Zofia Maria Żurek - Odważyć się działać

Opublikowano: 24 luty 2021

Jak dżem

Przyjeżdżam na umówione spotkanie do gdańskiego meczetu przed czasem.

Znam to miejsce, byłam tu już wcześniej, z wycieczką szkolną, którą zresztą sama zorganizowałam. Muszę jednak wyglądać na zagubioną, bo starsza pani, która krząta się przed klatką schodową dużego bloku od strony ulicy Polanki, zagaduje do mnie.

- Widzisz dziewczyno, meczet pobudowali. A najpierw miał być w tym miejscu kościół, ale nasz proboszcz popatrzył i powiedział, że działka za mała. I dobrze, bo nas by tutaj w niedziele zadeptali. Potem miał być rybny, albo mięsny, to już tyle lat będzie. Wreszcie meczet postawili. I chwała Bogu! Cisza i spokój, tylko w piątek parę aut przyjeżdża, no i w niedzielę, jak dzisiaj.

- No i ci muzułmanie to naprawdę grzeczni ludzie są – wyznaje jakby na pożegnanie.

O mięsnym i rybnym nie wiedziałam, ale że kościół miał w tym miejscu powstać, to i owszem. Świątynia pw. Św. Stanisława Kostki została ostatecznie zbudowana paręset metrów dalej. Podobno przy jej budowie był spór o to, co ma być wyższe - minaret czy kościelna wieża. Nawet jeżeli taki spór był, to nikt z moich rozmówców, jak się okaże, nie będzie o nim pamiętał.

A co do modlitwy niedzielnej, to rzeczywiście, polscy Tatarzy, z reguły spotykają się na modlitwę w niedziele, pomimo tego, że to piątek jest muzułmańskim dniem modlitwy. Trudno jednak żyjąc w kraju, w którym dniem wolnym od pracy w tygodniu jest niedziela, zorganizować to inaczej. Mimo to, dzisiaj w meczecie nie ma zbyt wielu wiernych. Przez pierwsze kilka minut nie wiem, jak się zachować, więc mówię wszystkim najzwyklejsze w świecie „dzień dobry”, po czym siadam z tyłu męskiej sali modlitewnej.

Po chwili podchodzi do mnie imam, pyta, czy nie potrzebuję pomocy i czy przypadkiem nie jestem Tatarką. On sam z pochodzenia jest Turkiem, więc nie zawsze rozróżnia, kto jest Tatarem, a kto nie, a przecież jasnowłosi Tatarzy również się zdarzają. Nieśmiało tłumaczę mu swoją sytuację: piszę reportaż i szukam potencjalnych rozmówców, a szczególnie zależy mi na osobach, które mogą mi opowiedzieć o życiu wspólnoty muzułmańskiej w Gdańsku. Imam marszczy czoło, po chwili podchodzi do grupki starszych pań  zebranych w drugim kąciku sali.

- Ta pani dużo wie o islamie w czasach komunizmu – przyprowadza do mnie jedną z nich.

„Ta pani” okazuje się byłą przewodniczącą Gdańskiej Wspólnoty Muzułmańskiej, absolwentką Akademii Medycznej w Gdańsku, lekarzem pediatrą, inicjatorką powstania meczetu w Gdańsku oraz przez wiele lat koordynatorką jego budowy. Jest wnuczką Ibrahima Smajkiewicza, który u boku atamana Aleksandra Dutowa walczył przeciwko bolszewikom w 1919 r., a po jego klęsce przedostał się do Wilna, gdzie przez dwadzieścia z górą lat był imamem wileńskiej gminy muzułmańskiej.

Dla niej ta historia rozpoczęła się właśnie tam, w Wilnie.

Teraz jednak tego wszystkiego nie wiem. Stoi przede mną drobna starsza pani, o lekko siwiejących, czarnych, krótko przyciętych włosach. Jej ciemne oczy – oczy Ibrahima Smajkiewicza, jak się później okaże - spoglądają na mnie z życzliwym zainteresowaniem.

Przedstawia się jako Dżemila Smajkiewicz-Murman. Kiedy zapisuję jej nazwisko w notatniku, dodaje:

- „Dżemila” pisze się przez „dż”. Jak „dżem”.

 

Nie odpowiadam za ucha chińskie

Dom Smajkiewicz-Murmanów znajduje się w jednej z kamienic w starym Wrzeszczu. Przed wojną mieszkali w nim pracownicy kolei polskiej, a w trakcie wojny dom ciągle zmieniał właścicieli. Raz nawet mieszkał w nim dowódca SS. Po wojnie trafił do repatriantów z Kresów, którzy próbowali odbudować sobie życie na tzw. Ziemiach Odzyskanych. Odzyskanych? Dla Tatarów, którzy nigdy wcześniej nie zamieszkiwali tych terenów, ta ziemia była raczej „Ziemią Nowo Podbitą” przez sąsiadów zza sowieckiej granicy.

Spotykamy się w salonie. Obok rodzinnych zdjęć i kopii obrazów Chełmońskiego (potem dowiem się, że wszystkie zostały wykonane przez ś.p. męża pani Dżemili) zamiast obrazów Matki Boskiej i Najświętszego Serca Pana Jezusa, wiszą muhiry[1] z wyhaftowanymi fragmentami z Koranu [2]. Jeszcze tego nie wiem, ale w tym domu dowodów na tatarskość i muzułmańskość jego mieszkańców jest znacznie więcej.

Pani Dżemila stawia na stole dwie filiżanki oraz imbryk.

- Nie odpowiadam za ucha chińskie! – tłumaczy mi z uśmiechem, na wypadek, gdyby filiżanka z chińskiej porcelany miała pęknąć w trakcie użytkowania. Jakby na wspomnienie tego, że kiedyś za ucha od filiżanek mogła wziąć pełną odpowiedzialność, jednak dodaje:

- Pamiętam, miałam pięć lat, jak dostałam od cioci talerz, głęboki z rysunkami takimi.  Od tego czasu, jak jestem już dorosła i idę na przyjęcia związane z noworodkiem, to kupuję taki talerz z elementami dziecięcymi. No! Ale nieporównywalny. Na przykład ten – ma tyle lat, co ja i jeszcze zupełnie z barwy niezmieniony…

Rzeczywiście. Nie tylko ten talerzyk, ale także piękna malutka porcelanowa zastawa herbaciana, którą delikatnie podaje mi pani Dżemila, zaskakuje żywością barw i starannością ręcznego wykonania. Zastawa to podarunek dla małej urokliwej Dżemilii od rotmistrza Aleksandra Jeliaszewicza, wtedy żołnierza 4. Pułku Ułanów Zaniemeńskich, stacjonującego w Wilnie, przyjaciela rodziny Smajkiewiczów. Pani Dżemila każdą filiżankę podnosi ostrożnie, stawiając ją na otwartej dłoni i podtrzymując uszko drugą ręką. Nie ryzykuje przypadkowego uszkodzenia. Darczyńca najwyraźniej był kimś bardzo ważnym w jej życiu.

Aleksander Jeliaszewicz sam zasługiwałby na to, aby jego historię opowiedzieć. W 1935 roku został rzeczywiście mianowany rotmistrzem, ale wojnę zakończył w stopniu majora. Potomek starego tatarskiego rodu, syn Jana, kapitana Cesarskiej Armii Rosyjskiej[3], i Zofii z Bohdanowiczów. W wieku 17 zaledwie lat Aleksander wstąpił do Armii Białogwardyjskiej dowodzonej przez Denikina i walczył w wojnie domowej w Rosji. Po powrocie do Polski, objął dowództwo 1. Szwadronu Ułanów Tatarskich[4], ostatniego oddziału jazdy tatarskiej w historii Rzeczypospolitej[5]. To wtedy poznał Smajkiewiczów i któregoś z tych długich zimowych lub jesiennych wieczorów przyniósł małej Dżemilii podarunek, który stał się dla niej tak cenny, że towarzyszył jej w całej wojennej i powojennej tułaczce.

Pierwszych siedem lat życia małej Dżemilii w Wilnie było beztroskie i szczęśliwe. Mała dziewczynka, z krótko przyciętymi lekko kręconymi włosami, bawiła się pokazywanym mi teraz dziecięcym zestawem do parzenia herbaty, małymi filiżankami, imbryczkiem, któremu niedawno ktoś musiał dokleić uszko, bo odpadło. Lalki podczas tych herbacianych przyjęć były sadzane wokół małej zastawy i delektowały się smakiem wyobrażonej herbaty. Dzień zaczynał się i kończył modlitwą, dom rozbrzmiewał śmiechem, a każdą łzę małej dziewczynki ścierał z policzka ukochany dziadek…

- A to jest tugra[6]? – pytam pokazując rysunek na jednym z talerzy.

-  A to? Nie, tu jest napisane jedno z imion Allacha.

Pani Dżemila nieśpiesznie przerzuca karty w albumie ze zdjęciami.

To dziadek, Ibrahim Smajkiewicz, pokazuje na zdjęcie w lewym górnym rogu albumu.

Tu w meczecie, kiedy przyjmował - wtedy jako imam wileńskiej gminy muzułmańskiej - Prezydenta Rzeczpospolitej Ignacego Mościckiego podczas jego wizyty w Wilnie w czerwcu 1930 roku.  Ibrahim Smajkiewicz  przywitał prezydenta słowami: „Sallam Alejkum”, a Prezydent odkłonił się z uszanowaniem. Tego meczetu już nie ma oczywiście, słyszę jej słowa wypowiedziane tak, jakby to, że został zburzony przez sowieckiego okupanta, było czymś zupełnie oczywistym. Ibrahim, jako imam, rok po objęciu przez niego tej funkcji, uczestniczył także w spotkaniu z Józefem Piłsudskim, ale żadne zdjęcia z tego wydarzenia nie zachowały się. Marszałka szanował. Po jego śmierci w maju 1935 roku uczestniczył w pogrzebie w Warszawie i od tamtego czasu każdego roku odprawiał nabożeństwa w jego intencji.

Ibrahim urodził się w Lachowiczach, niewielkim mieście położonym obecnie w granicach Białorusi. Z Zofią zd. Chalecką, córką imama Józefa z Rejż[7], ożenił się mając dwadzieścia lat. Ślub wzięli na Krymie. Trzy lata później na świat przyszła Maria, a dwa lata później Ali Smajkiewicz, ojciec Dżemili.

Żadna fotografia ani podobizna ojca Ibrahima, Aleksandra, ani jego dziadka, Sulejmana, nie przetrwała.

- A to portret dziadka Ibrahima. Z fotografii wykonany. – Pani Dżemila głową wskazuje wiszący na ścianie portret. Ibrahim Smajkiewicz w dżubie[8] i białym fezie ozdobionym u dołu bordową taśmą, spogląda gdzieś ponad portretującego go artystę. Za nim, po lewej stronie, majaczy w oddali kopuła i minaret nieistniejącego meczetu. Widziałam inne fotografie Ibrahima Smajkiewicza, wykonane zapewne jeszcze w czasach wileńskich. Wtedy także nosił bródkę i wąsy, ale nie były zupełnie białe, tak jak na tym portrecie. Na zdjęciu, które pamiętam, Ibrahim nie tyle uśmiechał się, ile spoglądał wprost w obiektyw aparatu, z otwartością i łagodnością człowieka, który czuje całym sobą, że żyje w zgodzie z Allachem i według jego przykazań.

Syn Adam, patrząc na oprawioną w ramę fotografię matki, wiszącą tuż obok portretu dziadka, śmieje się, że gdyby nie ta fotografia, to nie byłoby ani tego portretu, ani jego samego, co gorsza. Zdjęcie pani Dżemili wykonał jej mąż, Marian Murman.

Z fotografii na ścianie spogląda na mnie piękna dziewczyna z kruczoczarnymi grubymi warkoczami i, no właśnie, oczami Ibrahima Smajkiewicza.

Mój wzrok mimowolnie zatrzymuje się na tej fotografii. Jest w niej jakaś nieuchwytna czułość i nostalgia. W taki sam sposób, jak swoją przyszłą żonę, Marian Murman uwieczniał Gdańsk, w którym żył. Przez wiele lat mieszkał, a raczej mieszkali z Dżemilą, na Żabim Kruku, a to miejsce w odległych latach 60-tych dawało mu niezapomniany widok na Stare Miasto. Pamiętam taką fotografię, wykonaną zimą dokładnie u wylotu Żabiego Kruka na Starym Przedmieściu. Smukła wieża ratusza pokazuje godzinę 10:05, a po lewej stronie – nad miastem i nad zdjęciem - dominuje masywna wieża dzwonna Bazyliki Mariackiej. Zawsze lubiłam to ujęcie, zwykłe i niezwykłe jednocześnie, ale też inne fotografie Mariana Murmana. Długi Targ poprzecinany nitkami tramwajowych szyn, których już nie ma w tym miejscu, ponurą Wieżę Więzienną i Katownię, Żurawia i Motławę, rozjaśnioną świetlistymi wieżami. Dżemila Smajkiewicz - Murman. Powinnam była wcześniej się domyślić...

 

Życie było tak ograniczone

- Uczyć, to ja zawsze się uczyłam. A w Wilnie chodziłam do najlepszej szkoły – na jej ustach pojawia się blady uśmiech.

Była ulubienicą ojca. Mądra i piękna. Ukochana córka.

- Był zawsze dumny, a gdyby jeszcze to był chłopiec… – Pani Dżemila beztrosko uśmiecha na wspomnienie tego pragnienia ojca.

- No, ale chłopców nie doczekał się, naturalnie - konstatuje rzeczowo.  

- Pamiętam, gdy przyniosłam na świadectwie półrocznym trójkę z rysunków. Był obrażony. Uważał, że trójki to nie wypadało przynieść… Nie wypadało. To było już tu w Gdańsku. Bo wtedy w Jedynce[9] było tak, że tata przychodził na wywiadówkę, podawał rękę wychowawcy, on się odkłaniał. To był dobry, stary tryb, „dzień dobry” i „do widzenia”.

Nic więcej do mówienia nie było. Była jedną z najlepszych uczennic w klasie.

- Mam świadectwo ukończenia pierwszej klasy w wieku sześciu i pół lat. Przechodzę do drugiej klasy. Świadectwo, na którym pisze, że taka to a taka, wyznania mahometańskiego, co nie jest właściwe, ukończyła klasę pierwszą. Ręcznie napisane świadectwo. Na przedwojennych świadectwach pisano też wyznanie, wiesz?

Oczywiście, nie wiem.

- Później były lata wojny. Do roku 1946 byłam w Wilnie… w Wilnie z małymi przerwami.

- A małe przerwy to…? – najwyraźniej zmuszam ją do pamiętania o czymś, o czym nie chce pamiętać.

- Nigdy o tym w życiorysie nie wspominam. To była wywózka, nawet poza granice Polski, a potem powrót z Wilna z tymi, którzy tutaj przyjechali… – Pani Dżemila milknie na chwilę.

Dlaczego nie chce mówić o wywózce?

- A… to… To były przykre rzeczy. W czasie okupacji… nie, ty nie zrozumiesz. Wilno przechodziło z rąk do rąk. Tu Litwa, tu Rosja, potem Niemcy, a potem znów Rosja, więc to straszne było. I różne rzeczy były bardzo, bardzo smutne. I różnie odczuwane.

- A w czasie wojny do żadnej szkoły pani nie chodziła? - po raz kolejny w czasie tej rozmowy przerywam jej zamyślenie.

Chodziła. Ale losy Wilna były zmienne. Od października 1939 roku, może trochę później, nie było już polskich szkół, tylko litewskie. W pierwszym, a może jeszcze w drugim roku wojny, chodziła do takiej szkoły. Ma świadectwa ukończenia klasy 3. i 4.,  wypisane po litewsku.  Później były już tylko tajne komplety i nauczanie domowe. Do trzy- albo czteroosobowej grupki przychodzili profesorowie z przedwojennych gimnazjów. Pamięta nazwiska niektórych z nich. Geografii z podręcznika Anieli Chałubińskiej i Michała Janiszewskiego „Geografja Polski” uczyła pani Fedorowicz, języka niemieckiego pan – nomen omen – Niemiec, którego oczkiem w głowie było pismo gotyckie. Spotykali się w różnych miejscach, mieszkaniach, czy domach uczniów, raz tu, raz tam. Jak ktoś dzwonił do domu, w którym były lekcje, to udawali zabawę. W domu zawsze było pianino. Zaczynali grać, tańczyć, śmiać się beztrosko. Książki nosili w koszykach, ale wiele ich nie było.  Wtedy czytała po raz pierwszy bajki braci Grimm. Nie dlatego, że było to cenne albo odpowiednie dzieło literackie, ale dlatego, że nauczycielka innych książek dla swoich uczniów nie miała.

- Życie było tak ograniczone, że to aż niezrozumiałe było. Książkę żeby dostać, polską? Nie tylko te konieczne lektury, do zasadniczych przedmiotów, ale w ogóle polską.

Nie wspomina o zimnie, niedostatkach, braku innych najpotrzebniejszych do życia rzeczy, tak za Litwinów, jak i później kiedy do Wilna po raz drugi wkroczą Sowieci.

 

- To mój tatuś, a to moja mama. – Pani Dżemila pokazuje kolejne zdjęcia. Państwo Smajkiewicze do tej fotografii przygotowali się starannie. Zofia pozuje do zdjęcia w czarnej tiulowej sukni z dekoltem w szpic, u dołu którego przypina czarno-białą broszkę. Ciemne włosy upina w misterne fale na przedwojenną modłę, przez co wygląda urokliwie i elegancko. Na tym zdjęciu Zofia Smajkiewicz jest szczęśliwa. Czy już wie, że za kilka miesięcy na świat przyjdzie ich pierwsze dziecko? Ali Smajkiewicz zakłada grafitowy garnitur o szerokich klapach, takiż krawat i białą koszulę, a do górnej lewej kieszonki marynarki wsuwa śnieżnobiałą poszetkę.

Pod fotografią zamieszczono następujący opis: „tak wyglądali moi rodzice, kiedy mnie jeszcze nie było na świecie… było to w październiku.”    Roku 1931. Dokładnie pięć miesięcy później urodzi się mała Dżemila.

- Mieszkaliśmy za Wilią, na górze. Była tam cerkiew. Piękna. Taka półokrągła, w złocie, w stylu bizantyjskim wybudowana. Jedną kopułę miała większą, a inne małe. Myśmy za tą cerkwią mieszkali. Jest tam centralna ulica, dla mnie to ulica Mickiewicza, ale teraz to się pewnie inaczej nazywa…

 

W czasie mojej modlitwy

Dżemila miała 8 lat, kiedy NKWD aresztowało jej ojca, Alego. Było to w 1940 roku. Mieszkali wtedy w Wilnie, na Zwierzyńcu, za cerkwią Ikony Matki Bożej Znamieńskiej, największą i najpiękniejszą na Kresach. Kiedy miała 11 lat, NKWD aresztowało dziadka Ibrahima.

Ale jej dzieciństwo skończyło się dużo wcześniej . Może już w niespokojnym sierpniu roku 1939, kiedy słyszała transmitowane przez radio przemówienie Rydza-Śmigłego na zjeździe legionistów w Krakowie[10]? A może dopiero we wrześniu, kiedy pancernik Schleswig-Holstein rozpoczął ostrzał Westerplatte, a kilkanaście dni później do bezbronnego i niespodziewającego sią ataku ze wschodu miasta, wkroczyła Armia Czerwona. Tego dnia Dżemila była na spacerze z dziadkiem. Ostatnim spacerze jej dzieciństwa. W parku otaczającym cerkiew goniła promienie słońca, prześwitujące przez zmęczone już trochę latem liście.

Pamięta ryk syren. Przed ostrzałem artyleryjskim schronili się w piwnicy. Kiedy weszli do domu po tym, jak przestały z nieba spadać pociski, stąpali po dywanie ze szkła – prawie wszystkie szyby wypadły z okien. Krótko później do miasta wkroczyli Sowieci.

- Mieli takie czapeczki ze stójką, o, charakterystyczną. Były też i panie. Później opowiadało się o tych paniach, co na gwałt, na... –  pani Dżemila śmieje się szczerze i głośno na wspomnienie tej  sytuacji  - na gwałt kupowały przedwojenne koszule i się w nie odziewały. To śmiesznostka taka, to dziecko słyszało i zapamiętało. Mama sprzedała im takie koszule. Do tego kupowały białe berety, nakładały je, jakby to miała być elegancja jakaś.

Nieco ponad miesiąc później Wilno przeszło w ręce litewskie i przez rok wszystko było po litewsku. A potem znów przyszli Sowieci. Dlaczego i na skutek jakich zdarzeń, tego pani Dżemila wtedy nie rozumiała.

Pierwsza rewizja w domu w czasie tej sowieckiej okupacji miała miejsce krótko po jej rozpoczęciu. Jesienią 1940 roku. Trwała całą noc. Z tamtej nocy pani Dżemili w pamięci pozostał kredens w jadalni i wyrzucanie wszystkiego z tego kredensu. Nie rozumiała, dlaczego Sowieci zabrali jej ojca. Nie mogła się z nim pożegnać. Wyobrażała sobie, chciała wierzyć, że wzięto go do pracy. Później dowiedziała się, że tej nocy całą inteligencję Zwierzyńca, najlepszej dzielnicy Wilna, zaaresztowano.

- Tak więc ojciec znalazł się w doborowym towarzystwie w tym więzieniu – słyszę jej cichy śmiech, smutny taki.

Początkowo Sowieci trzymali Alego Smajkiewicza w pojedynczej celi, później razem z Litwinem, profesorem Uniwersytetu w Wilnie. To wtedy Ali nauczył się dobrze języka litewskiego.

- Ojca nie było prawie rok. Ja się bardzo modliłam. I to pamiętam. Bardzo. Bardzo modliłam się z dziadkiem Ibrahimem. Trzy razy dziennie. I pamiętam moment, kiedy ojciec wrócił. W  czasie mojej   modlitwy. A ojciec był… - jej słowa łamią się w ciszy. - A ojciec był…

- Był taki moment mojej gorliwej modlitwy – mówi po raz kolejny jakby do siebie - …kiedy ja się tak modliłam. W tym momencie pamiętam, że… ktoś jakby zamykał okiennice. A to ojciec wrócił.

 

Jak tam moje pomidory?

Mama Dżemili, Zofia, chodziła codziennie pod bramę więzienną na Łukiszkach. Tak jak dziesiątki innych kobiet, których mężowie zostali aresztowani. Stały, czekały... Na jedno słowo, na jakąś informację. Czy żyje…? Czy…? Pani Dżemila pamięta, że było już lato. Matka przez trzydzieści dni czekała pod więzienną bramą, żeby dostać, wyprosić pozwolenie na widzenie z mężem. Mała Dżemila czekała także.

- I moje takie czekanie, na balkonie tego domu, co tam na pianinie stoi zdjęcie – pani Dżemila pokazuje ręką w stronę fotografii okazałego drewnianego domu z balkonikiem na pierwszym piętrze, charakterystycznego dla zabudowy całej tej pięknej dzielnicy, jaką przed wojną był (i zresztą do dzisiaj jest) Zwierzyniec.

- Tu nasz dom właśnie był, na Zwierzyńcu, i tutaj na tym balkonie ja stałam. Tego domu nie było wtedy - pokazuje na betonowy budynek, który już po wojnie wyrósł obok rodzinnego domu Smajkiewiczów.

- Oczekiwanie dziecka… Każdego kolejnego dnia… czy i w jakim nastroju mama przyjdzie, czy będzie ta nadzieja, że zobaczy ojca, że on jeszcze... jest.

Po krokach matki poznawała, czy jest ta nadzieja. Czy chód jest lekki, czy stąpa ciężko, przygnieciona cierpieniem i niewiedzą o ukochanym mężu. I nie pomyliła się. Pamięta te pantofle, wiśniowe, plecione, skórzane, na niewielkim obcasiku, które stąpały lekko. Mama po trzydziestu dniach dostała widzenie z ojcem.

Dziwi się, jak to możliwe, że człowiek takie rzeczy pamięta.

Oficer, który dał Zofii Smajkiewicz pozwolenie na widzenie z mężem, nazywał się Kozłow. Pamięta to nazwisko dokładnie.

- Przez kraty. Takie to było widzenie… A ojciec zapytał: „Jak tam moje pomidory?” – tym razem rozlega się ciepły śmiech, jakby słowa przywołały szczęśliwe wspomnienie. Wspomnienie o ukochanym ojcu.

Pomidory? Nawet nie zadaję żadnego pytania, ale najwyraźniej wyraz zdumienia na mojej twarzy skłania ją do wyjaśnień.

- No bo mieliśmy ogród, dom był duży, a tam z tyłu – raz jeszcze pokazuje na miejsce na fotografii za domem -  był ogród i to ojciec hodował pomidory. „Jak tam moje pomidory?”.

 

Numer 3312

O tym, co wydarzyło się za murami więzienia w Łukiszkach, pani Dżemila dowiadywała się powoli. Niektóre historie nie były przeznaczone dla małej dziewczynki i musiały poczekać, a o innych może nie dowiedziała się nigdy.  

- Pamiętam, jak ojciec opowiadał… opowiadał pobyt swój tam, w więzieniu.  Przesłuchania były zawsze w nocy. I ojciec opowiadał, o co pytano, jak pytano. Ot, chociażby, wyjmuje taki przesłuchujący papierośnicę i mówi tak: „Pozwol'te mne predlozit' wam sigaretu”[11]– „Pozwoli pan, że zaproponuję papierosa”.

Dla Alego Smajkiewicza, człowieka wykształconego, światowego, biegle mówiącego po rosyjsku, było to upokarzające. Każde pytanie przesłuchującego miało sugerować, że aresztowany dopuścił się zbrodni wobec państwa sowieckiego, a aparat tego państwa wie o tym doskonale i teraz tylko oczekuje od aresztowanego, że się do tych wszystkich zbrodni przyzna. Przyzna się, ale przecież oni i tak wszystko wiedzą, więc chodzi tylko o to, żeby dobrą wolę pokazał. To może nie zabiją, jego, żony, córek, zrozumienie okażą, bo przecież czasy są inne teraz, niż kiedyś.

 

-  Ojciec mój miał bieliznę z numerem 3312. Ja ją mam do dzisiaj, znakowaną.

Ojciec nie opowiedział córce o innych metodach uzyskiwania zeznań od więźniów NKWD, powiedział, że wobec niego nie były stosowane.

Dziadek o swoim pobycie w Łukiszkach nie powiedział małej Dżemili nic.

 

Pod bramę więzienną

Po wojnie pani Dżemila była w Wilnie kilka razy.

- I proszę sobie wyobrazić, że jak ja przyjeżdżam do Wilna, to nie idę do naszego domu, na Moniuszki, bo to był ostatni dom naszego pobytu w Wilnie. Lecę pod bramę więzienną.

Dlaczego? Cierpliwie czekam aż sama mi to wyjaśni.

- Bo ja tak to przeżyłam, jako mała dziewczynka, kiedy moja mama tam chodziła. Za każdym razem. No, takie rzeczy pamiętam… tak jak bardzo pamiętam: Rosja i wojna 22 czerwca. Dziadkowie i my, każdy miał swoje rodzinne mieszkanie, a w każdym, no, radio było. Właśnie pamiętam, że to był 22 czerwiec[12] i mówili w radiu: „Nemetskije wojska napali w naszu stranu[13] -– „Niemieckie wojska napadły nasz kraj”.

 

Osiemdziesiąty pierwszy i ostatni

We wrześniu 1944 r. przewodniczący Rady Komisarzy Ludowych Mečislovas Gedvilas i przewodniczący PKWN Edward Osóbka-Morawski podpisali umowę o repatriacji. Przewidywała ewakuację Polaków z Litwy i Litwinów z Polski. W rzeczywistości jednak, jak pokazało życie, była to umowa jednostronna. Na jej mocy do Polski wyjechało około dwieście tysięcy Polaków, natomiast z Polski do Litwy wróciło zaledwie kilkanaście osób.

- Były przygotowania do ewakuacji. Ewakuacji tutaj, do Polski. Bardzo kłopotliwe to było i okupione na pewno jakimiś pieniędzmi, na pewno nieraz. Dostaliśmy ostatnią kartę ewakuacyjną, jedną z ostatnich do transportu. Był to osiemdziesiąty pierwszy transport.

Spisywano pozostawiane mienie, dając nadzieję na rekompensatę, która nigdy nie nastąpiła. Repatriacja była przecież także okazją do zagrabienia mienia tych, którzy przed wojną byli elitą tego miasta.

Pani Dżemila pamięta tamte czasy dokładnie. Wilno było wtedy niebezpiecznym miejscem. Po wielu latach historycy zgodzą się, że repatriacja Polaków, czy polskich Tatarów, z Wilna w 1945 r. nie była etniczną czystką.

- Ale Sowieci byli panami.

To było życie pod groźbą aresztów, wywózek do łagrów, denuncjacji, prześladowań i gwałtów. Do domu państwa Smajkiewiczów w Wilnie można było wejść zarówno od frontu, jak i od kuchni. Od kuchni można było wejść praktycznie niezauważonym.

- To był taki system, że przychodzono z drugiej strony domu, przez kuchnię, żeby sprawdzać książkę zameldowania. I przychodził taki politruk z NKWD… Codziennie.  Siadał i przeglądał książkę zameldowania, bo to się szykowały wybory u nich. Nikt nie wiedział, czego się tam dopatrzy i jak się zachowa.

- I jeszcze coś… „Krasiwaja u was docz’ka”[14], mówił spoglądając a to na mnie, a to na siostrę. To był strach. Każdy komplement - zawiesza głos. Rewizja osobista mogła być przeprowadzona w każdej chwili wobec każdej osoby. Wszystko mogło być pretekstem, aby ją wykonać. A co po niej?

Rodzice małą Dżemilę, śliczną nastolatkę, chowali w łóżku. Miała udawać chorobę. Młodszą, Zulejkę, dziecko wtedy jeszcze, ukrywali gdzie się dało.

W końcu otrzymali kartę ewakuacyjną. Strach, szczęście i rozpacz. Wszystko w jednej chwili. Strach zostać, ciężko wyjechać. Opuścić ukochane miasto, dotychczasowe życie porzucić, szukać nadziei i życia gdzieś tam, w tej odległej Polsce. Decyzja została jednak podjęta. Transporty repatriacyjne odbywały się wagonami towarowymi. Razem ze Smajkiewiczami jechały jeszcze trzy inne tatarskie rodziny.

Ostatniego dnia Wielkanocy roku 1946 Smajkiewiczowie całe swoje dotychczasowe życie zapakowali w kilka tobołków i ruszyli na wileński dworzec kolejowy. Mama Dżemilii ostatni raz spojrzała na swój dom na Zwierzyńcu, park nad Wilią, wszystko co znała i kochała, otarła łzę na policzku i wsiadła do pociągu w nieznane. Już nigdy nie wróciła do Wilna. Podróż zajęła im dwa tygodnie. 3 maja 1946 roku transport przyjechał na stację Gdańsk Południowy. Czemu akurat tutaj?

- Myśmy chcieli naturalnie do Polski, ale jakim sposobem, czy mamy siostra dała telegram, czy kartka przyszła, „przyjeżdżajcie… przyjeżdżajcie, rabotka jest”. Także myśmy jechali już tutaj, mając na względzie mamy siostrę.

Osiemdziesiątym pierwszym, i ostatnim jednocześnie, transportem z Wilna.

 

Czy pani dać chleba czy pieniędzy?

Pani Dżemila nie jest pewna, co stało się z tymi, którzy w Wilnie, czy w ogóle na Kresach pozostali.

- Większość osób wywieziono. Mamy brat rodzony był wicestarostą miasta Wołkowyska. Jednego dnia został zabrany do więzienia i nie wiadomo było, co dalej z nim jest. Żonę i dzieci wywieźli na Syberię. Do Polski wrócili po sześciu latach.

Sowieckie deportacje na Kresach zaczęły się już w 1940 roku. Deportowano około dwa miliony ludzi, którzy trafili do obozów pracy i kołchozów na Syberii i na niezmierzonych stepach Azji Środkowej. Wielu z nich zmarło pierwszej zimy z zimna, głodu i chorób. Kiedy w 1941 roku, na podstawie układu Sikorski-Majski, utworzono Wojsko Polskie w ZSSR, było to dla deportowanych nadzieją na życie. To właśnie wtedy ponad sto tysięcy ludzi, idąc od Buzułuku w Rosji aż po przełęcz Brenner w Tyrolu, przez ponad dwa lata pokonało ponad dwanaście tysięcy kilometrów. My z tego szlaku pamiętamy tylko jego koniec - bitwę pod Monte Cassino. Być może jednym z tych, którym  udało się przeżyć, był wuj pani Dżemili. Trafił do Anglii, gdzie jako lotnik walczył w polskim dywizjonie.

- Spotkali się tutaj, parę metrów od nas, jak wuj wrócił z Anglii. Po siedmiu latach się spotkali. Tutaj był taki obóz, Gdańsk-Narwie, gdzie wszystkich, którzy wracali do Polski, trzymano. Jak w więzieniu, przez wiele miesięcy po powrocie.

- W każdym razie na Kresach całą inteligencję zabrali. Wielu Tatarów. I zginęli, zamordowani, albo z głodu, chorób i żalu. Niemcy, jak przyszli później, nie mieli już co brać. Sowieci wszystko wzięli. Wszystko było załatwione.

- Później to to było taka wegetacja tylko. A że u nas w domu dziadek był imamem, lubianym przez wszystkich, dużo parafian przychodziło do nas po różne sprawy. Ja troszeczkę też widziałam - kto przychodził, w czym pomagał,  co dziadek robił. I to w czasie, kiedy takich rzeczy robić nie było wolno.

Pani Dżemila w meczecie wileńskim była tylko parę razy, jeszcze w czasach, kiedy można było pójść. Niby nie było żadnego oficjalnego zakazu czy prześladowań z powodu wyznania.

- Ale Sowieci… Sowieci prześladowali. Znaczy, niby nic nie mówili, ale wiadomo było, że lepiej nie chodzić.

- W ogóle to było straszne. Bo nigdy nie było wiadomo, co kto potraktuje i jak. W każdej rodzinie ktoś był napiętnowany, delikatnie mówiąc. To były takie ciężkie czasy … ani korespondencja, ani nic… żadnej wiadomości nie było. O nikim.

- W czasach niemieckich, kiedy Niemcy już poszli w kierunku Rosji i przekroczyli tę granicę, to bardzo dużo rodzin  połączyło się ze swoimi krewnymi, którzy byli przez te ponad dwadzieścia lat oddzieleni, bo granice były. I takim sposobem rodzina dziadka, rodzina Smajkiewiczów, przyjechała do nas z Mińska, a ja poznałam moich stryjecznych braci i siostry.

Babcia pani Dżemili, Zofia zd. Chalecka, miała dwie siostry. Jedna z nich od 1921 roku żyła na Litwie, druga na Krymie, a babcia z mężem - w Wilnie. Z rozpoczęciem niemieckiej ekspansji w 1941 roku, zniknęły litewsko-polsko-białoruskie granice.

- I moja babcia, która została jedna na Krymie i tam wyszła za mąż za tatarskiego pułkownika, po tych wszystkich latach zapukała, tak jak ty do mnie dzisiaj, do mojej babci, to jest do swojej siostry rodzonej. A ta otworzyła jej drzwi i zapytała: „Czy pani dać chleba, czy pieniędzy?”. Stała taka z czterema warkoczykami, chuda, po tych wszystkich latach.

Te rodzinne połączenia po latach miały swoją cenę. Później kiedy Sowieci wrócili, to się za to też płaciło. Jedna i druga strona płaciła.

- Zaczynało się od śledztwa, od aresztowania. Nie wiedzieć czemu, za to, że łączysz się z rodziną, ty jesteś wróg. To taka mentalność. Ty jesteś wróg narodu i koniec.

- To jest dzisiaj niezrozumiałe. To jest taki drenaż psychiczny wielki. To była sytuacja takiej psychicznej niewoli, psychicznego znieczulenia, psychicznego znęcania się. To, że się spotykasz z rodzeństwem, wydaje ci się, że będzie już dobrze, zmienia się władza, aresztują cię, wywożą i znów to samo. I znów jesteś sam. Wywozili ich wszędzie. I do Kazachstanu, i na Syberię. Mój wujek pierwsze sześć miesięcy siedział w więzieniu! Potem wywózka.

A ci, którzy wrócili, którym udało się wrócić, wracali innymi już ludźmi.

- To była inna mentalność. Te wszystkie sowieckie wymagania i myślenie, to im pozostało. Bardzo trudno tu się adaptowali. I nawet wcześniej odchodzili z tego świata. Bo już całe dzieciństwo, kiedy ma się kilkanaście lat, to przeżyli tam. Przeżyli tam w różnych okolicznościach. I dla własnych rodziców zbijali z desek trumny. I korę jedli.

 

Dlaczego chce się dalej uczyć?

Kiedy wysiadła z tego pociągu, mała kilkunastoletnia dziewczynka o grubych czarnych warkoczach, nic nie było oczywiste. Ale uczyć się zawsze chciała. Przystąpiła do egzaminów wstępnych do gimnazjum.

- Był temat z matematyki: obliczyć procent, w jakim uczestniczyli ludzie w referendum 3xTAK – pani Dżemila wybucha szczerym i głośnym śmiechem na wspomnienie tego tematu na egzaminie wstępnym do gimnazjum.

 - A pytanie na polskim było - dlaczego chcę się dalej uczyć. I pamiętam, że musiałam coś takiego napisać, że jeden z tych profesorów podszedł do drugiego i sobie pokazywali, uśmiechali się, czy się śmiali, nie pamiętam. Miałam wtedy niecałe 14 lat, a tu od razu do drugiej klasy gimnazjalnej zdałam. Ale takie tematy były.

Czy tęskniła za Wilnem? Oczywiście, że tak.

- Wilno w moich czasach  było ograniczone do bezpiecznego przejścia do szkoły i z powrotem. Bo jak wojska niemieckie albo jakieś inne wszędzie stały. A poza tym Wilno było ogromne, a my mieszkaliśmy w oddaleniu od centrum tego wszystkiego. Ze Zwierzyńca to tak jak z Jelitkowa do Gdańska piechotą przyjść.

Zdziwiło mnie, kiedy powiedziała, że biały chleb jadła po raz pierwszy tutaj, w Gdańsku, z tej piekarni w Brzeźnie, co się nazywała „Dariusz”. Już jej teraz nie ma. Ale pani Dżemila do dzisiaj, jak przejeżdża koło tego miejsca, to jej ciągle pachnie tamtym świeżym białym chlebem.

Także dopiero tutaj pani Dżemila przypomniała sobie, czym było masło. W czasie wojny używano oleju.

- Ten olej to był pakowany w ciemnych butelkach. Jak się go dostało, to człowiek bardzo zadowolony był.

 

Tatar Polski

- Jak przyjechałam, to miałam swój życiorys, który był ułożony. I nie tylko ja. A to dziadek był listonoszem, a jeden jeszcze to był kimś innym, robotnikiem. Takie były czasy.

- I wszyscy tutaj, wszystkie rodziny, które chodzą do meczetu, to wszyscy są z jakimś piętnem przeżycia stamtąd. Widać to w ich wykształceniu, mowie, sposobie bycia i myślenia. To zostawia wielkie piętno. Mamy taką nietypową osobowość - Tatar polski.

- Tego nikt nie zrozumie. Widziałaś jakie to trudne. To pochodzenie, poczucie tożsamości. Widziałaś na tym wyjeździe[15], poczułaś. No a tutaj, nie mówię, że w dwójnasób, ale wielokrotnie mocniej występuje. Ta inność. A jeszcze w Rosji, każdy pisząc, że jest Tatarem, mógł nie przyjechać z Polski. To było bardzo trudne dla nas, bo w dowodzie osobistym przedwojennym istniała także narodowość. Ja do dziś pamiętam te dokumenty, taki wysoki przedwojenny paszport, duży, niebieskoszary. Z lewej strony były informacje o wyznaniu. I właśnie w tłumaczeniu Rosjan, Tatarzy to Tatarzy, nie Polacy, i muszą jechać do Azji.

- Nie łatwiej byłoby wam zrezygnować z tego Tatara polskiego i nazwać się Polakami? – pytam, ale przecież już wiem, jaka będzie odpowiedź.

- A to, wiesz, jest trudne pytanie. Te dowody i to myślenie. To była kwestia honoru, bo czuliśmy się tak samo jak Polacy, a może i lepiej. Pochodzenie było, jakie było. Ale wtedy nikt nie myślał o tym, o naszej historii dumnej, sprzed wieków. Nikt się nie zastanawiał nad tym, że kiedyś to w czymkolwiek  przeszkodzi. A poczucie takie było, że nas chyba właśnie łączyła ta historia. I religia. Trzymając się tej swojej historii, stanowiliśmy nawet troszkę taką inną grupę. Nawet imiona nasze są inne, nikt się tego ani nie wstydził, ani nie zadawał sobie nawet pytania, czy to może być kiedyś jakieś inne imię. Czuł się dobrze tym, kim był, z dziada pradziada. Wszędzie był honorowany, nie czuł się innym. Nie czuł się gorszym. I tego w jakikolwiek sposób nie okazywał. Ja na przykład, ale to zależy od człowieka, ja się nigdy nie wstydziłam tego, kim jestem i skąd pochodzę. Mnie nigdy nikt nie przezwał, że „ty taka jesteś, a nie inna”. Ale wiem, że może takie przezwiska, takie typowo chłopięce, czy dziecięce przekomarzania, „Tatar koniu dupę natarł” i tym podobne były – na wspomnienie Tatara co to „koniu….natarł”  pani Dżemila wybucha głośnym śmiechem. Ja zresztą też.

 

Ale wiele lat później, po ataku na bliźniacze wieże kompleksu handlowego World Trade Centre w Nowym Jorku, na drzwiach swojego gabinetu lekarskiego przeczytała kartkę: „Nie leczcie się u wyznawców islamu!”.

 

Nasze pierwsze rozmowy ekumeniczne

- W Gdańsku byłam dobrą uczennicą. Dostawałam nagrody za wyniki w szkole. Na religii, jak chciałam to byłam, jak nie chciałam, to nie byłam i nie byłam pytana, dlaczego. A mój ojciec był na religii zawsze. We wspomnieniach mówił tak: „Co tam, Jasiu, to ty nie wiesz, zapytaj Tatara, on ci to wszystko powie”. To było takie honorowe, a przyjemne życie.

- Ja mam jeszcze takie wspomnienia, że ksiądz dominikanin, bardzo wykształcony, z doktoratem chyba, pozwolił mnie siedzieć na religii. Dużo rozmawialiśmy, o innych religiach także. Jak mówiłam o swojej religii. Więcej jeszcze ci powiem. W ’46, ’47,’48 roku śpiewało się „Kiedy ranne wstają zorze”. I ja też śpiewałam, nie było żadnego wstydu. To było, jak byłam w Jedynce. Potem, po latach, ten dominikanin przyjechał do Gdańska i szukał mnie przez kolegów, i poszedł do meczetu, i wpisał się w księdze pamięci. Mam gdzieś tutaj nawet jego zdjęcie. I mówił do mnie tak: „My z tobą, Dżemilo, nasze pierwsze rozmowy ekumeniczne prowadziliśmy”.

Już jako dorosła osoba, Dżemila pojechała do tego księdza  w odwiedziny do Poznania. Był bardzo szczęśliwy, że pamiętała. Pamiętała i odwiedza także grób innego księdza katolickiego, który prowadził lekcje religii.

- Księża byli różni, ale do nas, uczniów Jedynki, chyba raczej byli dobierani tacy, co byli wykształceni bardzo. 

 

Odważyć się działać

- W Gdańsku trochę się nas zebrało, żeby odważyć się działać, myśleć o miejscu modlitwy, o meczecie. Zaczęliśmy o tym myśleć, ale bardzo ostrożnie. Bardzo ostrożnie, bo tak jakoś trzeba było w tych czasach. 1984 rok, to była przecież Polska Ludowa. Było bardzo trudno, tylko, że wszyscy mieli bardzo dobrą opinię jako ludzie, jako pracownicy i to pomagało. No i tak się zaczęło.

Dlaczego dotarła aż tutaj? Dlaczego została Przewodniczącą Gdańskiej Gminy Muzułmańskiej? Ibrahim Smajkiewiczy był przywódcą duchowym. Ale ona tego wcale nie chciała dla siebie. Ani splendoru, ani trudów z tym związanych. Była pochłonięta swoim życiem, ciężkimi studiami na Akademii Medycznej, małżeństwem, dzieckiem wcześniakiem. To nie było łatwe. Do dzisiaj zastanawia się i dziwi, że się tego jednak podjęła.

- A u mnie jeszcze po drodze było wielkie nieszczęście. Moja siostra przy porodzie zmarła. Dzisiaj wiem i rozumiem, jak to było, ale cóż, byłam studentką wtedy i narkozy jako takiej nie było. Nie można tego zrozumieć. To ja zajmowałam się tym nowo narodzonym chłopcem i to była inna epoka w życiu. Dawałam z siebie wszystko. Dzisiaj ten mały chłopiec kochany jest profesorem wyższej uczelni i  ambasadorem Polski[16].

Milczymy długo. W końcu przerywa ciszę i jej głos brzmi spokojnie.

- A jak ja sama rodziłam, to wołałam do kolegi z klasy: „Ratuj, bo umrę!” – Pani Dżemila głośno śmieje się z tych okrzyków.

Ale jak w roku 1979 przyszedł do niej jej wuj, ówczesny imam, i poprosił aby przyjęła tę funkcję i została Przewodniczącą Gdańskiej Gminy Muzułmańskiej, nie umiała mu odmówić. „Koniecznie ty zostań, ty zostań!”, powiedział.

I tak zaczęła się ta praca. Z wysiłkiem, mozołem i uporem, każdego kolejnego dnia tworzyła zalążki wspólnego miejsca modlitwy, spotkań dla całej gdańskiej muzułmańskiej społeczności.

- Trafiłam na ludzi, którzy rozumieli, ja ich i oni mnie. Przeważnie to byli właśnie ci Kresowianie wileńscy, w jakiś sposób duchowo powiązani wspomnieniami z dziadkiem moim. Wiedzieli kogo, co reprezentujemy pod każdym względem. Także tutaj zaczęłam powoli realizować nasze wielkie marzenie.

 

Tułaczka

Gmina Muzułmańska w Gdańsku zarejestrowała się dopiero w 1960 roku, pomimo tego, że wileńscy Tatarzy, którzy w większości ją tworzyli, dotarli na te ziemie już w 1946 roku. Zapewne nikt wówczas nie wiedział, że na własne miejsce modlitwy jej członkowie będą musieli czekać z górą trzydzieści lat.

Na początku wspólne modlitwy odbywały się w domach lub mieszkaniach. Nie było to łatwe, bo aby przygotować takie miejsce modlitwy dla grupy pięćdziesięciu i więcej osób, trzeba było wynosić meble, na podłodze rozkładać dywany i koce. A i tak nie wystarczało miejsca dla wszystkich.

- Modlitwa muzułmańska wymaga większej przestrzeni, jako że jest z pokłonami i klęczeniem – wyjaśnia.

Czasami to nawet zabawne było. Pani Dżemila wspomina dawne wspólne modlitwy w jednym z domów, w których uczestniczył Aleksander Sulkiewicz[17], współtwórca sądu powszechnego w Gdańsku, mężczyzna skądinąd wysoki i postawny.

- Prawdziwie wielki duchem i ciałem – podkreśla z uśmiechem – Musiał siedzieć na malutkim okrągłym stoliczku, ponad ramionami obecnych. Jak taki grzybek ponad nas wszystkich wystawał.

Widziałam Aleksandra Sułkiewicza na zdjęciach. Chłop jak dąb, jak to mówią. Przez moment wyobrażam go sobie na zydelku w roli grzybka i wybucham śmiechem. Pani Dżemila ze mną.

Prawda jednak była i jest taka, że dla muzułmanów modlitwa wiele znaczy. Tylko poprzez modlitwę muzułmanin może nawiązać prawdziwy i żywy kontakt z Allachem. A będąc na Podlasiu usłyszałam, że modlitwa ofiarowana we wspólnocie jest warta „dwadzieścia siedem razy więcej” niż składana indywidualnie.

- Te trzydzieści lat to były lata tułaczki – pani Dżemila nie pozostawia żadnych złudzeń.

Oprócz wszystkich uciążliwości, czy śmiesznostek, o których mówi, modlitwy w domach wiązały się jeszcze z koniecznością powiadamiania władz o tym, że w takim to a takim miejscu będzie odbywała się modlitwa. Gdańscy muzułmanie tego obowiązku przestrzegali. Nigdy nie było tak, aby władzy o zebraniu nie zawiadomili, nigdy też władza takiemu spotkaniu nie sprzeciwiła się.

Wielokrotnie zwracali się do władz miasta o przydział swojego lokalu na modlitwę. Zaznaczali, że w przyszłości będą chcieli wybudować meczet. Przychodziły odmowy za odmową. Inne potrzeby, ważniejsze, liczba lokali ograniczona, ubolewamy ale nie możemy, jak tylko taka możliwość się pojawi, to na pewno zawiadomimy.

 

O ile Bóg pozwoli

Jednak w 1983 roku przyszła inna odpowiedź. Odpowiednim pomieszczeniem nie dysponujemy i przydzielić nie możemy, ale możemy przekazać działkę budowlaną, skoro, jak słyszymy, intencją gdańskiej muzułmańskiej społeczności jest wybudowanie meczetu. Co więcej, przedstawiono nie jedną, ale trzy możliwe nieruchomości.

- To była wielka radość. Spośród proponowanych lokalizacji dosłownie ja wybrałam jedną – plac narożny przy ulicy Polanki i Abrahama – mówi pani Dżemila.

Urzekło ją miejsce. Plac znajdował się w historycznym ciągu dworów gdańskich patrycjuszy z czasów świetności miasta. Zieleń dorodnych drzew dodawała zakątkowi uroku. Oczywiście, kwestie techniczne były ważne  – dostęp do wszystkich mediów, bliskość komunikacji miejskiej.

Nie miała wątpliwości i nie wahała się – to było dokładnie to miejsce, którego szukała.

Rzuciła się w wir pracy tak, jakby całe życie przygotowywała się do tej właśnie chwili i na nią czekała. Ich dom w Wilnie, na Zwierzyńcu, był zawsze otwarty. Dziadek Ibrahim szeroko otworzył także drzwi ich domu w Polsce. Każdy z Tatarów, który przyjeżdżał tutaj, do Gdańska, czuł potrzebę spotkania w ich domu. Chłonęła tę atmosferę, obserwowała Ibrahima, uczyła się rozumieć ludzi i rozmawiać z nimi.

- Myśmy zawsze siebie szukali – mówi.

I wtedy i teraz. Marzyli o wspólnym miejscu modlitwy, o celebrowaniu wiary swoich przodków i muzułmańskich obrzędów. Ale nie zamykali się w swoim własnym kręgu. Jeszcze zanim rozpoczęli budowę meczetu, byli otwarci na innych ludzi, inne społeczności. Na zaproszenie i we współpracy z władzami kościelnymi organizowali prelekcje. Opowiadali o sobie i o swojej religii.

Zapewne właśnie dlatego, kiedy decyzja o powstaniu meczetu, dotarła do lokalnej społeczności, mieszkańcy przyjęli to życzliwie. I nawet jeżeli rzeczywiście ktoś liczył, że powstanie tu mięsny lub rybny, to szybko o tym zapomniano.

Pani Dżemila, wnuczka Ibrahima, umiejętnie te relacje budowała i pielęgnowała. Na przyjęciu zorganizowanym z udziałem ks. Tribowskiego, proboszcza budującego się równocześnie i obok kościoła pw. Św. Stanisława Kostki, nie tylko przyszła, ale i wódki się napiła. Z rozbrajającą szczerością przyznaje jednak o św. Stanisławie Kostce, polskim jezuicie i jednym z katolickich patronów Polski, nie wiedziała nic. Istnieniu sporu o wieżę i minaret z ks. Tribowskim kategorycznie zaprzecza.

-Może ktoś i powiedział słowo albo dwa. Ale to nie mogło być na serio – ucina spekulacje w tym temacie.

Czasy na realizację jakiegokolwiek przedsięwzięcia budowlanego były trudne, a takiego jak meczet – szczególnie trudne. Jakiekolwiek materiały budowlane można było otrzymać tylko z przydziału. A roboty musiały iść do przodu, określonym tempem. I w taki oto sposób, niejedna cegła, która miała trafić do meczetu, trafiła do kościoła i odwrotnie. A blacha miedziana była rozdzielana sprawiedliwie i według potrzeb.

Budowę prowadził Wacław Pryczkowski, Kaszub z Chmielna, ze swoimi ludźmi. Ale nie tylko. Każdy członek wspólnoty pracował według swoich umiejętności. Dżemila leczyła ich wszystkich, razem z dziećmi, krewnymi i innymi potrzebującymi. Uśmiecha się na wspomnienie tamtych czasów.

- Za pracę nikt nie otrzymywał wynagrodzenia, ani nie zwracano kosztów dojazdów – podkreśla pani Dżemila.

Zanim jednak ruszyła budowa, konieczne były pieniądze. Otworzono rachunek bankowy dedykowany do tego celu. Pani Dżemila również zwracała się z prośbą o wsparcie bezpośrednio do wiernych. I dawała przykład.

- Ja sama wpłaciłam pierwsze pieniądze, a później w czasie modlitwy świątecznej w Sopocie, do czapki, no do maciejówki, zebrałam milion trzysta tysięcy złotych. Od zwykłych ludzi, parafian, studentów. Przez otwarte okno podawali mi pieniądze. I nie tylko oni, nie tylko wtedy.

- Zorganizowaliśmy kilka wycieczek do Turcji, do Niemiec, dzięki którym uzyskaliśmy znaczne środki finansowe. To nie były żadne spotkania ze sponsorami, myśmy wszystkimi sposobami starali się zdobyć te pieniądze.

Jak?

- Sprzedawaliśmy i kupowaliśmy. Co się dało i na co kto miał pomysł. Każdy część zarobionych pieniędzy oddawał na budowę. My, na przykład, jechaliśmy z własną butlą gazową, którą jeszcze do dzisiaj mam. A w Turcji, jak przeczytali że jestem muzułmanką, to nawet pieczęci w paszporcie mi nie przybili. Krzyczeli, że to nasza, Dżemila, i żeby przepuścić. Ja potem musiałam wrócić na tę granicę, żeby mi tę pieczątkę przybili bo z powrotem do Polski bym nie mogła wrócić.

Pieniądze przekazywały organizacje i wierni. Jeden z nich, arabski inwestor Ali ab Turkey, przekazał na konto budowy kwotę pięciu milionów złotych. Zażądał jednak zmiany koncepcji. W miejsce domu parafialnego miał powstać meczet.

- W ich pojęciu nie istniało coś takiego jak dom, w którym można się modlić. Modlić można się w meczecie – wyjaśnia pani Dżemila.

Nową koncepcję architektoniczną przygotował Marian Wszelaki, zresztą kolega pani Dżemili z lat szkolnych, oraz Ali Muchla. Powołano komitet budowy, którego pracami kierował Stefan Mustafa Bajraszewski, syn wileńskiego adwokata. Szybko się okazało, że środki zebrane na budowę stanowią zaledwie dziesięć procent wszystkich wydatków. Ustalono, że prace będą odbywały się etapami. Najpierw powstać miała część prostokątna, potem wieloboczna, ewentualnie potem kopuła i, o ile Bóg pozwoli, bo nic się nie dzieje bez Jego woli, minaret.

- To chyba Bóg pozwolił? – pytam nieśmiało, żeby pani Dżemila nie uznała tego za niestosowny żart.

- Pozwolił.

W dniu 29 września 1984 roku podpisano i wmurowano Akt Erekcyjny.

- To była wielka i piękna uroczystość. Wzruszający moment. W tym uczestniczyli muzułmanie z całej Polski, wszyscy polscy imamowie. Przyjechali ambasadorowie z Bliskiego Wschodu, władze miasta Gdańska, przedstawiciele rządu polskiego. Była Danuta Wałęsa. Przedstawiciele wszystkich kościołów, arcybiskup Gocłowski, rabin Żydowskiej Gminy Wyznaniowej w Gdańsku. Udostępniono nam także Salę Białą Ratusza Głównego Miasta. Władze Gdańska zamknęły dla ruchu wszystkie okoliczne ulice, aby nic nie zakłóciło przebiegu uroczystości.

Oddanie meczetu wiernym miało miejsce w 1990 roku, dokładnie pięć lat po rozpoczęciu budowy.

Przeglądamy razem zdjęcia, które dokumentują powolny proces budowy meczetu, przed oczami staje wysiłek i trud, jakim okupione było jego powstanie.

Ale wszystko to zostało nagrodzone. Wokół tego miejsca teraz, tak jak przed wielu laty wokół wileńskiego meczetu, w którym nabożeństwa odprawiał Ibrahim Smajkiewicz, gromadzą się i ci wileńscy jeszcze, i polscy muzułmanie jednocześnie.

Tułaczka się już dla nich zakończyła.

Pani Dżemila uśmiecha się delikatnie. Jak tego dokonała? Ta filigranowa, drobna, wątła, a jednocześnie tak silna kobieta.

- Trzeba odważyć się działać. I Bóg na wszystko pozwoli, dziewczyno! – odpowiada na niezadane przeze mnie pytanie.

 

[1] Obrazy zawierające wykaligrafowane i zdobione wersety z Koranu.

[2] Muzułmańskie wyznanie wiary.

[3] który poległ w 1915 roku.

[4] Należącego do 13. Pułku Ułanów Wileńskich stacjonującego niedaleko Wilna.

[5] W pierwszych dniach września 1939 roku Jeliaszewicz wraz z 13. Pułkiem Ułanów walczył pod Piotrkowem, a następnie przeprawiał się przez Wisłę po to, aby pod Maciejowicami 9 (a może 10) września wykonać ostatnią szarżę na wroga. Ta właśnie maciejowicka szarża stanowi symboliczne zamknięcie historii walk oddziałów tatarskich w wojsku polskim. 13. Pułk Ułanów został rozbity pod Suchowolą na Lubelszczyźnie. Jeliaszewicz z garstką swoich ludzi próbował przebić się do granicy węgierskiej, ale dostał się do niewoli niemieckiej i resztę wojny spędził w oflagu Gross Born.

[6] Oficjalny zapis imienia sułtanów osmańskich.

[7] Obecnie Rejże znajdują się na terenie Litwy.

[8] Oficjalnym strój kapłański.

[9] W I Liceum Ogólnokształcącym im. Mikołaja Kopernika w Gdańsku

[10] E. Rydz-Śmigły powiedział wtedy: „Gwałt zadawany siłą - musi być odparty. A gdy w czasach dzisiejszych słowa pokój i wojna na przemian są na ustach świata - my stwierdzamy, cenimy i szanujemy pokój tak, jak inne narody, ale nie ma takiej mocy, która by nas przekonała, że pokój to jest takie słowo, które dla jednych oznacza brać, a dla drugich dawać... I niech nikt nie sądzi, że nasza miłość ojczyzny ma mniejsze prawa lub mniejsze nakłada obowiązki, aniżeli jego miłość ojczyzny. Przed tą pomyłką - ostrzegamy''.  Przemówienie marszałka E. Śmigłego Rydza z 6 sierpnia 1939r. Kraków, Zjazd Legionistów Błonia, ''Monitor Polski'' Warszawa, 7. 08. 1939. nr 179. s 3.

[11] „Позвольте мне предложить вам сигарету”.

[12] 22 czerwiec 2041 r.

[13]Немецкие войска напали в нашу страну”.

[14]Красивая у вас дочька” – „Macie piękną córkę”.

[15] Mowa o sympozjum pt.: „Tatarzy w Polsce – Tatarzy na świecie”, które odbyło się w dniach 27-28 kwietnia 2019 r. w Misyjnym Seminarium Księży Werbistów w Pieniężnie.

[16] Pani Dżemila mówi o Selimie Chazbijewiczu, politologu, pisarzu, publicyście, nauczycielu akademickim, poecie i dyplomacie, działaczu społeczności tatarskiej, doktorze habilitowanym nauk humanistycznych, profesorze nadzwyczajnym Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego, ambasadorze RP w Kazachstanie i Kirgistanie (od 2017).

[17] Syn Iskandera Mirzy Duzmana Beg Sulkiewicza, polskiego działacza socjalistycznego i niepodległościowego, żołnierza Legionów Polskich, poległego bohaterską śmiercią w dniu 18 września 1916 r. w trakcie bitwy pod Sitowiczami (niosą pomoc rannemu żołnierzowi).

Wiktoria Fuksińska - Z archiwum babcinej szuflady…

Opublikowano: 14 luty 2021

„Czas upływa, wydarzenia przemijają, ludzie odchodzą. 

Zostaje pamięć i sporo pytań bez odpowiedzi.”

~,,Kronika naszych rodzin”, Erika Czarnobrewa

Irytujące, że pamięć jest tak ulotna. Widzi to w zakłopotanym uśmiechu mamy, gdy okazuje się, że wiele rzeczy po prostu umknęło. A może jeszcze nie jest to ten czas, kiedy matka i córka mogą sobie więcej powiedzieć… Przeszłość ma kolor, zapach, swą dynamikę.

Za każdym razem, kiedy przekraczają próg domu dziadków w Nowej Rudzie, nieważne czy podczas wakacyjnych upałów czy też chłodu świąt Bożego Narodzenia, czują to samo ciepło. 

Babcia wynurza się z kuchni. Stąd czuć wspaniałą gamę zapachów jej kolejnego, równie popisowego co zawsze, obiadu. Dziadek głaszcze właśnie nadbiegającego psa, który po prawie dwóch godzinach siedzenia w samochodzie nie może sobie znaleźć miejsca.

Tylko najbliżsi wyczuwają napięcie między nimi. Mają przecież różne poglądy, doświadczenia życiowe czy wyobrażenia, jak to w życiu być powinno. Jedno na pewno łączy pokolenia, które spotkało się właśnie u dziadków przy Złotej, jedyna wnuczka.

Dziewczyna musi tylko przetrwać standardowe pytania o szkołę, chłopaka, samopoczucie, bo za chwilę dziadek wciąga męża swej córki  w rozmowę o najbardziej opłacanych stacjach paliw, najkorzystniejszych drogach i bieżącej polityce. Zostaje damska trójca. Właściwie nie trójca, bo najmłodsza z nich umyka do innego pokoju. Przecież wie, że mama i babcia muszą pogadać jak nauczycielka z nauczycielką. 

Babcia Erika, matka i żona, sprawia wrażenie, jakby od zawsze była uporządkowana i dokładna, zupełnie jakby ciągle miała zegarek przed oczami. Te same pory posiłków, uregulowane, wczesne pory snu i równie wczesne pobudki. Co niedzielę elegancko ubrani, trzymając się z dziadkiem pod rękę, kierują się w stronę dużego okolicznego kościoła, w którym tak bardzo pięknie gra organista. Wnuczka niechętnie towarzyszy dziadkom w takich chwilach, za to zawsze chce słuchać o przeszłości. Dopytuje – jak zapewne każdy człowiek – „Jak się poznaliście z tatą czy też mamą?”, „Jak miałam mieć na imię?” 

Pyta też o bardziej odległą przeszłość. Irytujące, że pamięć jest tak ulotna. Widzi to w zakłopotanym uśmiechu mamy, gdy okazuje się, że wiele rzeczy po prostu umknęło. A może jeszcze nie jest to ten czas, kiedy matka i córka mogą sobie więcej powiedzieć…

Przeszłość ma kolor, zapach, swą dynamikę. Wnuczka jest o tym przekonana, kiedy  patrzy na babcię.   

Erika, córka Augusta i Antoniny Schätzów, urodzona w mroźny grudniowy dzień wojny (19.12.1941 roku) w  niemieckim mieście Pasewalk, zawsze potrafiła znaleźć dla Wiktorii chwilę, w końcu była jej jedyną wnuczką, oczkiem w głowie, przez co zawsze mogła liczyć pod ich dachem na przysłowiową gwiazdkę z nieba. 

Nietuzinkowa historia babci i umiejętność przedstawienia historii była od zawsze bezcennym skarbem na dziecięcą nudę. 

— Podczas nalotów bombowych ludność cywilna ukrywała się w schronach przeciwlotniczych. Wewnątrz panowała cisza, od czasu do czasu przerywana płaczem dzieci. Dorośli przytulali je i modlili się. A ja, wówczas kilkuletnia, nieświadoma grozy sytuacji, beztrosko śpiewałam w języku niemieckim przedszkolne piosenki - powtarzała z lekko melancholijnym  rozbawieniem.

Do spisywania kroniki życia namówiła babcię jej córka Renata. Erika łapała się każdych źródeł, rozpytywała rozproszonych po okolicy bliskich. Odgarniała kurz z pamięci, starając się pogrupować około stu lat historii, rozsianej po terenach Rumunii, Niemiec, Austrii i Polski. 

 

„Tuż po urodzeniu umieszczono mnie w żłobku. Wśród niemowląt wyróżniałam się śniadą cerą i ciemnymi włosami. Dlatego byłam szczególnie hołubiona. Bez względu na porę roku dzieci wynoszono na świeże powietrze, zimą hartowano je nawet w najcięższe mrozy. Jako trzylatka znalazłam się w przedszkolu.”- Napisała w jednym z  fragmentów.   Wnuczka Wiktoria starała się wyobrazić te sceny, patrząc na zdjęcie dziewczynki z pięknymi, ciemnymi, długimi włosami, dodającymi jej niezwykłego uroku w stroju komunijnym. To odświętne wydarzenie miało już miejsce w Polsce, chociaż pierwsze lata dzieciństwa babcia nie spędziła tutaj.

Ciekawe, jak przodkowie odnajdywali się chociażby na terenach III Rzeszy czy też Austrii. Jakie decyzje pełne ludzkiej niepewności, łez czy też chwil uniesienia musiały ujrzeć światło dnia, by dzisiaj rodzina mogła mówić w języku polskim. Erika, wtedy naprawdę małe dziecko, nie mogła wiele pamiętać, więc głównie opierała się na opowieściach rodziców. Ale jedna rzecz zapadła w jej pamięci na dobre, przeraźliwy ryk syren ostrzegawczych przed nalotami bombowymi. Ucieczka do ogarniętego ciszą schronu.

Rodzina jeszcze w trakcie wojny została przymusowo przesiedlona na tereny III Rzeszy, gdzie zakwaterowano ich w drewnianych barakach z ludźmi różnych nacji. Nie był to obóz koncentracyjny, jednakże zwano tę szeregową, drewnianą zabudowę „lagrem”. Każdej rodzinie przysługiwało jedno pomieszczenie, natomiast kuchnia była ogólnodostępna. Mężczyźni pracowali w fabryce amunicji, a kobiety w gospodarstwie rolnym. Dzieci przebywały w barakowym żłobku lub przedszkolu.

„Po zakończeniu wojny wyjechałam z rodzicami do Austrii, tam rozpoczęłam  naukę szkolną. Pierwszą klasę szkoły podstawowej rozpoczęłam w Linzu nad Dunajem. Z dwuipółletniego okresu szkolnego zapamiętałam mojego pierwszego nauczyciela Arnolda Fabritiusa, salę lekcyjną z tradycyjnymi ławkami, tablicę, liczydło i pisanie rysikiem na małych tabliczkach, by później pisać ołówkiem w zeszycie oraz skalę ocen, od najwyższej jedynki, po najniższą szóstkę W kwietniu 1949 roku przyjechałam do Polski na Ziemie Odzyskane. [Na Dolny Śląsk]  Pod koniec roku szkolnego, zupełnie nie znając języka polskiego, rozpoczęłam naukę w Szkole Podstawowej numer 3. To był najtrudniejszy okres mojej edukacji. Czułam się zagubiona. I inna."

Była onieśmielona. Milczała, nikt bowiem ani nie rozumiał jej, ani ona nikogo. Wewnętrznie bardzo przeżywała każde niepowodzenie, nie mogąc sobie poradzić jako ośmiolatka z tak dużym przeskokiem w inną kulturę, inny język, po prostu inny świat. Dla młodziutkiej wówczas Eriki, najlepszą, najprzystępniejszą sytuacją do nauki języka była zabawa z rówieśnikami w szkole lub na podwórku. Nie było w jej okolicy żadnych dziewczynek, więc bawiła się z chłopakami.

Próbująca podnieść się z gruzów Polska potrzebowała jeszcze wielu lat, aby wyleczyć rany. Ludzie byli ze zrozumiałych powodów psychicznie poranieni. Złość, lęk, nienawiść, jakie wzbudzało w Polakach wszystko, co niemieckie, na pewno nie pomagało wówczas nawet jeszcze nie dziesięcioletniej Erice odnaleźć się w nowych warunkach. Zrozumiały lęk przed złością na porozumiewającą się po niemiecku rodzinę doprowadzał do sytuacji, w których matka dziewczynki, Antonina, płacząc, błagała, by nie mówili po niemiecku poza domem.  Erika uczyła się więc polskiego, głównie obserwując polskie dzieci czy też pracując nad materiałami szkolnymi – o wiele więcej niż inni uczniowie, nie zawsze z powodzeniem.  Musiała powtarzać trzecią klasę szkoły podstawowej.

Każde nowo poznane słowo wzbudzało w Erice ogromną radość i dumę. Biegła wtedy do swojej mamy, która również nie znała języka polskiego, aby pochwalić się błahymi na oko sprawami jak wiadomość, jak po polsku jest piłka. Każde słowo, każda fraza przybliżała do kolegów, do tego coraz mniej obcego świata. Potrzebowała pochwały, akceptacji oraz uznania. Jej praca opłaciła się, gdy w pierwszym półroczu następnego roku na jej świadectwie figurowały sześć ocen bardzo dobrych, w tym z języka polskiego, oraz cztery oceny dobre. Tak hartowała się Erika, dziś babcia, która bardzo ceni edukację i nieustannie   interesuje się postępami w szkole swojej wnuczki. Wnuczki, która przecież nie ma za sobą doświadczeń wojny, poczucia odrzucenia etnicznego czy walki o uznanie. Ale babcia wie lepiej!

Przewrotnie, Erika poszła w ślady swojej mamy, która pracowała w Rumunii jako nauczycielka. Jednak po przeprowadzce do Polski do zawodu wrócić nie mogła. Bariera językowa była nie do przeskoczenia; jako nauczycielka języka rumuńskiego nie miała szans na pracę w Polsce w tym  samym zawodzie.

Ale pilność i pracowitość  jej córki opłaciła się. Ta, która po polsku nie umiała powiedzieć nic, stała się tą, która uczyła języka polskiego następne pokolenia. 

„W Nowej Rudzie ukończyłam Liceum Ogólnokształcące, a po maturze filologię polską w Studium Nauczycielskim w Raciborzu.  Z nakazu władz oświatowych pracę w szkole podjęłam w Piotrowicach koło Nysy. Po roku przeniosłam się do Nowej Rudy, gdzie rozpoczęłam pracę w Szkole Podstawowej numer 5 dla dzieci z upośledzeniem umysłowym w stopniu lekkim.”

To właśnie dzięki pracy w Piotrowicach, podczas odwiedzin swojej koleżanki, która pracowała w Jarnołtówku,  poznała swojego przyszłego męża, Ryszarda Czarnobrewego, przesiedlonego z Kresów przystojnego młodzieńca. Szalonego pasjonata motoryzacji, mistrza juniorów w motocrossie, który ku zgrozie swojej mamy, po wsi jeździł na jednym kole swojego motoru. Majsterkowicza z zamiłowania, który do dziś nie przejdzie koło zepsutej rzeczy obojętnie. Ich drogi po raz pierwszy splotły się podczas andrzejkowej prywatki, którą oboje przetańczyli razem. Pobrali się w lipcu 1966 roku. 

Wśród historii dotyczących rodziców babci, pośród wspomnień o pełnym miłości domu, żelaznym wychowaniu na skromną i kulturalną osobę, najbardziej poruszające były te słowa:

— Przez długi czas rodzice nie mogli sobie wybaczyć dokonanego wyboru. Uważali to za swój największy życiowy błąd - chyba najbardziej dobitnie pokazywało to, z jakim rozczarowaniem spotkali się w ogarniętej komunizmem Polsce, do której przybyli tylko ze względu na odnalezioną rodzinę Augusta. 

 

Dokładnie 20 sierpnia 1973 roku na świat przyszła ich jedyna córka Renata, która również poszła w ślady swojej mamy i została nauczycielem, mimo że babcia nigdy jej do tego nie zachęcała.  Mało tego, nawet odradzała, mając  świadomość,  jak wymagający jest  to zawód. Teraz Renata odradza to również i swojej córce. Kto wie, może to słynne fatum, które kierowało losem antycznych bohaterów? Może to właśnie ono poprowadziło już trzecie pokolenie do roli nauczyciela? 

Można być pewnym jednego, Erika z domu Schätz i inne kobiety z jej rodziny mierzą się z życiem. Zapewne jak inne kobiety z innych rodzin. Ale w domu Eriki i jej bliskich wielka historia zbiera ślady z różnych państw Europy, różnych lęków i nadziei. Słychać tę historię w strzępach anegdot, w zapiskach Eriki, w jej oryginalnej urodzie i walecznym sercu. 

 

Wiktoria wraca do kuchni. Może jej ukochane nauczycielki wreszcie się już nagadały. Zaraz oznajmi im, co planuje robić w życiu. 

 

Edycja XIX

Opublikowano: 17 styczeń 2021

Finał XIX edycji, zaplanowany na 12 i 13 marca 2020, nie odbył się z uwagi na pandemię covid19. Ostateczne wyniki zostały ogłoszone w serwisie internetowym wrocławskiej Gazety Wyborczej w dniu 30.04.2020 a 6 maja w wydaniu papierowym pojawiły się obszerne fragmenty nagrodzonych prac. Dodatkowo w trakcie majówki opublikowaliśmy pozdrowienia od finalistów w formie krótkich filmików na naszym facebookowym funpage'u. Laureaci i ich nauczyciele odbyli warsztaty online z przewodniczącym jury drem Jędrzejem Morawieckim.

W XIX edycji jury zdecydowało, po przeczytaniu prawie 100 prac, o przyznaniu jednego wyróżnienia, jednej nagrody głównej w formie miejsca pierwszego, jednej nagrody w formie miejsca drugiego oraz trzech równorzędnych nagród w formie miejsca trzeciego. 

Wyniki XIX edycji:

I Nagroda ufundowana przez Prezydenta Wrocławia: 

Michał Mańkowski, "Wiosną jakoś łatwiej", I Liceum Ogólnokształcące im. Stefana Żeromskiego w Jeleniej Górze; nauczyciel: Katarzyna Dobrzańska

II Nagroda ufundowana przez Marszałka Województwa Dolnośląskiego: 

Zofia Maria Żurek, "Odważyć się działać", XX Liceum Ogólnokształcące im. Zbigniewa Herberta w Gdańsku; nauczyciel: Monika Kuczyńska-Barczewska

III równorzędna Nagroda ufundowana przez Dariusza Sobiczewskiego:

Weronika Maćkiewicz, "Łowczyni z Monciaka", IX Liceum Ogólnokształcące im. Krzysztofa Kolbergera w Gdańsku; nauczyciel: Aniela Licznerska 

III równorzędna Nagroda ufundowana przez Dyrektora Departamentu Edukacji UM Wrocławia: 

Gabriela Rokosz, "Szeptucha", I Liceum Ogólnokształcące im. Mikołaja Kopernika w Jarosławiu; nauczyciel: Danuta Matusz

III równorzędna Nagroda ufundowana przez Wojewodę Dolnośląskiego:

Ewelina Wolska, "Dobrze cię karmią, skarbie?", Zespół Szkół Plastycznych im. A. Kenara w Zakopanem; nauczyciel: Paweł Wrzesień

wyróżnienie ufundowane przez Dyrektor X Liceum Ogólnokształcącego we Wrocławiu:

Wiktoria Fuksińska, "Z archiwum babcinej szuflady...", X Liceum Ogólnokształcące im. Stefanii Sempołowskiej we Wrocławiu; nauczyciel: Ewa Obawa-Grączewska

 

Weronika Maćkiewicz - Łowczyni z Monciaka

Opublikowano: 07 luty 2021
 
Świeżo umyte włosy zostawiam rozpuszczone i puszczone luzem. Kończę malować twarz - chcę nadać jej konturu i blasku. Chcę, aby makijaż został w nienagannym stanie aż do rana. Błądząc pędzlami po twarzy i dekolcie myślę o swoim dzisiejszym dniu w pracy. Ciekawa jestem co mnie dzisiaj czeka.

Czuję się momentami jakbym obserwowała aktorów na planie „Kac Vegas”. Tylko to nie film. Sopot - polskie Las Vegas. Miasto drogich drinków, wiecznych imprez i nieprzespanych nocy. Ludzie, zwłaszcza młodzi, chcą się bawić. Chodzą do barów, klubów i kasyn. Zostawiają fortunę w dłoniach kelnerek, krupierów czy hostess. Chwalą się na Facebooku drogimi wakacjami, a na Instagramie pod zdjęciem mogą wpisać #polishgirls #party #Sopot #zabawunia #alkoholizacja. Znajomi pytają wtedy „Gdzie spaliście?”, „Jaki to klub?”. Pytając to tych, którzy za te wakacje zapłacili. Nas, pracowników, nikt nie pyta o imprezy, wydarzenia, które organizujemy. Kelnerki czy barmana nikt nie pyta jak się bawi. Ale my widzimy znacznie więcej niż niejeden z wielu imprezowiczów. Ja widzę wszystko to, co dzieje się w klubach i przed nimi. Wiodę podwójne życie. W dzień jestem rudą licealistką z nosem w książkach. Jednak w nocy zmieniam się o 180 stopni i staje się Łowczynią.

Gotowa wychodzę z domu, przez ramię mówiąc mamie, że wrócę w nocy. Do rąk biorę torebkę i kurtkę, jakby wieczorem zrobiło się chłodno. Ubrana w wygodne buty, obcisłe spodnie, bluzkę podkreślającą moją figurę i idę do sklepu z chrząszczem w logo. Kupuję dwie puszki energetyka, setkę wódki i paczkę papierosów. Kieruję się w stronę pociągu, który zawiezie mnie prosto do Sopotu. W środku ludzi full, głównie obcokrajowcy i turyści. Jest popołudnie, większość chce iść na plaże lub pozwiedzać zakamarki Trójmiasta. Nawet im się nie dziwię, pewnie zrobiłabym tak samo. Wysiadając z pociągu idę prosto do pracy. Muszę przejść przez dworzec i główną ulicę Bohaterów Monte Cassino, inaczej zwaną Monciakiem. Ich już widzę z oddali. Łowcy. Jeden z nich do mnie zagaduje i pyta: „Cześć, może szukasz miejsca, aby pobawić się wieczorem?” z uśmiechem odpowiadam mu: „Dzięki, też tu pracuję.” . Promotorzy to Łowcy, Myślę, że można używać tych słów zamiennie. Są to osoby, które zapraszają do różnego rodzaju lokali: barów, restauracji lub klubów. Chłopak zmieszany mówi coś pod nosem. Idę dalej. Na początku sama nie wiedziałam kto tu jest kim – myliłam przechodniów z promotorami. Po czasie zaczęłam rozpoznawać twarze i przyporządkowywać je do konkretnych lokali. Dopiero w czasie pracy poznałam promotorów, najwięcej jest ich nocami.

Przez tylne drzwi wchodzę do lokalu. Zostawiam swoje rzeczy na zapleczu i idę na kuchnię. Witam się tam z kucharzem. Tutaj wszyscy przytulają się lub całują w policzki na powitanie. 

– Cześć, jak tam? Jak po wczoraj?

Daj spokój... Do drugiej kuchnia była otwarta... Zanim całość ogarnęliśmy to była jakaś trzecia lub czwarta. Nawet nie pamiętam jak do domu trafiłem. A jak u Ciebie?

Nie lepiej. Dzisiaj dziesiątka jak dobrze pójdzie.
Dziesięć godzin w pracy? Chyba gorzej niż ja na kuchni.
Jak będziesz potrzebował pomocy to daj znać. Tu jest zimniej niż na dworze.

Jeszcze chwilę rozmawiamy i każde idzie robić swoje. Muszę iść na bar i zobaczyć kto dzisiaj jest. Za barem stoi młoda blondynka. Witam się z nią i zaczynamy luźna rozmowę. Robi mi zimny napój i z uśmiechem pyta: „Dolewamy procentów?”. Odpowiadam, że wieczorem, teraz jest za ciepło. Dowiedziałam się, że było wczoraj bardzo dużo ludzi. W końcu piątek, środek wakacji. Nikogo to nie zdziwiło. Wybiła czternasta, początek mojej zmiany. W lokalu zajęte są już dwa stoliki. Jak na razie powoli, wszystko rozkręci się w swoim czasie. Po chwili barmanka pyta mnie:

„Skoczyłabyś do sklepu? Potrzebuję kawy w ziarnach dla gości. Wiesz- jakaś lepsza. I dla nas jakaś, może nie najtańsza, ale dobra budżetowa. O paragonie pamiętaj. Mogę Cię też o coś prosić? Na drugi rachunek potrzebuję Soplicy porzeczkowej. Wczoraj po pracy pytałam menago i wzięłam pół litra, ale muszę odkupić dzisiaj.”

Biorę pieniądze i idę. W sklepie długa kolejka. Kawa jest, ale z alkoholem będzie gorzej. Wprowadzony został zakaz sprzedawania alkoholu w mieście do któreś godziny. Jest to związane z

różnego rodzaju nieprzyjemnymi sytuacjami w związku z pijaną młodzieżą w Sopocie. Trudno, przyjdę później. Kiedy wracam do lokalu czuję, że już jest ten czas, aby wyjść na ulicę. Już nikogo nie ma w środku.

Na samym początku staję i obserwuję ludzi. Przyglądam się im i słucham. Po chwili widzę grupę młodych, na oko studentów. Śmiało podchodzę i pytam: „Cześć, szukacie może...”, nie dokańczam zdania, bo przerywa mi chłopak „Nie dziękujemy” odpowiada za całą grupę. Odchodzę bez słowa, nie ma co. Wystarczyło posłuchać do końca i powiedzieć wtedy. Ale może to dla niektórych zbyt wiele. Jednak nie przejmuję się i idę dalej z kartą lokalu w ręce. Zagaduję do różnych ludzi i próbuję ich zaprosić do lokalu. Jak na razie zapraszam na obiad, kawę czy ciasto. Raczej na alkohol nikt nie ma jeszcze ochoty. To będzie wieczorem. Mój lokal jest uniwersalny i dostosowany do potrzeb potencjalnych klientów.

Stojąc na ulicy często staje się informacją turystyczną dla wszystkich Januszy i Grażyn.

  • - Panienko, gdzie dobrą i tanią rybę zjem?
  • - To chce Pan dobrą czy tanią?
  • - Czy jest tu gdzieś darmowa toaleta? Jak dojdę na plażę?
  • - To jest ten Krzywy Domek?

Do południa mam ogrom takich pytań. Czasami zastanawiam się co kieruje ludźmi. Ludzie chyba myślą, że jak pracuje się „na ulicy” w Sopocie to wie się wszystko. Nie. Często nie nie ma się nawet czasu na to, aby pójść do toalety, a co dopiero ogarnąć lokale obok.

Po jakiś czterech godzinach mam zapełniony cały lokal dwukrotnie, co do stolika. Idę do środka i pomagam w środku. Przyprowadziłam ludzi do lokalu i obsługa powoli nie wyrabia się. Tak to jest w gastro- jak się zacznie to ręce pełne roboty. Teraz jest dwóch kucharzy, dwóch barmanów i kelnerka. Chodzę między stolikami, zbieram szkło i przysłuchuje się ludziom

  • - „Hehe, mam nadzieję, że melanż będzie ostry dzisiaj.”
  • - „Myślisz, że jakieś dupery będą w klubie?”
  • - „Tamtego ruchałam, z tamtym się lizałam, a temu trzepałam.”

Zdecydowanie wolałam tego nie słyszeć. Ludzie pod wpływem alkoholu często zdradzają sekrety ze swojego życia seksualnego. Traktują tę strefę jak każdą inną i nie mają oporów, aby ujawniać szczegóły. Cały lokal wypełniony jest tymi słowami. My, pracownicy, jesteśmy przyzwyczajeni. Barmana obok nawet nie podniósł wzroku, aby zobaczyć kto to powiedział. Za to ludzie z niedalekich stolików już tak. Zaraz Ci ludzie pójdą do klubu obok i na ich miejsce przyjdą następni, którzy przez wypity alkohol nie boją się poruszać tematów tabu.

Patrzę na zegarek i jest mój czas. Idę na zaplecze po małą torebkę. Przekładam do niej setkę i fajki. Zapalniczkę mam w kieszeni. Przed wyjściem biorę szklankę i robię sobie drinka. Pracując w gastro można nauczyć się wielu rzeczy. Do szklanki wsypuję lodu, dolewam soku żurawinowego i wódki. Biorę słomkę i wychodzę na dwór powoli sącząc napój.

Bycie promotorem jest dosyć specyficzną pracą. Zdarza się tak, że w lokalu jest potrzebna pomoc, ale nikt nie może opuścić swojego stanowiska. Wtedy jako promotor idziesz do sklepu, pomagasz na kuchni czy na barze. Czekasz na noc, jak miasto obudzi się. Łowcy, niemal jak strażnicy nocy, wychodzą na ulice. Podchodzę do znanej mi grupy promotorów. Zapraszają oni do klubów tanecznych. W dłoniach mają papierowe opaski, darmowe wejścia na dyskotekę. Ich zadaniem jest zaprowadzać ludzi chętnych na imprezy pod same drzwi klubu, gdzie na bramkach będą weryfikowani. Znaczy to tyle, że ochroniarz i hostessa oceniają czy mają odpowiedni strój i czy nie są bardzo pijani. Rozmawiam z jedną promotorką.

Co tak dawno Cię nie było? - pytam.

Wiesz, muszę się na poprawkę zacząć uczyć. Byłam też tydzień u rodziców i tak to minęło w sumie. Zastanawiam się też nad nową pracą.

Oh, a to dlaczego? Masz coś na oku?

Wiesz, może być ciężko pogodzić dzienne studia z nocną zmianą. Sama wiesz jak to jest. Zobaczę co znajdę... ej, czekaj, Norwedzy idą... Hello guys! Maybe to dance club? - I wtedy odchodzi ode mnie do grupy Norwegów. Widać po ich markowych ubraniach, że mają pieniądze. Mało który Polak może pozwolić sobie na ubrania tylko od znanych projektantów. Z reguły dla obcokrajowców ceny w lokalu nie mają większego znaczenia, dla nich jest u nas po prostu tanio i mogą sobie pozwolić na imprezy, które przyniosą lokalowi spory zysk. Dlatego grupa Norwegów jest dla każdego promotora atrakcyjna. Podstawą jest tutaj języki obce- ich znajomość jest atutem. Wtedy bez problemu się z nimi dogadasz i będą jeść Ci niemal z ręki. Widzę, że jak moja znajoma z nimi rozmawia to inni promotorzy czają się na nich. Zwłaszcza Ci ze stripów, znaczy klubów z burleską.

Tego typu kluby lubią mężczyźni. Często pijani i bogaci. Takich na Monciaku nie brakuje. W moją stronę z oddali idzie grupa kilku mężczyzn. Uprzedził mnie konkurent. Podchodzi do nich młody chłopak.

– Dobry wieczór Panowie. Może do klubu „Sikorka” z burleską chcielibyście pójść? Piwko za dyszkę, ładne dziewczyny...

Z daleka nie słyszę ich słów, ale chłopak rozmawia z nimi. Oni porozumiewają się między sobą i idą za nim. Cały czas rozmawiają w drodze do klubu, chłopak nie chce stracić ich z oczu i prowadzi niemal za rękę do klubu. Prawdopodobnie dostaje ileś procent od ich rachunku lub jakąś kwotę od osoby i dlatego tak mu zależy.

Ja również napełniam swój lokal. Głównie zapraszam na piwko za siódemkę lub darmowe szoty do zamówienia. Skupiam się na większych grupach, bo takie jest prościej przekonać. W tłumie zauważam taką.

Hejka, jakiego miejsca szukacie? Napić się chcecie?
Cześć, wiesz co, na razie chcemy coś zjeść. Znasz jakieś miejsce?
To zapraszam do mnie. W menu mamy zupy, pizze, burgery, makarony. Trochę kuchni meksykańskiej, świetna jest. Jak lubicie to są też krewetki lub tatar wołowy. Co myślicie? - kontakt wzrokowy staram się złapać z każdym i szukam lidera grupy lub „zwierzę alfa”, które pomoże mi ogarnąć grupę, która pójdzie za nami prosto do mojego lokalu.

Wiesz, chyba nie...

Mogę Wam jeszcze zaproponować piwko za siódemkę albo darmowe szoty do zamówienia. Dodatkowo mamy dzisiaj mega dobre barmanki, które cuda robią.

Dobra, przekonałaś nas tymi szotami.

Super, idziemy! Zapraszam za mną. Skąd jesteście? - po drodze chcę ich zagadać, aby nie było niezręcznej ciszy. Promotor musi mieć takie językowe i werbalne flow.

Z Rzeszowa przyjechaliśmy.
O kurcze, to cała Polska! Na długo?
Dopiero dzisiaj przyjechaliśmy.
To koniecznie w Gdańsku zobaczcie Pachołek w Oliwie. Widać całą panoramę Trójmiasta stamtąd.
Dzięki, skorzystamy.
Pozwólcie, że pójdę przodem i otworze Wam. - Otwieram grupie drzwi i życzę im udanego pobytu. Podchodzę do kelnerki i mówię:

Wspominałam im o szotach lub piwku.
Dobra, dzięki. - Od razu idzie do nich i podaje karty.

Kelnerki zapisują moje łupy na oddzielnej kartce. Mam dodatkowe pieniądze od przyprowadzonych gości

Tak to się robi w tej pracy. Trzeba wykazać się kreatywnością i swego rodzaju sprytem, aby zachęcić ludzi do wejścia w dane miejsce. Niekiedy idzie to opornie, a czasami jak teraz- nie było to trudne.

Koło 23. cały Monciak wybrzmiewa podobnymi hasłami:

„Hejka, wejściówki do klubu mam dla Was!” „Może drink w „Sikorce” dla Ciebie?”
„Guys, maybe you want drink or eat something?” „Szukacie miejsca na imprezę?”

„Mogę Wam zaproponować zajebisty melanż i lożę za 1500 tylko dla Was.” „Mam dla Was butelkę wódki na powitanie!”.

Na ulicy jest pełno skąpo ubranych dziewczyn. Najczęściej przychodzą w grupach, aby zabawić się. Przed chwilą szła jedna na dziesięciocentymetrowych szpilkach i potknęła się na drodze. Nie pierwsza i nie ostatnia dzisiaj, która jest tak upodlona. Przeważają krótkie spódniczki lub sukienki, odkryte piersi, wyeksponowane pupy oraz ostre makijaże. Mężczyźni nieco skromniej- zwykłe spodnie, koszule lub t-shirty. Nic nadzwyczajnego.

Każdy z nas stara się jak najlepiej umie zapraszać tych wszystkich ludzi na różne sposoby. Naszą pracę kontrolują koordynatorzy lub managerowie, którzy decydują czy zostajemy w pracy, czy idziemy out. Oni mogą dawać nam podwyżki i dawać więcej zmian. To wszystko zależy od nas- umiejętności i siły perswazji.

Na ten moment mam lokal pełny, jednak tylko przez chwilę. Ludzie ciągle wchodzą i wychodzą, migrują między klubami, pubami i barami. Witam się ze znajomą Łowczynię z klubu ze striptizem.

Hejka, masz ognia?- zaczyna.
Jasne, proszę. - wyjmuję zapalniczkę z kieszeni.
Dzięki. Jak tam u Was?
W ciula ludzi, nie mam już wolnych stolików. A jak u Ciebie? Ile wejść?

Ooo, to propsy[1]. U mnie chujowo, dwa wejścia, a do pierwszej muszę target mieć. Ale wczoraj miałam zajebisty dzień. Typ zaprosił mnie na drinka do nas, więc z nim poszłam, bo w końcu hajs za to dostaję. Na barze poprosiłam o coś bez alkoholu, ale na paragonie był jakiś drink. Gadam tak z typem, a te do mnie z tekstem, że chce się ze mną umówić i czy możemy iść na jakiś pokaz prywatny. Masakra, chyba z czterdzieści minut próbowałam go spławić...

Daj spokój, ostatnio miałam podobną sytuację, jak typ zaczął mnie po dupie dotykać.
Co Ty mówisz? I co zrobiłaś?
Dałam mu po pysku i zawołałam ochronę. Krótka piłka. Nikt nie będzie mnie dotykał wbrew mojej woli.
I prawidłowo. Jebać takich.

Rozmawiamy jeszcze chwilę, ale każda musi wrócić do swojej pracy. Po chwili podchodzi do mnie mój manago.

  • –  No heja, słuchaj. Dasz radę do drugiej postać? Ten nowy promotor dupy dał i nie przyjdzie.

  • –  Ale wiesz, że to będzie moja dwunasta godzina.

  • –  No tak, wiem. Jakąś premie Ci strzelę, proszę. - propozycja pieniędzy brzmi kusząco.

  • –  No dobra, ale jutro na wieczór dopiero przyjdę.

  • –  Sprawa załatwiona. Dzięki.

Taa... Uroki gastro... Wiesz na którą godzinę przychodzisz, ale nie wiesz do której. Jest kwadrans po północy, a ja mam już dosyć. Godziny pracy są różne i zależne od tego, ile osób jest w lokalu oraz potencjalnych gości na ulicy. Gdy w barze będzie się kręcić, to mogę wyjść wcześniej. Jednak, tak jak dzisiaj, jestem sama lub w środku jest stypa to muszę pracować podwójnie, aby nadrobić straty. Jestem zmęczona. Siadam na chwilę na ławce, bo bolą mnie nogi. Zaglądam do torebki, ale nie ma w niej nic ciekawego. Wódkę i papierosy kupiłam z myślą o tym, aby poczęstować potencjalnych gości, pokazać, że jak ja jestem „taka cool” i częstuję fajkami lub wódą, to w lokalu jest podobnie. Czasami trzeba grać, aby osiągnąć swój cel- pełny lokal.

Wracam do swojego lokalu. Trochę rozluźniło się, jest kilka wolnych stolików. Jak odpocznę to będę musiała rozruszać trochę to miejsce, aby do rana nie padło, ale nie na tyle, aby kuchnia i bar musieli siedzieć tu do samego rana. Jest to niepisana umowa między nami. Siadam przy barze i proszę barmana o coś do picia. Czekam jak zrobi najpierw swoje zamówienia. Po chwili obok mnie pojawia się około trzydziestoletni facet.

    • –  Wolne? - pyta mnie.

    • –  Jak widać. - Odpowiadam krótko. Nie mam ochoty z nikim rozmawiać.

    • –  Co taka ładna panienka tutaj robi sama?

    • –  W pracy jestem.

    • –  A można postawić drinka?

    • –  Myślę, że nie. Stać mnie.

    • –  Co tak oschle? Chciałbym tylko się poznać.

    • –  Ale ja na to nie mam ochoty. - Na podkreślenie moich słów odwracam się bokiem do niego.

–  No już nie bądź taka... Daj się gdzieś zaprosić, może do hotelu...

To była kolejna głupia zaczepka w moją stronę, już nawet nie liczę który to już raz. Jednak szanujmy się- w tej pracy trzeba krótko z takimi. Trzeba mieć do siebie i swojej pracy naprawdę sporo poszanowania. Oczywiście facet wyszedł w popłochu, bo obok niego stał już ochroniarz, który delikatnie mówiąc, chciał go wyprosić. Nie jest prosto być kobietą-łowczynią na Monciaku. Ludzie często biorą mnie za prostytutkę, która stoi i czeka jak ktoś ją zaczepi lub zaprosi w jakieś ustronne miejsce. Jest to co najmniej irytujące i nieprzyjemne.

Nie pamiętam zbyt dobrze reszty nocy. Byłam zmęczona, ostatkiem sił doszłam na peron. Dopiero w pociągu do domu uświadomiłam sobie ile godzin byłam w pracy i jak bardzo marzę, aby położyć się do łóżka. Promotorzy, niczym wampiry, udają się ku mrokowi i delektują się słodką ciszą i powoli zapadają w sen, aby następnej nocy znów wyjść na ulicę. Żartuję, większość z nich idzie na after party bawić się. Mnie też chcieli wyciągnąć, ale zasnęłabym na ladzie baru. Jestem cholernie zmęczona, ale zadowolona z tygodniówki, którą mam w portfelu. Kwota, zależnie od tygodnia, waha się w okolicach siedmiuset złotych. Sporo. Myślę jednak, że jest to adekwatne do wykonywanej pracy- zmiana najczęściej nocna, w głośnym miejscu, stojąca. Nie jest to wcale takie proste jakie mogłoby się wydawać.

Sopot, z perspektywy pracownika, jest bardzo dziwnym imprezowym miastem. Znajdziesz tu różnego rodzaju ludzi. Pełno tu rodzin chcących zobaczyć Polskie morze, studentów pragnących zabawy oraz obcokrajowców, którzy w sumie nie wiem czego chcą.

Najważniejsze: promotor jest też człowiekiem. Jak Ty i ja. Często jest studentem, który chce zarobić trochę grosza. Musi zarobić, aby zjeść, kupić bilet do domu lub zapłacić za mieszkanie. Pracuje w nocy kiedy jego znajomi zaliczają kolejne wypady do klubów, a wypity alkohol liczą w litrach na głowę. Niekiedy jest to sposób na życie, ale nie styl życia. Promotorzy doskonale wiedzą, że niekiedy irytują ludzi, ale nadal jest to ich praca, która jest sprawdzana. Gdyby nie musieli to nie robiliby tego. Daj szansę promotorom - mogą zaproponować Ci coś co akurat będzie dla Ciebie atrakcyjne. Musisz na chwilę stać się takim Łowcą i jak oni przysłuchiwać się ludziom.

Wszystkie opisane przeze mnie sytuację miały miejsce w czasie tegorocznych wakacji. Z szacunku do moich znajomych Łowców oraz innych współpracowników, nazwy własne oraz umieszczenie poszczególnych lokali zostały zmienione.

[1]W slangu: „szacunek”.

Ewelina Wolska - Dobrze cię karmią, skarbie?

Opublikowano: 17 styczeń 2021

Cela 303 to dwunastoosobowe pomieszczenie na piętrze. Okno zakryte grubą pleksą, mała łazienka, która jest oddzielnym pomieszczeniem, sześć piętrowych łóżek, kilka krzeseł i telewizor przywieziony dla Młodego - to wszystko, co znajdziemy w środku. Są jeszcze Oni. Ich liczba się zmienia: przychodzą, znikają, wracają. A każdy na coś czeka.

Funkcjonariusz policji unosi dłoń, trzymając tarczę do zatrzymywania pojazdów. To pierwszy i jedyny samochód, jaki dzisiaj zdecydował się skontrolować.

- Dzień dobry, sprawdzamy trzeźwość kierowców, proszę dmuchać, o tutaj.

Zapala się czerwona dioda, a kierowca domaga się powtórzenia badania, bo przecież niczego nie pił. Czerwona dioda ponownie daje o sobie znać, a policjant zaprasza mężczyznę do radiowozu. Zaraz po tym pojawia się kobieta w mundurze, a w dłoniach dzierży nakaz zatrzymania.

***

Kilkadziesiąt metrów dalej, w jednym z domów rozlega się dźwięk dzwonka. Kobieta otwiera, spodziewając się kuriera. Dwie osoby wyciągają najpierw odznaki, a następnie pismo z pozwoleniem na przeszukanie domu i zabezpieczenia mienia. Przez kolejne 6 godzin wszystkie telefony w domu są wyłączone, a funkcjonariusze konfiskują każdy możliwy sprzęt elektroniczny, pieniądze i wartościowe rzeczy. W spisie połączeń do Bożeny figuruje 7 nieodebranych od córki, która uczy się w mieście oddalonym o kilkaset kilometrów od domu, 2 od własnej matki i jeszcze kilka innych, związanych z pracą. Kobiecie udaje się ubłagać o zostawienie smartfona jednemu dziecku, bo przecież szkoła, budziki, znajomi, kontakt ze starszą siostrą. Policjanci wynoszą z domu kilka pudeł wartościowych rzeczy, trochę banknotów, zegarek od ojca, a nawet stare zepsute karty SIM, których nikt nie używał od lat. Mundurowi sporządzają i składają na ręce Bożeny kwitek o przekazaniu samochodów na przechowanie - i tak nie mieliby co z nimi zrobić, a baba przynajmniej poodwozi sobie dzieci na zajęcia, zanim oba pojazdy zostaną sprzedane na aukcji policyjnej.

- Proszę zadzwonić za kilka dni z prośbą o zwrot komórki, może prokurator wyrazi zgodę - informuje jeden z policjantów na odchodne.

,,Kilka dni” zamieniło się jednak w miesiąc.

***

Kojot trafia do aresztu pod koniec października, tuż przed uroczystością Wszystkich Świętych. Nie zapala w tym roku znicza na grobie babci. Nie jest też obecny na 8. urodzinach własnej córki. Nie obchodzi Świąt Bożego Narodzenia i nie wita Nowego Roku. Nie składa życzeń drugiej córce, nie kupuje róży na walentynki, nie kosztuje wina na imprezie narzeczonej i nie wręcza jej kartki z okazji Dnia Kobiet. Nie ma go na pogrzebie własnego ojca. Nie ma go w jego własnym życiu.

Zamiast tego - siedzi w dwunastoosobowej celi, delektując się muzyką dzięki słuchawkom podpiętym do radyjka, które udało mu się dostać po dwóch wnioskach do dyrektora zakładu. Kilka dni temu był u niego papuga, namawiał do przyznania się do winy. Na przesłuchaniu Kojot przez kilka godzin stoi murem, że ktoś go wkręcił, że on o niczym nie wie. Jak jednak nie wiedzieć o kilkuset tysiącach złotych, które przesączyły się przez jego palce w ciągu ostatnich czterech lat? Prokurator jest w dobrych stosunkach z adwokatem, więc kiedy Kojot po zakończonej indagacji przybiega do niego, że jednak chce się przyznać, on wraca na salę. I słucha. Ale szansa na mniejszy wyrok już przepadła. Grozi mu 8 lat więzienia.

***

Pierwszy miesiąc jest najcięższy. Nie ma telefonów, a prokuratura po raz kolejny odmawia przyznania Bożenie i Kojotowi widzenia. Kobieta jest podejrzana o współudział, mimo, że o niczym nie wiedziała. Stąd zakaz wszelkich kontaktów. Wyjątkiem są listy, które i tak podlegają dokładnej cenzurze.

Zgoda na telefony zostaje wydana po dwóch miesiącach. W tym czasie do Kojota w odwiedziny przyjeżdża matka, która jako jedyna otrzymała na to zezwolenie. Syna widzi przez szybę, a rozmawiają, korzystając ze słuchawek. Bożenę omija ten stres. Ich pierwsze spotkanie na sali widzeń przebiega spokojnie, mogą się nawet przytulić i pocałować przy pożegnaniu. Najmłodsza córka jest z nimi, szczęśliwa, że widzi tatę. Szczęśliwa, że mama przestała wymyślać bajki o pracy za granicą.

***

W celi rządzi Młody. Kojot musi bezwarunkowo podporządkowywać się jego zasadom, chociaż jest od niego dużo starszy. To nie wiek decyduje o pozycji w hierarchii, a długość przebywania w areszcie. Młody siedzi już ponad rok. Pod wpływem alkoholu potrącił trzy osoby. Żadna nie przeżyła. Na nikim nie robi to wrażenia. To w końcu zatrzymani. Każdy ma coś za uszami.

Na piętrze łóżka, pod oknem siedzi Kazik. Facet, którego przywieziono z domu za atak na funkcjonariuszy. Na policję zadzwonił jego brat, bo nie podobało mu się, że Kazik puszczał głośną muzykę w czasie jednoosobowej imprezy w swoim domu. Starszy mężczyzna nie chciał z kolei jechać ,,na psiarnię” za zakłócanie spokoju, więc zaczął rzucać przez okno butelkami w policjantów. I wtedy go zgarnęli.

Mariusz okazuje się być człowiekiem, z którym Kojot ma wspólnych znajomych. Siedzi za napady. Pobił i okradł kilka osób. Po trzech miesiącach wychodzi, jednak towarzysze z celi długo nie musieli czekać na jego powrót. Znowu komuś spuścił wpierdol.

Przez celę przewija się też para łebków, którzy dopiero co skończyli 18 lat. Dzielni strażacy. Podpalacze. Przecież 100 złotych za gaszenie starej szopy piechotą nie chodzi. W dodatku – szopy opuszczonej, zostawionej na pastwę samoistnej destrukcji. Szopy, która była schronieniem bezdomnego. Ale o tym chłopcy już nie wiedzieli.

Jednak Kojot najbardziej dziwi się, gdy przyprowadzają siedemnastoletniego chłopaczka. Chodzi do szkoły z jego córką. Właściwie chodził, bo nauczyciele w drodze głosowania zdecydowali o usunięciu licealisty z listy uczniów. Nie warto było handlować zielskiem, a tym bardziej nie warto było wrzucać do neta swoich zdjęć wśród holenderskich pól.

Ktoś inny bił żonę, a jeszcze inny rozjechał żula, który spał przy drodze. Znajdzie się też alfons i włamywacz. Więzienny fryzjer był kiedyś płatnym mordercą. Kojot dobrze wspomina Jezusa – hipisa, którego wmieszano w przekręt z pożyczką. Ciągle mamrotał o swoich dziwnych wizjach świata, o rozróżnianiu tego, co dobre i złe, o moralności. Jego gadanina pozwalała oderwać się od szarej rzeczywistości celi. Zniknął jednak szybko.

***

Bożena co dwa dni wyczekuje od rana do wieczora na dzwonek, bo telefony stały się regularne. Wstaje wcześniej w niedzielę - boi się, że nie usłyszy, gdyby jej narzeczony miał dzwonić o poranku. Kiedy odkurza mieszkanie, każe córce siedzieć z komórką w dłoni i wołać, jeśli Kojot próbowałby się skontaktować. Najgorzej jest, gdy siedzi u kosmetyczki lub wybiera się na drobne zakupy w osiedlowym sklepie. Zawsze próbuje udawać, że chodzi mimo wszystko o wyjazd zarobkowy.

Wszyscy jednak wiedzą, że Kojota nie ma. I nie będzie. I na pewno nie z powodu pracy. Po okolicy krążą plotki, że policja urządziła nalot na ich dom. Urządziła, choć funkcjonariusze nie mieli mundurów. Za to w lokalnej gazecie ukazuje się artykuł o pojmaniu niebezpiecznego oszusta internetowego. Wpis przechodzi jednak bez echa, a sąsiedzi zaczynają snuć historię o hodowaniu marychy. Siostra Bożeny zrywa kontakt z “dziewczyną kryminalisty”. Nie rozumie, jak ktoś może być (z) przestępcą. Bożena jednak się nie poddaje.

- Dobrze cię karmią, skarbie? A wysypiasz się? Nie masz z nikim problemów? Przyjadę, jak dzieciaki będą mieć wolne. Przywieźć ci coś? Masz wszystkie kosmetyki? A pieniądze w kantynie? 

Bożena raz w miesiącu może wysyłać przez Internet paczkę, którą opłaca z góry. Zawsze zamawia mu trochę owoców, sporo herbaty, kawy, suchej żywności i produktów z długim terminem ważności. Dorzuca też trochę sera i wędliny, dżem, słodycze. W malutkim więziennym sklepie kupuje długopisy, zeszyt, znaczki i krzyżówki, żeby Kojot miał jakieś zajęcie.

W głębi duszy panicznie boi się, żeby żaden z obecnych w celi mężczyzn nie zgwałcił jej narzeczonego. Przecież tyle razy widziała to w serialach.

*** 
Telewizor chodzi prawie 24 godziny na dobę. Nawet jeśli grają w karty. Tak właściwie to karty mają spore znaczenie w codziennym życiu podejrzanych. Są jedną z nielicznych rozrywek, która umie przykuć uwagę na dłużej niż kilka minut. Więźniowie urozmaicają sobie rozgrywkę, dodając kary za przegraną. Za paczkę tytoniu kalifaktor szmugluje z kuchni sól. A później ten, kto zdobędzie najmniej punktów w czasie rozdania, musi pić słoną wodę. 

W areszcie plotki rozchodzą się znacznie szybciej niż na wolności. Kojot podejrzewa, że to właśnie przez brak zajęć. Ludzie po prostu lubią słuchać o innych, żeby zapomnieć o tym, gdzie się znajdują. Rosjanin, który był przez krótki czas w celi Kojota, został oskarżony przez współwięźniów o gwałt na młodej dziewczynie.  

- Nie będziesz przy mnie żarł, ruska kurwo! – warczy Mariusz, a następnie wrzuca tackę, miskę i sztućce Dymitra do łazienki.

A przecież każdy wie, że to, co dotknęło podłogi w kiblu, nie powinno już stamtąd wyjść. Dymitr nie je przez trzy dni. Z wyjątkiem suchego chleba na śniadanie. W końcu strażnicy przenoszą go do innej celi, żeby się nie zagłodził. Nie dostaje od Mariusza żadnych przeprosin, mimo że w rzeczywistości trafił do aresztu, bo pobił się z jakimś typem po wypiciu kilku głębszych. No ale kogo to obchodzi?

***

Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Przynajmniej dla Bożeny. Pierwszy raz od kilku lat wsiada za kółko. Do domu wraca najstarsza córka, zmieniając szkołę. Martwiła się o matkę i siostry. Jednak Bożena nie przyzna się, że to powód do radości. Wzrusza się przy wyborze zdjęć do druku. Dawno nie miała w rękach wywołanych fotografii. Ona, dzieci, pies i dwa koty. Wysyła je później w liście, żeby Kojot mógł sobie oglądać w chwilach słabości.

Kiedy sama ma doła, zwraca się do dwóch przyjaciółek, matek dzieci, z którymi jej najmłodsza córka chodzi do szkoły. To sąsiadki. Jako jedyne nie odwracają się od Bożeny w tym czasie. Regularnie spotykają się, wychodzą na zakupy, plotkują. Udają, że życie toczy się tak, jak powinno.

W domu prawie się o tym nie rozmawia. Czasami, pod wieczór, matka zwierza się najstarszej córce z tęsknoty. Najbardziej przeżywa widzenia. Każdorazowo trzeba napisać wniosek o zgodę, wysłać wystarczająco wcześnie do prokuratora, czekać na odpowiedź, zaplanować wyjazd i w końcu pojechać. W sypialni stoi karton wypełniony masą pozwoleń, odmów, listów. Nic nie ginie.

*** 

W celi ciągle jest głośno. Bez przerwy ktoś mówi, krzyczy, a do tego bezustannie brzęczy telewizor. Słuchawki są dla Kojota wybawieniem. Muzyka pozwala mu na odcięcie się od młyna, jaki tu panuje. Tęskni. Za kobietą. Za dziećmi. Za świętym spokojem.

Cisza to nie cud. Cisza pojawia się w każdy smutny dzień. W uroczystość Wszystkich Świętych. W wigilię. W sylwestra. W takich chwilach nikt nie chce rozmawiać. A telewizor milczy. W więźniach objawia się wtedy talent plastyczny. Kojot pożycza od Młodego kredki i robi kartki świąteczne, które wysyła później do Bożeny razem z listami.

W marcu Kojota zabierają pod eskortą do suki. Jedzie nią do swojej miejscowości. Z bransoletami na nogach i rękach przemierza szpitalny korytarz. Siada przy łóżku i wita się z ojcem, którego stan jest krytyczny. Nie mówią do siebie za dużo. Żaden z nich nie ma siły i odwagi stawić czoła temu, co dzieje się z drugim.

- Leć, orle - słyszy Kojot na pożegnanie.

W drodze powrotnej płacze. Po raz drugi od początku swojej odsiadki. Pierwszej nocy nie mógł spać na poduszce mokrej od łez. Kilka dni po powrocie do aresztu Kojot płacze po raz trzeci. W celi jest cicho, mimo że nie ma żadnego święta. Tata Kojota zmierza właśnie na cmentarz.

*** 

Bożena jest ciągle w kontakcie z prawnikiem. Po trzech miesiącach od zatrzymania przeżywa kryzys, gdy adwokat po obradach prokuratury dzwoni i informuje, że areszt zostanie przedłużony. Ona jednak się nie poddaje. Pisze do prokuratury wniosek i jedzie do matki, żeby pożyczyć pieniądze. Po kilku tygodniach szykuje się na wyjazd do aresztu. Nie jedzie w odwiedziny. Jedzie po swojego mężczyznę, którego wyciąga dzięki wpłaceniu kaucji. Przed zakładem karnym zaczepia ją jakiś facet. Pokazuje wymiętolony świstek. Właśnie wyszedł i z żelaznej kasy wypłacili mu 6 złotych. Nie dojedzie za to do domu. Bożena wyciąga z portfela dychę i wręcza obcemu. Cieszy się, że mogła pomóc.

Czeka w areszcie. Więzienny zegar tyka. Miała zobaczyć narzeczonego już przed południem, a mija właśnie pora obiadowa. W końcu widzi otwierające się drzwi, a chwilę później przytula Kojota, powstrzymując łzy. Nie może się nacieszyć tym spotkaniem. Nie jest w stanie uwierzyć w to, że tym razem nie usłyszy: ,,Koniec widzenia!”. Znowu są razem. Idą do samochodu, Bożena otwiera bagażnik i oboje wrzucają rzeczy Kojota do środka. Kobieta prowadzi. Przez ponad dwie godziny nie może przestać mówić. Ze wzruszenia kilka razy musi przecierać oczy. Nie przeszkadza jej nawet to, że Kojot wplata grypserę w swoje wypowiedzi.

***

Przekraczając próg domu, Kojot czuje dziwną pustkę w sercu. Ta sytuacja wydaje się mu na tyle nierealna, że nagle wszystkie snute w czasie drogi plany znikają. Staje w progu i rozpościera ręce, gdy widzi biegnącą w jego stronę najmłodszą córkę. Oczy zalewają mu się łzami. Siada w salonie i napawa się ciszą, za którą przecież tak tęsknił.

Hałas domu okazuje się jednak dużo lepszy od spokoju. Pies szczeka na podwórku, przez otwarte okno wpadają dźwięki ulicy, z kuchni dobiega tłuczenie się garnków i bulgotanie zupy.

- Mogę zrobić sobie herbaty?

Przyzwyczajenie się do wolności jest dla Kojota wyzwaniem. Bo przecież jak to: sam, z własnej woli miałby wziąć sobie jogurt z lodówki lub wyjść na spacer? Przez kilka pierwszych tygodni pyta narzeczoną o każdą pierdołę, łącznie z tym, czy mógłby kupić sobie nowe skarpetki, bo te stare się podziurawiły. Nie robi niczego bez pozwolenia. Chce żyć zgodnie z zasadami. Nie radzi sobie z tym, że ich nie ma.

Codziennie wstaje o 6 i przygotowuje córkę do szkoły, zawozi ją na zajęcia i odbiera popołudniem, nie boi się też pojawiać w lokalnym sklepiku, mimo ciekawskich, a czasami wręcz groźnych spojrzeń sąsiadów. Pierwsze wyjście na zakupy przeżywa z Bożeną, której nie odstępuje na krok. Jest jego tarczą. Chroni przed całym złem osiedla. Zresztą sam nie ma żadnych pieniędzy, a za produkty trzeba zapłacić. Dorabia, świadcząc drobne usługi, takie jak projekty graficzne czy zdjęcia, sprzedaje wszystkie pozostawione przez policjantów fanty. Wyręcza rodzinę w wielu obowiązkach. Często odwiedza matkę. Stara się być dobrym człowiekiem. Zaczyna rozumieć, że to, co zrobił, było po prostu złe.

W kwietniu świętuje 18. urodziny córki, a od początku maja szuka razem z Bożeną sukienki, pierścionków i garnituru. Biorą ślub pod koniec miesiąca. Wesele nie jest duże, na małej restauracyjnej salce goście zajmują tylko jeden stół - rodzice, dzieci, przyjaciółka Bożeny i młoda para. Brat Kojota o niczym nie wie. Skoro nie chciało mu się mimo próśb napisać nawet jednego listu, gdy braciak był w areszcie, to dlaczego Kojot miałby mieć ochotę na napisanie zaproszenia?

Kilka tygodni później przychodzi do niego kolorowa koperta z informacją o przyjęciu urodzinowym dwuletniego bratanka. Z pomocą Bożeny wybiera prezent i wysyła go pocztą. 

***

Bożena dwa razy w tygodniu przypomina mężowi o tym, że musi jechać na komendę. Zawsze martwi się, że on zapomni i będzie miał nieprzyjemności. Wakacyjny wyjazd planuje tak, żeby zmieścić się między dozorami. Jest w ciągłym kontakcie z adwokatem. Denerwuje się, gdy nie zdąży odebrać telefonu, a potem nie może się dodzwonić. Ciągły stres zakłóca wypoczynek. A do tego Bożena wciąż zadaje sobie pytanie: ,,Co będzie dalej?”. W listopadzie dostaje list z prokuratury. Wyznaczyli datę przesłuchania. Mimo nerwów w domu panuje pozornie luźna atmosfera. Kojot uśmiecha się do Bożeny i swoich dzieci znad komputera. Nowy partner najstarszej córki jest studentem prawa. Kojot korzysta z sytuacji, żeby rzucić kilka żartów związanych z tym, jak chłopak powinien go bronić, bo pewnie byłby lepszy od obecnego adwokata.

Kojot siedzi w kuchni, przegląda oferty prac dorywczych. 3 grudnia coraz bliżej.

Czeka. 

 

2021  Ogólnopolski Turniej Reportażu im. Wandy Dybalskiej   globbersthemes joomla templates