Ewelina Węgrzyn - Im trudniej, tym łatwiej

Kiedy usłyszałam, że w pobliskiej miejscowości, 500 km od morza ktoś buduje jacht, pomyślałam, że to żart. A jednak państwo Kryjakowie  udowodnili mi, że się myliłam.

Stare Bogaczowice to niewielka wieś. 14-metrowy jacht przy drodze budzi tym większe zainteresowanie, że miejscowość położona jest w górach. Krzywy napis na kadłubie zwraca także moją uwagę – „Tytanic”. Nim jednak zdążę się przyjrzeć dokładniej, zza folii ochronnej wychyla się kobieta i zaprasza do środka. Wdrapuję się po drabinie. Na pokładzie czeka na mnie kapitan - pan Edward, z zawodu elektryk. Od dziecka pasjonuje go żeglarstwo, uzyskał nawet patent jachtowego kapitan Żeglugi Wielkiej. Swoją pasją zaraził żonę, panią Grażynę, która ma stopień sternika jachtowego. Planują rejs własnym jachtem.

- Mamy takie marzenie, żeby ten jacht był naszym domem – wyjaśniają małżonkowie.

Zaczęło się od marzeń

Państwo Kryjakowie zaczęli budowę w 1981 r. Przed stanem wojennym zgromadzili materiały. W czasach, gdy na półkach sklepów zobaczyć można było jedynie musztardę i ocet, kupowali sklejkę, która w ogóle im się nie podobała, ale cieszyli się, że mają cokolwiek. Teraz wszystko oklejone jest fornirem dębowym, żeby nie tylko było praktyczne, ale i ładne.

- Pierwsza sprawa – marzenie, druga – dobrze pomyśleć, jak się do tego zabrać i konsekwencja, konsekwencja, konsekwencja. Ale także wiele lat wyrzeczeń – mówi p. Edward.

Nigdy nie byli na wakacjach, nie palą papierosów, nawet na zabawy sylwestrowe nie chodzą. Kadłub zbudowali w 9 miesięcy. Pan Edward zarabiał na modelach jachtów. Wykonywał projekty - m.in. model „Santa Marii” w skali 1:50 oraz mniejsze - w szklanych buteleczkach. Pieniędzy wystarczało na utrzymanie rodziny i zakup materiałów. Reszta to jego własna praca.

- Wszystko robi sam. Swego czasu pojechał po zakup okien - luków do Gdańska. Były bardzo ładne i drogie. Ale stwierdził, że on to potrafi zrobić samodzielnie, więc po co ma wydawać pieniądze – mówi p. Grażyna. – Pracuje od rana do wieczora, niezależnie od pory roku. Czasem nawet nie przychodzi na obiad, przywożę mu tutaj.

Większy model

Jacht ma 14 m długości i 4 m szerokości. Wewnątrz jest 7 miejsc noclegowych. W łazience - prysznic, a nawet toaletka z lusterkiem. Nie brakuje lampek, półek na książki ani miejsca na ubrania.

- Mąż powiedział, że tu będę miała miejsce na suknie wieczorowe – śmieje się p. Grażyna, otwierając drzwiczki od głębokiej „szafy”. 

Kuchnia, a właściwie kambuz, bo tak to się po żeglarsku nazywa, jest królestwem żony p. Edwarda. W niewielkim kąciku znalazło się miejsce na wszystko, czego potrzeba do przygotowania posiłków – kubki, talerze, sztućce, niewielka lodówka, zlew, a nawet kuchenka.

- Będę mogła sobie piec, gotować… – mówi zadowolona. – Mąż zażyczył sobie nawet pierogi! O! – wskazuje na mały schodek – tu siądę i będę je robić.

Bywa różnie   

- Nie jest na pewno lekko z tą budową – przyznaje p. Edward.

Kiedy przygotowywał dziobnicę, trzeba było wygiąć gruby pręt. Nic nie wychodziło. Młotek odbijał się jak piłka od ping ponga.

- Tak sobie pomyślałem - nie powiem, Kogo poprosiłem o pomoc – musi się udać. I biorę tego michałka do ręki, i wchodzi jak masełko. Wszystko było gotowe w ciągu paru godzin.

Przekonuje, że trzeba wierzyć w to, co się chce zrobić. Czasem, jak każdy człowiek, jest w dołku. Mija jeden tydzień, drugi – i nic nie robi. Wtedy mówi – jak paciorek – „Dodaj mi siły, Boże”. Budzi się nad ranem i wszystko jest w głowie.

- Nie wiem, skąd to się bierze. Ale chcieć to móc. Człowiek się mobilizuje. Im trudniej, tym łatwiej. Jak coś łatwo przychodzi, to żadna sztuka. Cała filozofia polega na tym, że ma się marzenia. W kosmos byśmy nie polecieli, kolei nie zbudowali, gdyby nie było marzeń. Jeździlibyśmy bryczkami, a nie samochodami.

„Helenka” – 6981PL

- W numerze na żaglu jest nawet data stanu wojennego, rok rozpoczęcia budowy – uśmiechają się.

Państwo Kryjakowie długo zastanawiali się nad nazwą. Mylący napis „Tytanic” to tylko wymysł tych, którzy nie wierzą, że jacht kiedykolwiek opuści Stare Bogaczowice. Pan Edward przyznaje, że są osoby, które patrzą na niego pobłażliwie, trochę z przymrużeniem oka.

- Na razie go nie maluję. Niech wygląda tak obskurnie. Ludzie się cieszą, bo myślą: „A, nie da rady.” No, i dobrze – nie przejmuje się opiniami innych. - W ostateczności wezmę łopatę, okopię ten jacht i będę miał wokół fosę – śmieje się.

Małżeństwo uznało, że jacht będzie nosił nazwę „Helenka”.

- Moja mama miała na imię Helena. To dla wszystkich Helenek. Może będą się modlić i trzymać za mnie kciuki.

 Dookoła świata

Portem macierzystym będzie Szczecin. Państwo Kryjakowie opracowali już także swoją dalszą trasę.

Pan Edward opowiada, że najpierw Norwegia, Finlandia i Szkiery – tam podoba mu się bardziej niż na ciepłych morzach. Następnie kanał La Manche, Wyspy Kanaryjskie i Morze Karaibskie. Rozważali także przepłynięcie przez Kanał Panamski. Jednak opłata za jacht w tamtym rejonie wynosi powyżej 1000 dolarów. A za tę kwotę przeżyją spokojnie przez 3 miesiące. Zatem prawdopodobnie zrezygnują z tego pomysłu, wybierając inną trasę. Wzdłuż Brazylii do Rio, później Przylądek Horn i Patagonia. Stamtąd na wyspy Polinezji, Mikronezji. Wcześniej Nowa Zelandia, Australia, Wielka Rafa Koralowa i ewentualnie Filipiny. Nie wyklucza, że popłyną na Malediwy lub Wyspy Kokosowe. Przylądek Dobrej Nadziei, Stany Zjednoczone i Ameryka Północna. Później przez Atlantyk Północny i Islandię do Polski, albo z powrotem przejściem północno – zachodnim, jeśli warunki pozwolą. W następnej kolejności Kalifornia, Hawaje, a dalej może Japonia albo w drugą stronę.

- Zobaczymy – zastrzega się – w którą stronę powieje wiatr.

- Marzyciel… – przerywa żona p. Edwarda.

Zgodnie zaznaczają, że warto mieć plany, ale ostatecznie wszystko zweryfikuje życie.

- Tam, gdzie mnie wiatr pogoni, tam popłynę. To jest moje życie. Ja nie muszę się spieszyć. Czasowo nie będę ograniczony. Jedynie tylko tym, czy jedzenia wystarczy – dodaje. – A może rybę jakąś złowię.

- Same będą wpadały na pokład – śmieje się p. Grażyna.

(Nie)długo?

Przez te 30 lat wiele się zmieniło. Państwo Kryjakowie zaczęli budować jacht tuż przed narodzinami syna. Dziś są już na emeryturze, mają wnuki i - przede wszystkim - wiedzą, że są gotowi na swoją podróż, jak nigdy wcześniej.

- My byśmy sobie poradzili, ale co z dziećmi? – pyta p. Edward. – Teraz, kiedy słyszę pytanie „Kiedy?”, odpowiadam: „Skończę, na drugi dzień wywiozę i ruszamy”.

Pan Edward nie chciałby swojego życia zmienić na inne. Ma kolegów, których zaraził swoją pasją i także zaczęli budować jachty. Stworzyli niepisane stowarzyszenie żeglarzy z nazwiskiem na „K”: Kobos, Kobra, Kotwica, Kocemba (świat opłynął z córką) i Kmita – „długowieczni budowniczy”. Reszta zespołu już wypłynęła ze swoimi jachtami w morze. Czas na p. Kryjaka.

Kiedy siedzimy przy cieście pani Grażyny i patrzę na pana Edwarda – na jego błyszczące jak u młodego człowieka oczy i roześmianą twarz – wierzę, że spełni swoje marzenie.

- Może im więcej tej nadziei, tym lepiej. Bo gdybym popłynął i przypłynął, to co ja bym robił? Koledzy się śmieją, że to jest model w butelce, bo robiłem takie modele. I zastanawiają się, skąd wezmę taką dużą butelkę. Ale jak potrafiłem zbudować 14-metrowy jacht, to i na zrobienie butelki przyjdzie czas.

2018  Ogólnopolski Turniej Reportażu im. Wandy Dybalskiej   globbersthemes joomla templates