Maria Błażko - Odchodzenia

Zofia

Po raz pierwszy zobaczyłam Zofię w starym, drewnianym domu.

- Nasza pani i nasz pan byliby szczęśliwi – powiedziała na mój widok zamiast normalnego powitania.

Przyjęła nas w kuchni wypełnionej zapachem smażonych kotletów. Na łóżku, w kącie, skulony jak dziecko, spał jej ojciec. Zasuszona malutka matka siedziała na brzegu, przy jego nogach, trzymając na kolanach czarnego kota. Drugi kot łasił się do moich nóg. Zofia pospiesznie rozkładała na stole talerze.

Kolonia

Wieś nazywa się Kolonia. Dlaczego tak? Zofia nie wie.  Ale wie, że nazwisko dziadka zaraz po wojnie pisało się inaczej.  Były w nim litery „sch” a nie tak jak teraz w jej nazwisku tylko „sz”. Zofia nie wie też, że Kolonię założono na prawie niemieckim i że to się nazywało lokacja. Wie, że zawsze była droga a od niej ciągnęły się po obu jej stronach wąskie paski ziemi. Biegły od drogi, przez pola aż po otaczający Kolonię las.

- Nasza ziemia aż tam het pod las – mówi Zofia.

W oddaleniu od drogi stały chałupy. Wszystkie takie same, drewniane, z trzema oknami od strony drogi i wejściem od podwórka. Za tym podwórkiem zabudowania gospodarcze. Wszystkie w kwadracie, równiutko i w porządku, nie tak jak w innych wsiach. A przy końcu podwórka stodoła z wielkimi wrotami od  podwórka i od pola. Z początkiem wiosny aż do późnej jesieni, gdy jeszcze było szaro te wrota otwierał ojciec i przez nie wyjeżdżał na pole wozem zaprzężonym w jednego z ich dwóch koni.

Prąd

Życie Zofii dzieli się na czas przed doprowadzeniem do wsi prądu i czas po. To jeden z wielu podziałów w życiu Zofii.  Jak we wsi nie było prądu,  wszyscy spędzali czas razem.

- Siedzieli w kupie – mówi Zofia. 

Zofia nie mówi linia energetyczna, nie mówi nawet prąd.

Zofia mówi – elektryka.

- Jak we wsi nie było elektryki, wszystkie siedziały w kupie – mówi.

Wystarczyły drewniane, stare chałupy po pradziadkach kolonistach. Kuchnia z wielkim piecem do pieczenia chleba, zimna komora, w której matka gromadziła jedzenie i pokój. Wszędzie dużo ludzi i ich zapachu i zapachu nafty od lampy ledwie rozświetlającej głęboki mrok pomieszczeń domu w otoczonej lasem wsi.

Elektryczność pojawiła się, jak Zofia miała dziewiętnaście lat. Od tego czasu wszystko zaczęło się zmieniać. Drewniane domy i zabudowania gospodarcze wypełniały się podłączanymi do prądu urządzeniami. Z czasem na te urządzenia zaczęło brakować miejsca. Sąsiad, od strony miasta, pierwszy obudował swoją chałupę gazobetonem. Dookoła i dokładnie. Nawet otwory na okna zostawił w tym miejscu, co stare. Potem przez kilka nocy, ukryty za tymi ścianami z gazobetonu jak za parawanem, po cichu z synem rozbierali chałupę belka po belce i wynosili na podwórko. To był pierwszy murowany dom we wsi. Jeszcze przed kaplicą.

Kaplica

O pozwolenie na jej budowę starali się przez wiele lat.  Szczególnie przed każdym świętem Bożego Ciała sołtys jechał do miasta, na rozmowy do urzędu, a potem do proboszcza. Nie było zgody. Zofia już nie pamięta, który sąsiad, a może to jej cichy ojciec powiedział – nie będziem  czekać.

Budowali nocą, w pośpiechu, w czasie żniw, aby zdążyć przed Zielną.

Tak Zofia mówi na święto Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny.

Przyjeżdżającym z miasta ojciec mówił, że stawia sobie stodołę. Jego ziemia, to ma prawo.

I tak stanęła kaplica. Na ich ziemi, przy krzyżu, na końcu wsi pod samym lasem.

Dom

W kuchni z dużym piecem i w pokoju mieszkali wszyscy. Zofia pamięta jeszcze dziadków. Spali oboje na tym dużym piecu. Potem już tylko rodzice, pięcioro rodzeństwa i ona. Byłoby ich więcej, ale dwoje dzieci zmarło we wczesnym dzieciństwie. Do miasta jechało się dużo dłużej niż teraz, a i koni nie zaprzęgano do wozu z byle powodu. I tak rośli w tym domu zawsze pełnym miejsca dla ciotek, wujów, sąsiadów. W końcu cała wieś to byli swoi. Z czasem, już, jak mówi Zofia - po elektryce, zaczęli kolejno się żenić, wychodzić za mąż i odchodzić na swoje. Budowali nowe domy, murowane z wysoką piwnicą, w której mieszkali, jak w starej chałupie, w jednym pokoju i w kuchni. Z gazowymi butlami do kuchenek i pralkami „Frania”. Na piętrze wypełniali powoli meblami eleganckie, na co dzień puste, salony z rosyjskimi telewizorami. Do nich zapraszali gości na rodzinne uroczystości, ale nie na święta.

Święta były u dziadków.

Przy rodzicach została tylko Zofia. Ale stary dom był dalej pełen ludzi. Wracali do niego wszyscy. Co roku pojawiało się nowe dziecko, czasem dwoje. Ich domem był dom dziadków. Zofia pamięta, że na święta do stołu zasiadało i biegało wokół niego tyle osób, że nie dawało się ich policzyć. Już po Wszystkich Świętych ojciec, na którego wszyscy mówili teraz dziadek, zaczynał odkładać pieniądze na cukierki dla wnuków. Żadnego z dzieciaków nie można było pominąć na Mikołaja i na Święta. Nawet, gdy młodzi wykończyli już zupełnie swoje domy i zaczęli przyzwyczajać się do używania salonów na piętrze, to i tak życie toczyło się głównie w drewnianej chałupie dziadków. W zimie, jak dawniej, siedzieli wszyscy w kuchni, w której jedyną odmianą był prąd, taka sama jak u innych butla gazowa i przyczepione do drewnianej ściany rurki zakończone kranem, po odkręceniu którego do podstawionej miski lub wiadra leciała lodowata woda. W lecie, kiedy dorośli na cały dzień szli w pole, dzieci od rana do nocy biegały po podwórku.

Droga

Prowadzi ze wsi do miasta. Zaczyna się przy kaplicy, na końcu wsi. Dalej już tylko las. Kiedyś tam się kończyła przy krzyżu, ale odkąd powstała kaplica, droga tam się zaczyna. Prowadzi do cmentarza w mieście i dalej gubi się w siatce, nieznanych Zofii, ulic.

Droga jest jedna. Przy drodze rosną stare, zdziczałe jabłonie. Na drodze wszyscy się spotykają. Drogą przywożą ze szpitala w mieście nowonarodzone dzieci i drogą odprowadzają swoich zmarłych na cmentarz.

Droga jest jedna. Wszystkie inne, wyasfaltowane, prowadzące od krzyżówki przed wsią do innych wsi i miast nie są drogami. To szosy.

Szosa – mówi Zofia.

Łaszczowiecka, krasnobrodzka i inne.

Wcześniej Zofia mówiła szos. Tak jak mówili rodzice. Ale może radio, może telewizja a może to, że młodzi się uśmiechali, sprawiło, że dzisiaj Zofia mówi – szosa.

I tak nie ma to znaczenia, bo najważniejsza ze wszystkich szos nazywa się droga, a droga jest jedna.

Odchodzenie I

To chyba była prababka. Zofia nie pamięta. Pamięta tylko mdły zapach świec i jeszcze czegoś, co dzisiaj już zna zbyt dobrze a czego jako pięcioletnia dziewczynka nie umiała jeszcze nazwać. Prababka była surowa i nieprzystępna. Rzadko się odzywała, a gdy mówiła, to jej słowa brzmiały twardo i szeleściły jak liście tytoniu, które od czwartego roku życia Zofia nawlekała na druty w suszarni. Nie rozumiała słów prababki, nie pamięta jej dotyku. Z jej odchodzenia najlepiej pamięta ten zapach i modlitwy kobiet czuwających przez dwie noce przy otwartej trumnie. Takie czuwanie było zawsze. Kiedyś w chałupach i teraz w nowych murowanych domach. Bo tak się kończy każde odchodzenie. Potem już tylko droga do miasta, na cmentarz.

Pani

Matka zaprowadziła  ją do nich, do miasta, jak Zofia miała siedemnaście lat, długi warkocz i pięć klas szkoły wiejskiej. Takie były czasy. Coś trzeba było w życiu robić poza pracą w polu i przy gospodarstwie. Zofia przyszła i tak już została aż do końca. Od początku i potem zawsze mówiła „nasza pani” i „nasz pan”.

- Nasza pani to nigdy nie daje do ciasta proszku. Mówi, że to sama chemia, która normalnie ludziom szkodzi – opowiadała matce po powrocie do domu z miasta.

- Ja gadałam naszemu panu. On w sądzie siedzi, to się na prawie zna. Jemu to się nie widziało – pouczała braci toczących z sąsiadem spór o wycinkę drewna z lasu za kaplicą.

Teraz, jak ma potrzebę wspominania ludzi z domu w mieście, do którego chodziła przez prawie trzydzieści lat, też tak mówi – nasz pan i nasza pani.

Pracowała w tym domu. Sprzątała i pomagała w ogrodzie. Codziennie. Przez całą zimę, wiosnę i jesień. Tylko latem w czasie żniw przychodziła rzadziej.

Szła drogą. Wprawdzie do miasta jeździł autobus, jeden rano, drugi po południu. Ale często nie miała cierpliwości na niego czekać albo on nie czekał na nią.

Szła drogą. Pięć kilometrów w stronę miasta a potem z powrotem.

Zofia, czasem się zamyśla i mówi – Nasza pani była mądra.

 A zdaniem Zofii mądrość to nie tylko wiedza, ale wiedza i dobroć. Bo Zofia nie pamięta, że to jej imię po grecku oznacza mądrość i że pani na pewno jej to kiedyś mówiła.

Z panią Zofia rozmawiała o wszystkim. Mówiła jej o sobie, a pani jej słuchała. U siebie we wsi nie miała nikogo, kto tak słuchał i rozumiał. Pani była bardzo ważna.

Nasz pan też. Zofia opowiadała mu o wsi, pracach w polu, o nocnym budowaniu kaplicy i o tym, co się mówi i co się u nich myśli. Pan czasem mówił Zofii o tym, co usłyszał w trzeszczącym radio z Głosu Ameryki.

Ale to pani była najważniejsza.

Odchodzenia

W życiu Zofii są granice. Tak pewnie jest w życiu każdego człowieka, ale w życiu Zofii jest ich bardzo wiele a najważniejsze, najczęściej używane do określenia czasu, są te utworzone przez kolejne odchodzenia.

Zofia mówi – To było jeszcze, jak żyła Mama, tamto stało się po śmierci naszej pani.

Te wszystkie odejścia, którym Zofia całą sobą towarzyszy porządkują jej świat i nadają mu czytelne ramy czasowe. Są częścią tego świata i jego główną konstrukcją. Nie narodziny, nie powodzie, nie przyjazdy i wyjazdy, ale odejścia. Tak już jest.

Widać Bóg tak chciał – mówi Zofia.

Widać chciał, jeśli ma ona w swoim samotnym, wśród wielu ludzi, życiu funkcję tej, która trwa do końca i towarzyszy odchodzącym w najtrudniejszych chwilach ich odchodzenia. Z biegiem lat jest tych odejść coraz więcej.

Kiedyś ludzie tak nie umierali – mówi Zofia.

Dawniej drogą ze wsi na cmentarz do miasta odprowadzała kogoś raz w roku, potem odejścia przynosiły ze sobą kolejne wiosny i jesienie. Kiedyś ludzie umierali o świcie, kiedy piały pierwsze koguty, świergotały wróble i wieś budziła się do życia.

Teraz już nie ma reguły. Każdy czas  i każda pora przynosi śmierć – mówi Zofia.

Jej matka nie zmarła w domu. Odeszła cicho w nocy w szpitalu w mieście. Sama. Zofia po kilku dobach czuwania poszła do domu ugotować ojcu obiad. To jedno odchodzenie się Zofii nie udało. Do tej pory nie rozumie, dlaczego zawiodło ją przeczucie. Do tej pory ma do siebie żal.

A przecież tak już jest, że to Zofia czuwa i często to ona a nie najbliższa rodzina kładzie dłoń na oczach.

Ania

Ania dla Zofii jest jak córka.

Może jeszcze więcej, chociaż co może być więcej – mówi Zofia.

Nasza pani przypominała czasem – Zofio, człowiek nie powinien być sam. Zobacz, to bardzo przyzwoity chłopak, może jednak się z nim spotkasz.

Ale Zofia tylko się śmiała. Miała Anię i tylko ona się liczyła. Tylko ją trzeba było kochać. Jak córkę.

Ania, tak naprawdę, jest córką brata, tego, co wyjechał do Ameryki. Swoją matkę pamięta słabo. Lepiej pamięta sąsiadkę rodziców ze śląskiego hotelu robotniczego, która podawała jej przez okno jedzenie, kiedy zamknięta w pokoju płakała z głodu i strachu. Ojciec Ani pracował w kopalni a matki często i długo nie było, bo spotykała się z kolegą ojca. Ania nawet teraz, w Cleveland, swoim dzieciom nie opowiada o matce. Wychowała ją ciocia Zofia.

Zofii przywieźli Anię,  gdy miała cztery lata. Bała się. Nie chciała jeść. Bała się, że matka ją odbierze z tego domu przy drodze od ciotki i dziadków. Zofia w tajemnicy przed wszystkimi poiła ją mlekiem z butelki, przez smoczek.

Ojciec Ani rozstał się z jej matką. Zostawił też młodszą siostrę Ani, która podobno była córką kolegi. Wyjechał do Ameryki i szybko założył nowa rodzinę. Do Zofii zaczęli z poczty w mieście przywozić paczki. Przychodziły regularnie, co miesiąc z amerykańskim jedzeniem, słodyczami, zabawkami i ubraniami. Dzieciaki zazdrościły Ani. Miała wszystko najlepsze.

Ania miała Zofię.

Dom drugi

Wybudowali go na ziemi ojca w sąsiedztwie kaplicy za pieniądze brata, tego, który wyjechał do Ameryki. Miała w nim mieszkać Zofia, jak już odejdą rodzice, żeby było jej łatwiej. Starą chałupę rozebrali. Bratowa od brata, który swój dom postawił bliżej drogi już od lat na to czekała z roku na rok coraz bardziej niecierpliwie. Budowali go długo. Na początku Zofia nawet nie chciała patrzeć jak rośnie. Co niedzielę w drodze do kaplicy mijała to miejsce najszybciej jak mogła. Na myśl o opuszczeniu chałupy kłuło ją w okolicach serca.

Rzeczy zebrała po odejściu ojca. Zresztą, bez niego dom nie był już taki sam i dzieci przestały przychodzić.

Teraz w nowym, murowanym domu z pralką, lodówką, radiem i telewizorem jest sama. Część pokoi stoi pusta. Brat mówił, że może on na starość wróci, może Ania z rodziną a może to dobra lokata pieniędzy. Dom musi być, choć Zofii wystarczy kuchnia i pokój, no i jeszcze łazienka. Prawie tak jak w starym domu. Po sąsiedzku, obok i za drogą bratankowie i siostrzenice. Spotykają się przy płotach. Czasem ktoś wstąpi, wypije herbatę, chwilę porozmawia, zostawi dziecko do przypilnowania i biegną do swoich spraw, do domów, komputerów, samochodów.

Zofia jest w tym drugim, innym domu coraz bardziej sama.

Samotność

Taka prawdziwa, która boli codziennie, zaczęła się od wyjazdu Ani. Odejście naszego pana, naszej pani, potem matki, którego nie przeczuła, a wreszcie odejście ojca a potem jeszcze wiele innych odejść już tylko tę samotność pogłębiły. Wyjazd Ani był jej początkiem. Teraz czas dzieli się też na ten sprzed wyjazdu Ani i ten po. Są jeszcze drobniejsze i bardziej szczegółowe podziały – przed telefonem i po. A wszystko jest czekaniem na przyjazd i na rozmowę.

Lato

W lecie chce się żyć. W lecie jest praca.

W lecie otwierają się drzwi i jak mówi Zofia - wszystkie przez krótki czas są razem na podwórkach, w polu, w lesie i na drodze.

W lecie przylecą Patryk i Majko – amerykańscy bracia Ani. Zza oceanu to tylko dwanaście godzin, a potem sześć godzin autobusem i już są. U siebie. W domu.

Dla Zofii to oczywiste, że oni przylatują w każde wakacje, bo przecież, co to za życie tam.

Tam nawet się nie chodzi. Wszędzie trzeba jechać, bo daleko, bo niebezpiecznie. A jak się nie chodzi, to znaczy nie ma wolności. Tu są pola, lasy, droga, no i jest dom i wszyscy swoi.

Odchodzenie II

Widziałam Zofię w starym, drewnianym domu. Widziałam jej zgarbionych, przygniecionych ciężarem lat, zasuszonych i cichych rodziców.

Po latach zobaczyłam ją w tym nowym, wybudowanym za płynące z Ameryki dolary, murowanym, piętrowym, z dachem pokrytym czerwoną blaszaną dachówką. Mało kogo w okolicy stać na taki dach.

Zofia go nie chciała, ale jej nie słuchali. Za amerykańskie pieniądze byle czego nie godzi się stawiać.

Wydała mi się malutka. Zawsze była niska, ale przez te kilka lat skurczyła się tak jak u schyłku życia jej rodzice. Sama w dużym, za dużym na nią, domu.  Cały czas z nieodłącznym telefonem komórkowym i w oczekiwaniu. Może zadzwoni Ania, może brat, który ma mieć czwartego wnuka.  Ale też w tym oczekiwaniu najczęstszym ostatnio. W oczekiwaniu na komunikat, że znów ktoś odchodzi i że ona jest potrzebna, by pożegnać, raz jeszcze wypełnić tę swoją rolę i swoją powinność.

Widziałam Zofię oczekującą własnego odejścia. Już jest na nie gotowa. Ostatnie ubranie też ma przygotowane. Jasna liliowosrebrzysta suknia i perłowy jedwabny szal. Nie czarne. Nie takie, w jakie były ubrane wszystkie wiejskie kobiety, których odchodzeniu towarzyszyła. Jasne i świetliste, podobne do tego, w jakie ubrała naszą panią.