Aleksandra Majerska - W centrum weekendu

    Niedzielny poranek. Nawet ciepły jak na jesienny. Przebijające mleczną mgłę promienie słońca zapowiadają piękny dzień. Idealny na spacery i przejażdżki. Odgłosy porannej mszy dochodzące z nowo wybudowanego kościoła sygnalizują, że niewielka, trzytysięczna miejscowość budzi się do życia. Powoli zaczyna również tętnić serce wioski – delikatesy. To cel wędrówek matek z dziećmi, obowiązkowy przystanek wiernych w drodze na świąteczne nabożeństwo, miejsce spotkań znudzonych nastolatków i mekka spragnionych sobotnimi libacjami imprezowiczów.

Odnowiony pięć lat temu budynek miejscowych delikatesów „Centrum" jest świetnie usytuowany. Dwieście metrów na wschód stoi kościół parafialny, na wprost, po drugiej stronie drogi - szkoła podstawowa i gimnazjum, od północy - stacja PKP, a nieco dalej - ośrodek zdrowia, apteka, fryzjer i gabinet kosmetyczny. Pod skazany na handlowy sukces sklep docierają z wolna sprzedawczynie. Jest siódma trzydzieści. Muszą być dość wcześnie, ponieważ trzeba wypić kawę i zakurzyć. W końcu trza nabrać sił. Po całym tygodniu popołudniowej harówki i sobotnim maratonie od południa do dwudziestej drugiej znów muszą całą niedzielę spędzić w sklepie.

    W zagospodarowanej na zaplecze socjalne piwniczce, gdzie poupychano z braku miejsca towar, rozchodzi się gęsta mgła dymu papierosowego i aromat parzonej kawy. Z dziewięciu zatrudnionych pracownic, tylko dwie są niepalące, bo, jak tłumaczą, tu nie da się inaczej, a kawa i papieros to stały rytuał rozpoczynający godziny pracy. Dwie minuty po ósmej zastępczyni kierowniczki sklepu, energiczna trzydziestolatka, daje sygnał i cała czwórka rusza po zawalonych butelkami z wodą mineralną schodach. Na górze czeka już kilkunastu klientów, niecierpliwie stukających w szklane drzwi sklepu. Każda z pracownic bez słowa maszeruje w innym kierunku. Każda wie, co ma robić. Wykonują przecież co drugą niedzielę tę samą pracę. Stała jest również klientela napierająca na drzwi w niedzielny poranek. Wcześniej wychodzi z mszy, żeby się nie ostać w kolejce. To wiecznie niecierpliwi mężczyźni w średnim wieku - bo oni tylko piwo, to stać nie będą, kobieta o rybich ustach robiąca zakupy tylko w niedzielę, ciągle spieszący się bezrobotny Zibi i kilka innych, nieznoszących kolejek osób. I Spyrka. - Tradycyjnie leci po udko, bo wczoraj jak był pięć razy, to nie mógł kupić - komentuje jedna z pracownic, na widok krępego mężczyzny z wąsem. - Czego udek nie ma? No bo sie skończyły w sobotę - odpowiada obsługująca na mięsnym, pulchna blondynka w białym kitlu - a my w niedzielę towaru nie mamy. Czemuś sobie Grzesiu wczoraj nie kupił? Na zapleczu mówi, że zawsze jest to samo. - Wiedzą, że nie ma towaru, a chcą świeże, co dopiero przywiezione, no skąd?

Wraz z gęstniejącym w sklepie tłumem klientów wzrasta zdenerwowanie personelu. Grzebie w bananach i się pyta, czy przyniosę ładniejsze. Tak, zaraz oberwę bananowca i jej przytaszczę- narzeka Renia zajmująca się warzywniakiem. Kolejka jest spora, ale nikt nie spieszy się na drugą kasę. -A niech stoją, ja cały dzień tu muszę sterczeć za darmo- komentuje półgłosem kasjerka.

W końcu nawał ludzi po pierwszej dziś mszy przechodzi. Na hasło: to jest moment, pracownice pędzą na papierosa na zaplecze. Nie schodzą na dół. Nie ma na to czasu, no i trzeba lukać na kasę, w razie gdyby ktoś przyszedł. Już godzina minęła, a zaplanowana na niedzielę praca nawet nie zaczęta. Sprzedawczynie delektują się chwilą przerwy. Nawet niepaląca Gosia odpoczywa w szarym, tytoniowym dymie. -Wszystko jest lepsze od oglądania ich- tłumaczy swoje bierne palenie niechęcią do miejscowych klientów.

Po krótkiej przerwie dziewczyny ruszają do pracy. Tylko Anka narzeka, bo wszyscy odpoczywają, a w sklepie w dzień pański się haruje. Dwie sprzątają warzywniak. Muszą wymyć skrzynki, posegregować owoce i warzywa, i ułożyć wszystko na nowo. W ciągu tygodnia tylko w niedzielę jest na to czas. Na mięsnym podobnie. Towar zostaje wyciągnięty z lady chłodniczej, którą trzeba gruntownie wymyć, poprzebierać i potegować, żeby było ładnie". Przy kasie Gosia, drobna brunetka nazywana przez koleżanki Bobkiem. Stoi na ułożonych jeden na drugim transporterach z piwa i ociera wilgotną szmatką butelki z alkoholami. Woli transportery, bo nie chce się jej szukać drabiny, która i tak jest na jednym nicie, więc bojno na nią włazić. Raz po raz sprytnie zeskakuje ze swego plastikowego podestu, żeby kogoś skasować. Nawał pracy nie przeszkadza jej w czujnym obserwowaniu klientów. W sklepie nie ma ochroniarza, więc funkcję prewencyjną musi pełnić kasjerka. Nic nie umyka uwadze bystrego Bobka. Wie, ile pustych butelek po piwie stuknęło w transporterze przeznaczonym na wymianę. Wie, że trzeba uważać, bo chłopy oszukują i pojawiają się braki. Wie, kto już był na niedzielnych zakupach a kogo jeszcze i o której można się spodziewać, kto dziś będzie miał gości, bo wódkę kupywał i tak dalej. Akurat ten rodzaj pracy absolutnie jej odpowiada, bo w sklepie można się wszystkiego dowiedzieć. Czego nie jest w stanie dojrzeć, na pewno dopyta. Z kasy wciąż słychać jej rozmowy z klientami.

Dochodzi dziesiąta i pracownice lecą na kolejnego szybkiego, bo zaraz następna msza się skończy. Pod sklep podjeżdżają auta. Coraz więcej ludzi przebywa w sklepie. Znów kolejka, pytania o świeże mięso i pieczywo. Klienci chodzą, podnosząc nogi jak czaple, żeby wyminąć powyjmowane w czasie sprzątania skrzynki po warzywach i leżące obok stare owoce. Najgorsze są te komentarze ludzi! Po co oni w ogóle się odzywają? -skarży się Renia, układając jabłka ogonkami do góry. -Niech biorą, co chcą i idą w cholerę! Faktycznie, wielu klientów próbuje wytłumaczyć swoje przyjście w niedzielę do sklepu.

-Oj, Monisiu, znowu dziś pracujesz, biedactwo! Ale jak już otwarte w niedzielę, to przyszłam - mówi młoda mama, ciągnąc za sobą córeczki.

-Ja tylko po cukier - usprawiedliwia się nobliwa, wysoka kobieta w odświętnym żakiecie, wpychając do koszyka płyn do płukania i pakunek pokrojonej na mięsnym szynki.

I znów chwila przerwy. Dziewczyny pracujące w sklepie zastanawiają się, co zjedzą na obiad. Chętnie by coś zamówiły, ale niestety. Zostało za dużo paści. Na obiad przyrządzone zostają popękane i okrojone ogórki, których nikt by już nie kupił, przyschnięte wczorajsze filety z kurczaka i ziemniaczane kulki z dobiegającą końca datą do spożycia. Kasujemy, dzielimy rachunek na cztery i płacimy do kasy, a straty są mniejsze. Gosia tłumaczy zasady ustalania niedzielnego menu i radzenia sobie z ubytkami. Każdy pracownik jest odpowiedzialny materialnie za towar w sklepie. Taki sposób działania chroni przed potrąceniami z wypłat po niekorzystnym wyniku inwentaryzacji.

Przygotowaniem obiadu zajmuje się Monika. W końcu prowadzenie mięsnego do czegoś zobowiązuje. Reszta szybko kończy zaczęte prace, żeby zdążyć przed południem i punktem kulminacyjnym - przemarszem ludzi z ostatniej mszy. Obiad też musi być na czas. Nie za wcześnie i nie za późno, bo kiedy jest ruch, nie dadzą rady zjeść ciepłego posiłku. Dzwony na Anioł Pański zwiastują, że zaraz będzie tłoczno. Gdy pierwsi klienci wchodzą do sklepu, wszystkie pracownice są już na stanowiskach. Tym razem idą na obie kasy. Im szybciej ich spławimy, tym szybciej zjemy- tłumaczą. W ruch idą zakupowe, zielone koszyczki. Słychać stukanie butelek i pikanie skanerów na kasach. W sklepie huczy od rozmów. Po kwadransie następuje zastój. Pora obiadowa w całej wsi, więc także w sklepie. Dziewczyny siadają na czym się da, a zaplecze wypełnia zapach domowego obiadu. Chwila spokoju nie trwa długo. Słychać otwierające się drzwi i stuk obcasów po sklepowej posadzce. Miny pracownic mówią same za siebie. Koniec odpoczynku. Anka zerka na ekran monitoringu. Jakaś kobieta stoi na mięsnym. Monika szybko połyka kęsy. Klientka zaczyna chrząkać i kasłać, dając niby delikatnie znać, żeby ktoś ją obsłużył. Pracownica biegnie na mięsny. Po chwili słychać klekotanie kotleciarki do mięsa. Dziewczyny wściekłe komentują, że schabowych jej brakło, że domownicy czekają przy stole, aż doniesie. Jedynym pocieszeniem zostaje zakurzyć na zapleczu. Monika dojada zimne ziemniaki. Mijając zaplecze, klientka, ta od kotletów, z uśmiechem na twarzy życzy jej smacznego. Idzie chrząkać i kasłać tym razem przy kasie.

W niedzielne popołudnie w delikatesach ruch jest wzmożony. Teraz nie ma już przerw na mszę. Każdy wstępuje niby po drodze albo ze spaceru, tak na chwilę, bo czegoś brakło, przejazdem, z obiadu od teściowej, z nudów. Sprzedaje się wszystko: lody, ciastka, napoje.   W ruch idą piętnastokilogramowe worki ziemniaków, proszki do prania, słoiki na domowe przetwory i inne artykuły pierwszej niedzielnej potrzeby - jak prześmiewczo nazywa je Gosia.     Dochodzi szesnasta. Według grafiku wiszącego na korkowej tablicy koniec pracy na dziś, ale na grafik nikt nie zerka. Bo i po co? Pracuje, ile się pracuje, a gotowy grafik podpisuje się pod koniec miesiąca. Na wolne nie ma szans. Jedna z dziewczyn jest na chorobowym i nie ma mowy o urlopie. Nawet jeśli są wszystkie, to i tak wolne za sobotę czy niedzielę należy do rzadkości. Generalnie mamy dwa dni wolne w miesiącu. Są to dwie niedziele - żali się jedna. Zatrudnionych jest dziewięć osób, a według dziewczyn powinno być co najmniej dwanaście. Pracownice uwijająsię, bo czas goni a wiele trzeba jeszcze zrobić: poukładać towar na zapleczu, uzupełnić znikające produkty z półek, bo dziur być nie może, wyrzucić puste kartony i udeptać je w kontenerach, przywieźć napoje z garażu, bo na zapleczu się nie mieszczą , posegregować puste butelki po piwie do odpowiednich transporterów i zrobić miejsce na nowy towar.

Gosia kończy układać nabiał według dat. Wszystkie z krótką zapisuje się na kartce, by codziennie zdejmować te przeterminowane. Dziś tylko kilka jogurtów ściągnęła z półki. Podzieli między wszystkich i skasują w ramach minimalizacji strat. Dzień się kończy, ale klienci im bliżej zamknięcia, coraz częściej krążą po sklepie, bo jeszcze flaszeczka, bo fajek braknie. Dziewczyny wysyłają faksem zamówienia na poniedziałek, myją podłogę, ścierając błoto za słynnymi, tak zwanymi klientami za pięć siódma.

    W końcu dziewiętnasta! Anka może zamknąć i rozliczyć kasę. Żadna już się nie spieszy. Nie mają siły. Może jeszcze zakurzyć, do domu i spać. Jutro o piątej trzydzieści rano znów muszą tu wrócić. Ale w poniedziałek będzie lepiej. Tylko do czternastej. We wtorek towar, to może się przedłużyć, a później środa, czwartek, piątek, sobota i w końcu... wolna niedziela!

2018  Ogólnopolski Turniej Reportażu im. Wandy Dybalskiej   globbersthemes joomla templates