Julian Frysztacki - O opuszczaniu domu rodzinnego - 'nic specjalnego'

Wielokrotnie zdarzało mi się stać przed domem, który umarł. Bo dom umiera, tak jak umierają ludzie. Bo to właśnie oni są duszą domu, a gdy dusza opuszcza ciało, nie ma ono prawa żyć dalej.

Nawet, jeśli ciało napotka warunki, by przetrwać zakonserwowane i uniknąć rozkładu, nikt nie pomyli go z żywym człowiekiem. Tak samo, gdy patrzyłem na zimny, bo choć ogrzewanie nadal działa, nikt nie przekręca gałki przy kaloryferze, dom rodzinny moich przodków ze strony ojca

i przeglądałem się w jego ciemnych oczodołach okien, wszystko wydawało się wskazywać na to, że domownicy pogasili światła, wyszli i wrócą jeszcze przed wieczorem. Trupa zdradzają szczegóły. Szyby w oknach zmatowiały od pyłu. Patrzenie na nie przyprawia człowieka o dreszcze. Jak oczy nieboszczyka pokrywają się mgłą. Pracownicy kostnicy zamykają je i by mieć pewność, że te nie otworzą się znowu, zaklejają powieki specjalnym klejem. Tak też okna na parterze zablokowano sztabami.

 

W Wodzisławiu Śląskim, gdzie stoi dom, działa kilka zakładów pogrzebowych. Gdybym miał komuś pomóc w wyborze właściwego, wskazałbym pewnie ten położony przy ulicy 26 Marca, w końcu blisko NFZ, łatwiej będzie pozałatwiać sprawy. Albo może ten przy Wałowej, niemiecka nazwa podpowiada mi solidność. Niezależnie od ostatecznego wyboru pracownicy takiej placówki wypchają policzki umarłego watą, by nie zapadły się do środka. Tę rolę w domu spełniły belki, ale i tak dach jakiś czas temu oberwał się, zapadł i jest tym kolejnym szczegółem zdradzającym, że życia już tu nie ma.

 

Włosy nieboszczyka sprawiają wrażenie, jak gdyby rosły po śmierci. Tak naprawdę wysycha skóra, odsłaniając fragment włosa wcześniej ukryty

w tkance. Natomiast dom, z którego wyszli ludzie, a wraz z nimi życie, nie oszukuje. Trawa, której nikt już nie kosi, wzrasta, przygryzana jedynie przez kozy sąsiada. Bluszcz zagląda przez okno, a drzewo zaczyna szturchać gałęziami ścianę domostwa, jak gdyby chcąc je wyrwać z odrętwienia. Ale opuszczony dom nie żyje.

 

Zenek mieszkał w wodzisławskim domu od urodzenia. Między dniem narodzin w 1931 roku, a momentem, gdy zabierając ze sobą szarą, tekturową walizkę i małą poduszkę pod głowę, w 1952 wyjechał do pracy, do Oświęcimia, miał okazję obserwować, jak przez miejsce, które budował już jego ojciec Karol, przetacza się widmo wojny. Nie odbiera telefonu. Jego żona Zosia twierdzi, że ma grypę. Mimo to, co jakiś czas słyszę go wtrącającego uwagi. Głosy obojga lekko zachrypnięte, ten Zosiny bardziej słodki, miły, Zenka twardszy i pewniejszy, drgający zawsze nutą nagany.

 

-Było ich sześcioro, najstarsza była Marta - Zosia opowiada o rodzeństwie swojego męża. Zaraz zostaje przez niego poprawiona i mówi, że najstarsza to jednak Małgosia.

-Czy mógłbym spytać, co Zenek czuł, wyprowadzając się z domu?- moje pytanie Zosia musi powtórzyć mężowi, ale w drugą stronę nie potrzeba pośrednika. "Nic specjalnego".

-Czy lubiłeś ten dom? - pytam i liczę na twierdzącą odpowiedź, inaczej musiałbym się zacząć obawiać, czy u rozmówcy wszystko w porządku.

Odpowiadają mi dwa głosy, ten, na który czekam bardziej, a słyszę ciszej, mówi, że owszem, trochę lubił. Ten drugi, płynnie, poprzez "lubił, bo wspomnienia, gdy się tam przyjeżdżało..." przechodzi do opowieści o wojnie.

 

W czasie II wojny światowej, w domu stacjonowali bowiem Niemcy i Rosjanie, jak twierdzi Zosia - ci pierwsi w porządku, ci drudzy źli i brudasy. Słuchając Zosinych opowieści, które ona słyszała od świadków owych zdarzeń, ciężko się nie zgodzić. Bo ci Ruscy i uszka od filiżanek poubijali, bo myśleli, że ze złota, i rowery pokradli, i nawet poduszki popruli, bo czerwone obszycia na flagi potrzebowali. Ruskie kobiety natomiast bieliznę brały bez pytania, a pewnie i bez zamiaru zwrotu.

  

Niemcy natomiast domostwu nie zaszkodzili. Czyści, porządni, nie kradli, nawet babcię do kościoła podwozili. Przypominam sobie, że mamy rozmawiać o tym, jak to było z Zenkiem i jego życiem w domu rodzinnym. Pytam więc, kiedy był on tam ostatnio. Odpowiedź jest krótka- Wczoraj.

-Jak wrażenia? - dopytuję.

-Zenek chory, to już go to tak nie cieszy, ja tam muszę posprzątać, porobiłam, co mogłam...

-Jak się prezentuje stan domu na chwilę obecną?

-Jest posprzątany, dach jest wymieniony, mieszkać się da, choć nie jest to jakiś luksus, trzeba nową łazienkę zrobić. Wiesz, jak to już tyle lat, to to już wszystko stare. No, ale mieszkać się da.

-Jednak w tym momencie nie jest zamieszkany?

-Nikt w nim nie mieszka, jest zamknięty, my tylko przyjeżdżamy co półtora miesiąca, zapłacić za światło, za wodę. Teraz włamali się do komórki złodzieje, ukradli maszynę i inne rzeczy...

 

Dom został przekazany jako darowizna, przez jego ostatnią mieszkankę, Anielę, małżeństwu Zenka i Zosi. Aniela jest siostrą Zenka, aktualnie znajduje się w domu starców w Kozach. W momencie, gdy Aniela opuściła Wodzisławski dom, stracił on ostatnią cząstkę swej duszy. Teraz zapadł w śpiączkę. Od przekazania darowizny do czasu, gdy jej przedmiot będzie można sprzedać, musi minąć pięć lat, by można to było zrobić bez płacenia bardzo wysokiego podatku. Chętni już są, więc gdy ten czas upłynie, Zenek sprzeda dom, który sto trzy lata temu wybudował jego ojciec, na działce kupionej wspólnie ze swoją siostrą. Sprzeda dom rodzinny, miejsce, w którym urodził się, bawił jako dziecko, dorastał, które opuścił w 1952 roku i które "trochę lubił". Zenek musi to zrobić. Nie ma już siły ani pieniędzy, by zajmować się domem.

 

Dom wybudzony ze śpiączki przez nowego właściciela, nigdy nie zapomni o swoich dawnych mieszkańcach i już zawsze, póki nie rozsypie się w proch, będzie domem opuszczonym.

2018  Ogólnopolski Turniej Reportażu im. Wandy Dybalskiej   globbersthemes joomla templates