcami nikt nie chce rozmawiać, a tym bardziej ucztować – zawsze siedzą osobno, w samotności umierają też co roku na polu grunwaldzkim. W sumie to biedni są ci spadkobiercy Zakonu Krzyżackiego, ale przecież… porządek musi być. 

Pod Grunwald całymi rodzinami przyjeżdżają też zwykli turyści, którzy mają już dosyć oglądania ruin zamków, pustych dziedzińców czy zardzewiałych, rozpadających się eksponatów muzealnych. Bitwę chcą przeżywać z całą intensywnością: widzieć nacierających rycerzy, zrobić sobie zdjęcie z Krzyżakiem, czuć zapach obracanych na ruszcie prosiaków, napić się piwa, a na koniec kupić pamiątkę – mały mieczyk z wygrawerowaną datą: Grunwald 1410-2010.

Każdy, kto chce uczestniczyć w średniowiecznej rekonstrukcji bitwy, musi mieć uzbrojenie z tego okresu, do walki nie dopuszcza się ani wcześniejszego, ani późniejszego rynsztunku. Ta zasada jest mocno przestrzegana, są oczywiście pewne odstępstwa, ale w granicach zdrowego rozsądku, tłumaczy zbrojmistrz Robert. Przed ostateczną bitwą odbywa się szereg prób, tak aby wszystko było tak jak być powinno. W dzień inscenizacji bitwę poprzedza uroczysty wymarsz. Setki rycerzy w lśniących zbrojach podążają za swoim władcą na miejsce, gdzie poleje się krew.

W upalnym, lipcowym słońcu rycerze ustawiają się na swoich pozycjach. Na tę chwilę czekali cały rok. W tym samym czasie ludzie ubrani w t-shirty i kolorowe rybaczki przepychają się, aby zająć jak najlepsze miejsce. Wysoka kobieta w czerwonej koszuli na chwilę wstaje, żeby wypatrzyć swojego męża i dzieci, które jeszcze nie wróciły ze straganów. Osoba siedząca dwa rzędy za nią w końcu nie wytrzymuje i krzyczy na całe gardło: Pani w czerwonym usiądź no że wreszcie, zasłaniasz nam. Sytuacja na trybunach jest równie gorąca jak w szeregach rycerzy.

Wreszcie rozpoczyna się przedstawienie. Publiczność ucisza się, żeby usłyszeć słowa narratora. Inscenizacji towarzyszy bowiem komentarz, zgodny z prawdą historyczną, tak aby widz mógł lepiej zrozumieć to, co się dokładnie dzieje na polu walki. W trakcie inscenizacji do rycerzy co chwilę podchodzą kobiety w lnianych, długich sukniach, niosąc walczącym wodę w dzbanach. W pełnym uzbrojeniu i przy tak wysokiej temperaturze płyny są bardzo potrzebne. Widzowie znajdują się w lepszej sytuacji -  podczas przedstawienia piją piwo lub po prostu kolorowe napoje. W sumie spektakl trwa około dwóch godzin.

Egzystencjalne dylematy pokonanych i równie ważne przemyślenia wygranych

Po kolejnym, historycznym zwycięstwie zaczyna się wielka, historyczna uczta. Chorągwie sprzymierzone z Polską i Litwą świętują zwycięstwo, natomiast Zakon Krzyżacki i jego sojusznicy… no właśnie, tu jest problem natury egzystencjalnej, otóż przegrani (czytaj: pomordowani na polu grunwaldzkim) nie mają przecież zbyt wielu powodów do świętowania. Z drugiej strony co mieliby robić – spakować się i pojechać do domu? Dlatego po bitwie oni również uczestniczą w uczcie. Podczas wieczerzy spożywane są wielkie ilości mięsiwa, głównie kiełbasy z grilla zapijanej hektolitrami miodu. Rycerze głośno śpiewają, krzyczą i co jakiś czas powstają, aby oddać się tańcom. W całym tym harmidrze zachowana jest jednak kultura, nikt nie beka na głos, nie przeklina, bo jakby to wyglądało w towarzystwie dam?

 Zabawa trwa przez całą noc. Czasami zdarzy się, że w którymś z namiotów zawali się wiata – ten drobny incydent nie przerywa radosnych uciech; po bitwie trzeba przecież świętować, jutro przyjdzie czas na naprawianie szkód. Nad ranem zabawa dobiega końca. Po odespaniu równie zwycięskiej nocy jak wcześniej rozegranej bitwy, przychodzi czas na pakowanie i powrót do współczesnego świata.

Kiedy cała wschowska drużyna jest już gotowa do drogi, Bogdan na odchodne niby to do siebie, niby do innych, mówi: Co,  nie chce się wracać? Z samej wojaczki to wyżyć można było w XV wieku. Jak się nie ma dwóch wiosek, które robią na swego seniora, to trzeba samemu brać się do roboty. A potem jeszcze dodaje: Ludzie, nie ma się co łamać. My tu jeszcze wrócimy… za rok.

2018  Ogólnopolski Turniej Reportażu im. Wandy Dybalskiej   globbersthemes joomla templates