Marcel Polaszek - NIEpodległość

    Warszawa, zatłoczone centrum polskiego życia miliona ludzi, aut i innych środków komunikacyjnych, w których nie ma miejsca dla nikogo. Dzień, jak co dzień warszawskiego marazmu, monotonii i szybkości. Zimny listopadowy dzień. Okno na Wilanowskiej, a za nim jedynie pokryty śniegiem obraz miasteczka. Na kalendarzu czerwona data, „11 LISTOPADA, DZIEŃ NIEPODLEGŁOŚCI”. W telewizji wszędzie pełno o NIEPODLEGOŚCI, ale jakoś inaczej. Słyszę polityków, ministra obrony… Na zegarku dopiero 9:00… W radiu, że dziewiećdziesiąt osiem lat wolności.

 

Warszawski Ucisk

    Wychodzę na przystanek pełen ludzi, wsiadam w autobus - 112. Dociśnięty do ściany przy drzwiach. Brakuje mi oddechu. Mimo wolnego, ścisk  normalny. Miedzy mną napakowany przerośnięty mężczyzna w czarnej bluzie z orłem i średniego wzrostu, ubrany w granatowy garnitur z przyczepionym kotylionem. Obaj w słuchawkach. Inna muzyka.

- „WIELKA POLSKO OJCZYZNA  MA  KOCHANA JAK UCZY HISTORA BYŁAŚ CZĘSTO ROZBIERANA, NAPADANA ZE WSZYSTKICH CZTERECH STRON, I WTEDY HASŁO POLAKU POLSKI BROŃ” –  rapuje dres.

Gość w garniturze kiwa głową…

- Co Ci kurwo nie pasuje? Słuchasz „Immortals”. Zagraniczna kurwo. Moja jest Polska, mój to jest naród, a takimi jak ty należy gardzić.

- Nie ubliżaj mi. Mam swoje zdanie. Żyjemy w wolności.

Dzień, jak co dzień.  Oblega, jak każda inna, rzucana w warszawskim autobusie. Często się je słyszy „Spierdalaj, wypierdalaj, albo zapierdalaj”. Są różne historie. Przecież różnice są zawsze. Ludzie też różni. Obelgi muzyczne. Zawsze wskazane, w końcu charakter, wyczucie, zamiłowanie. No i to jedno „Wychowanie”. Nihil Novi. Wysiadam.

 

Radziecka bomba

    Szara postkomunistyczna ulica Placu Konstytucji. Poradziecka architektura przejęta przez zachodnią komercje, sklepy, gastronomie, a gdzieniegdzie klub nocny, który zapewnia ludowi rozrywkę. Europejski zew. Czasy komunizmu odeszły 25 lat temu, pozostawiły po sobie architekturę, smak miejsc pracy i siły klas robotniczych. Dziś Europa zapewnia nam wolne i nowoczesne dojścia. Ludzie żyją w różnych poglądach, są wolni, ale czy młodzi mają porównanie. Przebijam się miedzy taranującymi mnie ludźmi, którzy nie patrzą, gdzie idą. Dochodzę do centrum.  Na horyzoncie widzę broszkę warszawską - Pałac Kultury. Budynek, który stoi tu ponad pół wieku. Niewzruszony, jak warszawska duma. Wybuch, następny, a po nim salwa. Wojna? Młodzież z obozu nardowegoradykalnego.

- NARODOWA, NARODOWA… POLSKA DUMA. PRECZ Z PAŁACEM, PRECZ Z KOMUNĄ. NIECH ŻYJE POLSKA. CHWAŁA BOHATEROM.

Kolejne salwy w chodnik. Ludzie idą, nie patrzą, przebiegają bokiem. Żadnej reakcji. Na ławce starzec wsuwający bułkę, popijając piwem. Uśmiecha się do mnie, przewraca oczami. Wstaje, odwraca się. Stary odchodzi.

 

Polityczny Grób

    Plac Marszałka Józefa Piłsudskiego, Prezydent przemawia, ludzie słuchają, krzyczą, manifestują. Polacy patrzą, kiwają głowami. Młodzi komentują, starzy przyklaskują, jak powie się  coś mądrego. Mali chłopcy wchodzą na drzewa. Krzyczą:

- Mamusiu widzę Pana Prezydenta.

Po chodniku biegają ludziki w czapkach. Zbierając podpisy w sprawie odwołania prezydent Warszawy.

- Odwołujemy Warszawską Damę!!! Czas zmian i referendum . Warszawo decyduj.

Czarny, Biały… Polak, Rusin, czy Gabończyk. Gdzie różnice? Skóra różna, wszystko różne. Lecz są ludźmi. Jeden tata, bierze na barana swojego syna murzynka Bambo. Syn patrzy, w ręku żołnierzyk z okresu II wojny światowej. Robi porównanie, przykłada w locie do Polskich wojaków. Uśmiecha się.

 

Świat się zmienia, Europa, Polska. Ktoś mądry mówi o równości, wolności i silnym zjednoczonym narodzie, ale nikt go nie słucha. Nakreśla, z szacunkiem, śpiewa dwa wersy hymnu.

- Po studwudziestu latach zaboru, niewoli, polskie państwo odrodziło się…

Historia. Historia nękanego narodu, niszczonego. Kiedyś niszczona przez Prusaków, Rosjan i Austriaków. Bita batem przez zaborców. Później orzeł bity sierpem, młotem po dziobie. Przez Związek Radziecki połknięty. Dwadzieścia pięć lat, zdychającej wolności. Zapach smacznego „Freedom”, niczym Szkoci za Wollesa. Popijający zimną szkocką. Szwajcarskiego Winkelrieda, co za wolność na patyki się rzucił, by frank kredyty i pieniądze zbierał. Żyjemy wolni, ale nie czujemy. Nie rozumiemy. Pić wódkę… piejemy: Tadeusza czy Soplicę, by zapomnieć.

W obronie Bastionu

    14:00, Rondo Dymowskiego. Marsz Narodowy Obozu Radykalnego i Młodzieży Wszechpolskiej. Przemówienia przedstawicieli obozów radykalnych państw Europejskich: Polak, Słowak, Włoch. Słowak o Wiedniu i Sobieskim. Włoch coś „italiani” o sile kościoła i chrześcijaństwa w naszym kraju. Gdyby był Węgier, to przynajmniej byłaby wódka. Wszyscy o jednym o wolnej Europie, obronie starego kontynentu „Matki Europy” przed Islamem i homoseksualizmem. Kreują Polaków na ostatnią nadzieje tej rzeczywistości i ratowania XXI wieku. Polska Bastionem Europy. Z tłumu, darcie japy, które odnosi się do chwalenia Romana Dymowskiego i poległych Polaków. Ktoś zaraz skacze, że wujek Józef Piłsudski to był dopiero poganiacz Bolszewizmu  i Komuny. Wyzwoliciele wolnej Polski. Gość w dresach krzyczy: Polska dla Polaków. Ktoś wspomina czas PRL-u. Zaraz pchnięty, bo bluźni. Ulice pokrywa pierwszy śnieg tej jesieni, flary oświecają zamarzających. Przy mikrofonie wielki facet o mocnym donośnym głosie. Jesteśmy armią i pięścią naszego narodu. Momentalnie tłum się przesuwa, na ustach Cześć i Chwała Bohaterom. Zaczął się Marsz Niepodległości. Bo oto Polska miała się stać bastionem. Idę. Zobaczę. Może zrozumiem. Czułem się, jak mrówka, między tysiącami. Jak kadr z filmu trylogii Tolkiena „Władca Pierścieni. Dwie Wieże”, gdy jeden z antagonistycznych bohaterów krzyczy do armii „Idźcie na Helmowy Jar, nie oszczędzajcie nikogo… NA WOJNĘ”. Starzy, młodzi z flagami, transparenty, flary. Każdy innej postury, wyglądu, wieku. Ojciec, który prowadzi wózek z bliźniakami. Płacz, jęk, ale idą, prą w przód. Wychowanie  ku idei narodowej i lepszego jutra. Organizatorzy marszu proszą o szyk, ładny szyk, majestatyczny wygląd. Mający podkreślić znaczenie, tegoż wydarzenia. Idziemy Jerozolimską, jak armia krzyżowców chcąca odbić Świętą Ziemię.

 

Stary człowiek i …

    Pierwsze odgłosy petard i „achtungngi”. Jeden ładunek pod moimi stopami, zostaje popchnięty. Poza hukiem w uszach słyszę obelgi kierowane w moją stronę przyrównujące mnie do pedałów i TVN-owskich kurew. Wstałem. Szedłem slalomem, szukałem ucieczki, dusząc się. Widzę 80-letniego dziadziusia w berecie. Poszarpana marynarka, dziurawe spodnie, znoszone spodnie. Odur z buzi po kilu „kielonach” i butelek piwa. W ułamku sekundy biegnące dresy z flagami i flarami prą do przodu. Starzec ląduje na asfalcie. Podchodzę, próbuję podnieść. Widzę łzy starca. Słyszę płacz dziecka.

- Synu zostaw  mnie… Starości, nie zabierzesz… Tak, jak Polski nie obudujesz, tak jak mojego truchła. Zostaw dziada na drodze. Czy nie widzisz? Rozpadam się, umieram…

Podnoszę. Dźwigam. Odprowadzam na przystanek kilka metrów. On dziękuje ze szczerym uśmiechem, klepie mnie po plecach, ściska moją zmarzniętą rękę. Życząc zdrowia - odchodzi. Siada. Na jego twarzy widać grymas i łzy. Nostalgicznie patrząc w stronę  pochodu, tysiąca twarzy. Zasypia.

 

Most

    Marsz wchodzi na most Króla Poniatowskiego. Rozchodzi się tylko echo puszczanych petard, które wybuchają w locie. Na ustach „W górę serca jebać TVN…jebać TVN”. Szykanowanie wszystkiego, co według nich przeczy narodowym wartościom.  Na dachu przystanku staje licealista w bluzie z tej słynnej edycji z symboliką narodową. Nawołuje do walki przeciw systemowi, przeciw systemowi i rządom, jak i do „wypatroszenia” wszystkich homo.

-ZAKAZ PEDAŁOWANIA. PRECZ Z PEDALSTWEM W WOLNEJ POLSCE!!!

Różnica. Czyja wina? Homo nie ma prawa? Wina wychowania? Życie bywa ścieżką. Miłość też. Szykany za bycie innym. Oto wolność. Za inność się płaci.  

Fale Imigrantów z Syrii. Ludzie wyznający Islam stali się synonimem choroby. Zarazą Europy zachodniej, która stała się dżumą.

- ISLAM TO ŚMIERĆ. BIAŁA EUROPA. DZIŚ IMIGRANCI, JUTRO TERRORYŚCI.

Pojawia się pytanie „my albo oni?” Wiara Mahometa jest ich wiarą. Mają do niej prawo. Są wolni. Dżihad nawołuje do wojny. Ten z góry też? Przecież nie zabije człowieka. Jestem chrześcijaninem. Niech najpierw mówi mądrość grecka, a później szabla polska. Przecież nie chcemy wojny.  Może trzeba bronić, jak pod Wiedniem?

Chyba płonie most.

 

Powtórka z wczoraj?

    Wybrzeże Szczecińskie. Gruba studentów, dobrze ubranych, która w ręku trzyma „Wyborową”. Proponuje wspólne picie i wznoszenia kielicha za wolną Polskę.

-Trzymaj chłopaczku, wypij za naszą Ojczyznę, wypij z nami studentami za silną i wolną Matkę Polskę. A na drzewach zamiast liści. Będą wisieć komuniści. Śpiewaj z nami, kurwa!!!

Chwila myślenia. Dziś święto. Polska gościnność. Polska wódka. Nie wypada odmówić zacnym studentów szanującej się inteligencji Uniwersytetu Warszawskiego. Chcę iść na studia. Gdzie akceptacja? Zaraz, kiedyś też pili. Październik, 1795 roku. Inteligencja, szlachta zaspała. Polski nie ma. Sto dwadzieścia trzy  lata niczego. Same powstania, próby ratowania. Dziś piją za to, co odzyskane. Piją za wolność. Piją, by zapomnieć. Zapici, nie wiedzą gdzie idą. Chodzą slalomem, podparci jeden o drugiego. Widzę, jak jeden trzyma kielicha, by mi podać.

- Panowie nie dziś. Mam kaca po wczorajszym.

Jedynie, co czułem poza zapachem wódki, agresję i bolesne szczere w ich wydaniu wulgaryzmy. Szlachta, inteligencja. Nic się nie zmieniło.  Idę, nie pije. Nie mogę przecież przespać. Mógłbym zaspać.

 

Ten, który odważył być się mądry

 

    Ulica Siwca. Idę w pochodzie, zlewając się ze wszystkimi. Naprzód w wartkim marszu wysuwają się „Czarni Radykałowie”. Rzucają petardami. Skandują. Lud ustępuje z drogi. Trzech studentów idzie wartkim krokiem. Przyczepiam się.

-Młody, uważaj. Tu teraz  niebezpiecznie - mówi „gruby”.

Studenci Historii UW. Trzech Warszawiaków: Gruby, chudy i ten  wysoki z brodą. Rozmawiają, pouczają. Mówią, że tu niebezpiecznie. Ale idę. Nie boję się. To marsz patriotyczny. Każdy może.

- Czym jest dla was wolność i niepodległość? - pytam.

- Tym, co dla Ciebie chłopaku dom. Polska to dom. Niepodległość to wolność. Wolność dla wszystkich. Nie liczy się kolor. To co łączy, to Polska. Dziś niektórzy ludzie nie rozumieją. Nie rozumieją idei jedności. Piją, skandują. Za co? Za Polskę? Nie. Przyszli, bo wierzą, że są zbawicielami narodu. Pokazują, że to oni stanowią siłę tego państwa. Nie szanują władzy, ani tym bardziej ludzi. Każdy odmieniec dziś może jedynie dostać po mordzie.

- Wiec, dlaczego tu jesteś?

- Mój ojciec zabrał mnie tu pięć lat temu. Bo wierzył i miał swoją ideologię. Własną tezę na temat katastrofy smoleńskiej. Ja nie wierzę. Nie wierzę w nic. Idę bo mam nadzieję na lepsze jutro. Jestem patriotą, bo kocham ten kraj. To miasto mimo, że tutaj się urodziłem i tu pozostanę do końca życia. To mój dom. Zawsze do niego wracam, jak gdzieś jadę. Tęsknię. Jeśli zapytasz mnie, czy wierze w Polskę? To powiem, że nie. W kraj nie uwierzę. To ziemia, którą budują wieki i ludzie. Mam nadzieję. Widzę ją w ludziach. I pomyśleć, że jutro stanie jeden przy drugim... Jak brat z bratem. By budować lepsze jutro tej Ziemi.

Żegnam się. Klepią mnie po plecach. Chudy i gruby się uśmiechają. Gruby wręcza mi kanapkę. A ten z brodą? Myśli. Zadumany stoi obok. Nie odzywa się. Chudy porusza temat filmu „Wołyń” Wojciecha Smarzowskiego. Wymieniamy zdania. Jeden mówi, że jednostronny. Drugi, że brutalny. Śmieją się. Podsumowują krótko: „Dobry Film”. Ten z brodą się nie odzywa. Trzej muszkietowe zostają. Leszczyński?

 

Naród

    Błonia Stadionu Narodowego. Zmierzch. Scena, tysiące ludzi i biało czerwonych zbierających się flag. Organizatorzy witają. Skandują, krzyczą, śpiewają. Pierwsze starcie. Kibice Cracovi nacierają na Legię Warszawską. Bitka. Krew. Biegnąca straż „Marszu Niepodległości”. Dwa ścierające się ze sobą kluby. Krzyki, petardy. Uciekający na bok ludzie. Nagle spokój. Komenda: „Do Hymnu Państwowego”. Zapalają się flary. Unoszone są flagi. Ryk Mazurka Dąbrowskiego. Dym z petard zasłaniający wszystko. Komenda: „Po Hymnie”. Wypowiadają się organizatorzy, ludzie z dwóch największych stowarzyszeń narodowych: Młodzieży Wszechpolskiej i   Obozu Narodowo-Radykalnego. Przytaczają historie odsieczy Wiednia, powstania Kościuszkowskiego, Listopadowego i Styczniowego.  Na scenie weterani Armii Krajowej. Jedni powiedzą „Bohaterowie”, drudzy aktorzy. Są dumni z tego, co widzą. Czarne bluzy z orłem. Na koszulkach znak Polski Walczącej. Inni z ważną datą z historii na bluzie. Transparenty antykomunistyczne, teksty szykanujące emigrantów, mówiące o zakazie pedalstwa. Białe prześcieradło z napisem „Jebać TVN i WYBORCZĄ”. Czerwono przed oczami. Płonie flaga Ukrainy. „Będziecie Sławni, Cześć i Chwała Bohaterom”. Kopnięta ląduje kilka metrów dalej. „Masz nagrane?”. Przygasła. Zwijam ukradkiem zniszczoną, spaloną i poszarpaną Ukrainę do kieszeni. Nikt nie widział. Kopią dziewczynę. Ślązaczka leży. „Suka Wrocławska”. Czarny orzeł na plecach, kopany przez warszawski Legion. Zabrana przez pogotowie. Dwaj goście palą koszulkę „antykomuny”. „Patrz do kamery”. Dziennikarze ruchu narodowego i nie tylko, biegają. Fotografują i kręcą. Sensacja… Sensacja... Organizatorzy karzą palić ogromny baner zachodniego portalu Facebook. Dziewczyna przede mną robi zdjęcia Smartfonem. Cyka fotę i rzuca na portal. Za mną „Roman Dymowski wyzwoliciel Polski”. Młodzież Wszechpolska rzuca petardy i odbiega. Huk… Odchodzę. Jestem zmęczony. Odwracam się, pozostawiam za sobą czerwoną chmurę przemywaną białymi światłami. Pada śnieg. Wracam do domu.

 

Sadiq, kurczaka? 

    Zimno. Nadeszła mroźna noc. Wracam do centrum, gdzie się wszystko zaczęło. Ludzie wracają do mieszkań. Burczy mi w brzuchu. Nic nie jadłem. Idę do KFC. Zachodnia sieć restauracji fast food. Wchodzę. W środku ludzie z głodnego marszu „wpieprzający” jak świnie kubełki z drobiem. W telewizji, TVN24 Bis, który omawia wydarzenia marszów narodowych z całej Polski. Nikt nie krytykuje. Żadnych wulgaryzmów, tylko blisko setka ludzi ciamkająca i zajęta swoją "paszą”. Nie rozwalają krzesłami zachodnich restauracji, ani telewizora ze znienawidzoną stacją. Zamawiam sobie mały kubełek za 9,90. Siadam. Przede mną siedzi człowiek o ciemnej karnacji. Unosi głowę znad kubełka i sałatki. Uśmiecha się.

- Dobry wieczór, smacznego - mówi.

Poznałem dwudziestoczterolatka Aliego. Tureckiego studenta UW wydziału Stosunków Kulturowych. Mieszkającego w Polsce od czterech lat.  Krótka broda, elegancka koszula w kratę, buty z CCC.  Co je muzułmanin? Frytki, kurczaczki, sałatkę. Popija wszystko colą. Rozmawiam z nim o zainteresowaniach, domu, rodzinie. Zaczynam tak, jak z każdym człowiekiem. Proponuje i częstuje mnie swoimi kurczakami.

-Nie boisz się tu siedzieć? – zapytałem.

-Nie. Kogo mam się bać? Ludzi?  Nic im nie robię. Żyję tylko. Jeśli chcesz wiedzieć nie wierzę w Allaha. Już nie. Jestem ateistą. Nie ma wiary, ani Boga, skoro pozwala na nienawiść wobec drugiego człowieka. Władza, pieniądze. Tylko podział i różnice. Dżihad jest zagrożeniem dla świata. Ideą zniszczenia drugiego człowieka. Tak, jak krucjaty, czy wojny. Mój ojciec i dziadek. Oni byli… Mniej tolerancyjni. Radykalny Islam. Sam rozumiesz. Jedna wiara, jeden Bóg. Nie chciałem tego. Przyjechałem do Polski na studia. Może za kolor skóry, kraj pochodzenia mnie nie wyrzucą. Ten kraj stał się dla mnie ostoją. Nie mam gdzie wracać. Do Islamu, do Ojca, czy Ankary nie wrócę. 11 listopada to ważny dzień dla waszego narodu. Każdy świętuje go inaczej. Zjedz jeszcze Sadiq. Wyglądasz na głodnego.

    Porozmawialiśmy. Zjedliśmy. Pośmialiśmy się. Pokazał mi, że świat,  w którym żył to inny świat. Inne zasady. Islam, w którym był chowany uczył poszanowania jednej wiary. Ojciec pokazywał, że nie ma nic poza dobrem rodziny i Allahem. Koran miał być nauką w dzień i noc. Polska dała mu wolność. Odnalazł swoją własną Niepodległość. Więcej się nie spotkaliśmy.

 

Rzeczywistość  

    Zmęczony wróciłem do mieszkania. Obudziłem się rano. W kalendarzu 12 listopada. Wziąłem prysznic. Spakowałem się i opuściłem mieszkanie na Wilanowskiej. Warszawa wróciła do rzeczywistości. Ludzie, zatłoczone środki komunikacji. Faceci w garniturkach mówią o krachu na giełdzie. Licealistki mówią, co kupią na nadchodzącą styczniową studniówkę. Student opowiada o czwartkowych „zaliczeniach” na imprezie. Ludzie zmierzają do pracy. Tysiące aut, wyprzedzający autobus 112.  Życie wciąż zagonionej  Warszawy. Dziś nikt nie mówi o Niepodległości. 11 listopada, Marsz Niepodległości. To już przeszłość. Nie ma wulgaryzmów, nie ma wojny domowej, nie słychać odgłosów bitwy. Dziś nikt nie powie o różnicach. Wczoraj jest dziś. Opuszczam Warszawę. Telefon do ukochanej: „Wracam do domu”. Wspominam ludzi. Co wierzyli i nie wierzyli w lepsze jutro. Wspominam podział, łzy i różnice. Polska to dziwny kraj. Kraj starych i młodych. Ludzi różnych idei. Ziemia,  po której chodziły i chodzą różne narody. W sporej przewadze obywatele Polscy. Różnią się właściwie wszystkim. Co ich łączy? Może Bóg to wie....

Niech zstąpi Duch Twój i odnowi obliczę Ziemi!

Czy odnowił?

Czy zmnieniło się oblicze?

Tak!

Dziś Polska ma twarz wykrzywionego wściekłością nacjonalisty.

Twarz, której się wstydzę i boję...

 

Pociąg  do domu. Peron drugi. Kierunek… Gdzie moja NIEpodległść?

2018  Ogólnopolski Turniej Reportażu im. Wandy Dybalskiej   globbersthemes joomla templates