Konrad Hetel - Bilet do nieba

My, owieczki boże

    Z Pawłem spotykam się przed supermarketem. Potężnie zbudowany piętnastolatek w ciemnej czuprynie, na twarzy ślady pierwszego zarostu, w ustach tlący się papieros. Minę ma nietęgą; pewnie zamiast do kościoła wolałby teraz iść do baru, albo na siłownię. Ale nie ma wyjścia, jesteśmy przecież w trzeciej klasie, co dla nas oznacza przede wszystkim bierzmowanie - sakrament, który musisz przyjąć, jeśli jesteś w ostatniej klasie gimnazjum i pochodzisz z katolickiej rodziny. Bierzmowanie natomiast równe jest chodzeniu na Msze co niedzielę przez najbliższe pół roku oraz systematycznemu uczęszczaniu na pozalekcyjne spotkania przygotowujące. Dla mnie i Pawła jest to niezbyt ciekawa perspektywa.
    - Cześć – witam się z nim.
    W odpowiedzi słyszę niewyraźny pomruk. W ponurych nastrojach ruszamy w kierunku kościoła na nasze pierwsze spotkanie. W połowie drogi Paweł wyrzuca papierosa i poirytowanym głosem mówi:
    - K… mać! Kto to widział, żeby w środę wieczorem iść na jakieś spotkanie z księdzem! Bierzmowanie dopiero na wiosnę, a my się mamy przygotowywać od jesieni! Oni chyba zwariowali!
    - Nikt ci nie każe chodzić na te spotkania – przypominam mu – ale dobrze wiesz, że bez tego nie dopuszczą cię do przyjęcia sakramentu.
    Milknie, bo dobrze wie, że mam rację.
    Spotkania odbywają się w niewielkiej przybudówce przylegającej do świątyni. Wchodzimy do prowizorycznie urządzonej klasy, gdzie już czeka na nas ksiądz, dwóch nauczycieli religii i dwudziestu innych trzecioklasistów z naszej parafii. Sami chłopcy. Dziewczęta mogłyby rozpraszać naszą uwagę, więc one mają lekcje osobno. Zadowolony kapłan uśmiecha się do nas i pokazuje ławkę, w której mamy usiąść, po czym sadowi się za biurkiem i pochylony nad notatkami zaczyna sprawdzanie obecności. W odpowiedzi na każde wyczytane słowo słyszy donośne „Jestem!”. Po jednym z nazwisk następuje przejmująca cisza – nie ma go! Ksiądz podnosi głowę i rozgląda się po klasie.
    - Gdzie jest Gruchała? – pyta zaniepokojony.
    - On chyba nie przyjdzie, proszę księdza – mówi ktoś z tyłu. – On mi powiedział, że jemu rodzice pozwolili nie iść do bierzmowania.
    Ksiądz z przejęciem wykonuje znak krzyża, co Paweł kwituje zduszonym wybuchem śmiechu. Nie umyka to uwadze jednemu ze stojących pod ścianą nauczycieli.
    - Pana coś śmieszy? Proszę się zamknąć i nie przeszkadzać innym. A jak się coś nie podoba, to żegnamy.
    Mój przyjaciel cicho przeprasza i natychmiast poważnieje. Po sprawdzeniu obecności, na rozkaz kleryka wszyscy wstajemy i rozpoczynamy modlitwę. Nie za bardzo nam to idzie, więc kapłan przerywa i mówi, że albo będziemy się modlić głośno i wyraźnie, albo będziemy tu siedzieć dopóki się tego nie nauczymy. Natychmiast rozpoczyna się chóralne „Ojcze nasz”.
    Po „Amen”, ksiądz pozwala nam usiąść i przygląda się wszystkim przez dłuższą chwilę, uśmiechnięty od ucha do ucha.
    - Ach, chłopcy, chłopcy. Owieczki boże! – zaczyna, siląc się na dobrotliwy ton – nazywam się ksiądz Jacek i to ja jestem odpowiedzialny za wasze przygotowanie do bierzmowania. Przez najbliższe pół roku będziemy się tutaj spotykać raz w tygodniu, dodatkowo musicie obowiązkowo… podkreślam: obowiązkowo… uczęszczać na Mszę Świętą w każdą niedzielę. Nie martwcie się, w niedzielę też będę sprawdzał obecność. Jeśli ktoś będzie próbował wymigiwać się od przychodzenia do świątyni, nie zostanie dopuszczony do przyjęcia sakramentu. A tego byśmy nie chcieli, prawda? W końcu, to będzie najważniejszy dzień w waszym życiu! Teraz pan katecheta rozda wam Pisma Święte. Proszę je otworzyć na Dziejach Apostolskich…
    Gdy po godzinie spotkanie się kończy, ja i Paweł wybiegamy z klasy jako pierwsi. Zaraz po zniknięciu za rogiem, mój towarzysz wyciąga papierosa i podniesionym głosem mówi:
    - Słyszałeś to?
    - Byłem tam razem z tobą, słyszałem – odpowiadam.
    - Ja nie wytrzymam słuchania tych bzdur przez pół roku! Człowieku, już mnie głowa boli od czytania o Jezusie!
    - Poczekaj. To była dopiero pierwsza lekcja. Zobaczysz, co się będzie działo potem.
    Na jego twarzy pojawia się komiczna mieszanka konsternacji i strachu. Mój wzrok wędruje do papierosa, którego Paweł trzyma w ustach.
    - To cię kiedyś zabije – mówię mu z przekorą.
    On bez przejęcia odpowiada:
    - Wiem. I co z tego? Pójdę do piekła?

Wątpliwości zostają rozwiane

    Kolejna środa. Po rutynowym sprawdzeniu obecności ksiądz wstaje i opiera się na kancie biurka, chcąc pokazać swoje otwarcie na problemy młodzieży.
    - Witam was na naszym kolejnym spotkaniu. Dziś porozmawiamy sobie o Bogu!
    - Ale nowość – mruczy Paweł, jednak tym razem zbyt cicho, by ktoś oprócz mnie mógł to dosłyszeć.
    - Zadam wam pytanie – kontynuuje kapłan – Jak wam się wydaje, który człowiek, jest bliżej Boga: taki, który chodzi to kościoła kilka razy w tygodniu, modli się, przyjmuje Eucharystię, ale jest zły i zepsuty, czy taki, który jest szlachetny i prawdomówny, ale nie chodzi do kościoła w ogóle.
    Początkowo odpowiedź wydaje mi się aż nazbyt oczywista, ale po sekundzie zdaję sobie sprawę, że musi w tym tkwić jakiś haczyk, skoro na ustach pytającego pojawia się szelmowski uśmieszek.
    - Otóż widzicie, żaden z nich nie zostanie zbawiony! Obydwaj są tacy sami! – odpowiada podniecony kleryk.
    Wytrzeszczam oczy ze zdziwienia. „Czy człowiek prawy jest na równi z tym złym tylko dlatego, że nie chodzi do kościoła? Nie! To nie może być prawda! Przecież to nie ma znaczenia, czy ktoś wierzy w Boga, jeśli tylko jest dobry dla innych!” Okazuje się, że jestem w błędzie. No tak, Kościół znowu ma rację.
    - Proszę księdza – wyrywa się Paweł – ja mam pytanie!
    - Słucham, drogie dziecko – pokornie mówi wybity z rytmu ksiądz.
    - A jaki jest stosunek wzorcowego katolika do homoseksualizmu? – pyta mój przyjaciel.
    Kapłan przełyka ślinę i ucieka od odpowiedzi:
    - To nie jest temat dzisiejszej katechezy.
   
Stąd nie ma ucieczki

    Po kilku tygodniach regularnego chodzenia do kościoła i na katechezy razem z kolegą postanawiamy, iż nie będziemy płynąć z nurtem rzeki i „odpuścimy sobie” bierzmowanie. Irytuje nas zbyt ścisłe podejście do sprawy i nie podoba nam się usilne naprowadzanie na „jedyną”, właściwą drogę”. Zamierzamy pokazać, jacy z nas wolni buntownicy. Wszystko ma jednak swoje granice i wiemy, że możemy to zrobić tylko za zgodą rodziców. Tacy z nas nonkonformiści.
    Zdaję sobie sprawę z faktu, iż połowa sukcesu zależy od wyczucia dobrego momentu, więc rozmowa z rodzicami musi się odbyć, kiedy w domu będzie panowała swobodna, przyjazna atmosfera. Wykorzystuję odpowiedni moment i moje pytanie przeszywa ciszę, niczym świeżo naostrzony nóż.
    - Mogę nie iść do bierzmowania?
    Młodszy brat:
    - Ty chyba jesteś jakiś głupi! Wszyscy idą do bierzmowania!
    Ciotka:
    - Co ty za głupoty wygadujesz!?
    Matka:
    - Nawet o tym nie myśl! Wybij to sobie z głowy! Absolutnie!
    Ojciec:
    - O czym ty mówisz? Dlaczego masz nie iść? – zastanawia się przez chwilę, bierze głęboki wdech – Ja rozumiem, że jesteś w takim wieku, że chcesz wszystko robić na odwrót, ale pomyśl: jak będziesz miał dziewczynę i ona będzie chciała wziąć ślub kościelny, to co wtedy? Zastanów się trochę. Nie ma mowy. Zostałeś wychowany w katolickiej rodzinie i pójdziesz do bierzmowania.
    - Katolicka rodzina!? – pytam się go podniesionym głosem – Nie żartuj! Przez piętnaście lat razem byliśmy w kościele może dwa razy!
    Ojciec milczy. Wiem, że dyskusja jest skończona, a moje argumenty nieważne. Wciąż mogę się postawić, ale zdaję sobie sprawę z tego, iż wtedy skończą się wszystkie domowe przywileje.
    Patrzę na nich: ludzie, którzy przy wszystkich mówią o sobie „katolicy”, lecz tak naprawdę nie modlą się, ani nie chodzą do kościoła. Zapytani o ostatnią wizytę w świątyni, odpowiadają półżartem „Jestem wierzący, ale niepraktykujący” i natychmiast zmieniają temat. Tłumaczą się, że dorosły człowiek nie ma czasu na takie rzeczy, ale przecież Bóg wie, że oni ciężko pracują dla swoich dzieci i to dlatego tracą kontakt z religią. Ich umysły zostały szczelnie zaklejone taśmami tradycji i wychowania, nie pozwalającymi na wybranie własnej ścieżki. Ślepo wierzący w słuszność spuścizny przodków, zbyt słabi na ateizm.
    A najgorsze jest to, że za kilka miesięcy będę taki sam.
   
Spowiedź szczera

    Trochę się boję, gdy nadchodzi czas Spowiedzi Świętej. Ostatni raz byłem w konfesjonale przed własną komunią, ładnych parę lat temu. Dobrze pamiętam reprymendę, jaką dostałem wtedy od księdza tylko za to, że opuszczałem msze. Po tamtym wydarzeniu został we mnie jakiś irracjonalny lęk przed zwierzaniem się obcej osobie i  nie chcę nawet myśleć o tym, co się będzie działo, jeśli teraz wyspowiadam się ze wszystkich grzechów i grzeszków, które uzbierały się od tamtego czasu. A co jeśli ksiądz wyjdzie zza zasłony i wykrzyczy moje złe uczynki przy wszystkich?
    Możesz powiedzieć, że spowiadam się nie przed kapłanem, lecz przed Bogiem, ale to nieprawda. W drewnianej budce nie siedzi Chrystus, który wszystko mi wybaczy, jeśli tylko się przed nim ukorzę. O nie. Tam siedzi staruszek w koloratce, który będzie próbował nawrócić mnie na dobrą drogę za pomocą własnych subiektywnych rad, sprowadzających się najczęściej do „odklepania” kilku modlitw. A rozgrzeszenie dostanę tylko dlatego, że muszę je dostać – nawet, jeśli ksiądz najchętniej przywiązałby mnie do słupa i spalił na stosie.
    Ze swoich lęków zwierzam się Pawłowi. On patrzy się na mnie przez chwilę, po czym mówi:
    - Nie wiem jak ty, ale ja nie mam zamiaru mówić księdzu o sprawach, których on i tak nie zrozumie. Jeśli Bóg ma mi wybaczyć, to zrobi to bez pomocy jakiegoś klechy.
    - Chcesz skłamać na spowiedzi?! – pytam zszokowany.
    Kiedy jego usta wyginają się w pogardliwym uśmiechu, ja zastanawiam się nad istotą tego całego bałaganu i powoli zaczynam rozumieć, że wdepnąłem w poważne etyczne bagno. Nie żałuję własnych grzechów, więc spowiedź traci swój sens. Do bierzmowania nie idę z własnej woli, więc sprowadza się ono do jednego: świstka papieru, który umożliwi mi ewentualny kościelny ślub. Powinienem postawić na swoim za wszelką cenę, powinienem być wierny własnym zasadom i uciec od kościoła. Ale presja jest zbyt silna.
    Kiedy dzień przed bierzmowaniem wszyscy idziemy do spowiedzi, ja jeszcze nie podjąłem decyzji. Mówić prawdę, czy kłamać? Klękam w konfesjonale i wciąż nie wiem.
Zaczyna się:
    - Kilka razy opuściłem mszę świętą… byłem niegrzeczny, pyskowałem rodzicom… używałem wulgaryzmów…
    Cisza.
    Zbyt długa cisza.
    - To wszystko? – pyta zdziwiony ksiądz.
    - Tak, więcej grzechów nie pamiętam, za wszystkie mocno żałuję – kłamię, jednocześnie paląc za sobą ostatni z mostów.
    Po wyjściu z kościoła wstrzymuję oddech i próbuję usłyszeć śmiech radującego się szatana, ale jedyny dźwięk to wiatr bawiący się pośród koron drzew. Moralny kac mija po trzech minutach.

Najważniejszy dzień w moim życiu

    Z domu wychodzę w kupionym specjalnie na tę okazję garniturze. W kieszeni ciąży mi duży, metalowy krzyż, który założę na szyję w trakcie przyjmowania sakramentu. Kiedy wstępuję za próg wypełnionej po brzegi świątyni, dochodzi do mnie, że to jest moje ostateczne pożegnanie z religią. Nie wiem, czy mam się śmiać, czy mam płakać, gdy przez mózg przelatuje mi myśl „Żegnaj, Kościele!”. Wszyscy zebrani milkną, kiedy do ołtarza podchodzi biskup. Ciszę zakłócają rozlegające się z tyłu chichoty: „On wygląda jak Święty Mikołaj!”. Chyba nie tylko ja nie przeżywam tej doniosłej chwili.
    Tak naprawdę nie uczestniczę we własnym bierzmowaniu. Jestem tam fizycznie, ale mój umysł wcale nie przyjmuje Jezusa. Zjadam jego ciało w postaci komunii, słyszę, jak kapłan wymawia moje nowe imię, ale Duch Święty znajduje się gdzieś daleko. O nie, tutaj na pewno go nie ma.
    Pstryk! Już po wszystkim. Miesiące przygotowań, modlitw, rozterek moralnych mijają razem z tłumem, który wybiega z kościoła.
    - Chodź, muszę iść zapalić – słyszę głos mojego przyjaciela.
    Razem mijamy mur otaczający budynek i siadamy na zielonej trawie. Prawdę mówiąc, teraz trawa wydaje mi się jakby bardziej zielona.
    Gdy on odpala papierosa, ja patrzę się na chmury, na to, jak leniwie płyną po nieboskłonie. Jak spokojnie! Jak pięknie! Przenoszę wzrok na mojego przyjaciela.
    - A co, jeśli Boga nie ma? – zadaję mu pytanie, choć wiem, że tak naprawdę zadałem je samemu sobie.
    Widzę, że zastanawia się nad odpowiedzią, ale wcale się z nią nie spieszy. Powoli się zaciąga, wypuszcza dym, po czym wpatrzony gdzieś w przestrzeń mówi:
    - A czy to ma jakieś znaczenie?
    Wypowiedziane przez Pawła pytanie jest dla mnie tak ważne, że nie mogę oderwać wzroku o symbolu chrześcijaństwa, który wisi na jego szyi. „A jeśli to, że Bóg nie istnieje, wcale nie oznacza, że życie nie ma sensu? A co, jeśli sacrum… tkwi w drugim człowieku?” Zdaje mi się, że w głowie słyszę zgrzyt klucza obracanego w zamku. Dźwięk otwieranych drzwi. I gdy wszystko układa się w jedną, spójną całość, uśmiecham się sam do siebie. Moje spojrzenie wędruje do dogasającego papierosa.
    - To cię kiedyś zabije – mówię mu.
    - Wiem – Paweł pokazuje mi otrzymany na bierzmowanie krzyż – Ale teraz pójdę do nieba.

2019  Ogólnopolski Turniej Reportażu im. Wandy Dybalskiej   globbersthemes joomla templates