Jędrzej Pogorzelski - Pierwsza potyczka z korporacyjną machiną

- Patrz pan, cywilizacja przyjechała, kurde - rzekł do mnie z nieukrywaną radością, zupełnie nieznany wąsacz. Podczas moich pierwszych odwiedzin w nowopowstałym kinie, w powietrzu unosiła się wręcz namacalna atmosfera hurraoptymizmu. Była ona w pełni uzasadniona. Słowa tego anonimowego jegomościa, którego dres oszałamiał powiewem Wietnamu zawierały istotę palącej potrzeby, która istniała w umysłach lwiej części mieszkańców mojego miasta - niby stutysięcznego, a bardzo małomiasteczkowego. Miasto, które miało czelność przylepić sobie łatkę (ku samozadowoleniu władz ) wschodzącego tygrysa północnej Polski, już od trzech lat pozbawiało swoich obywateli prawa do podstawowej rozrywki średnich lotów - wyjścia na seans filmowy. Podczas tego kinematograficznego celibatu, życie kulturalne tej zachodniopomorskiej mieściny wydawało się wić w konwulsjach. Szczytem rozrywek dla tzw. Odbiorcy masowego były występy przebrzmiałego gwiazdora, poprzedzone popisami akwizycyjnego kunsztu, z garnkami w roli głównej. Smutną alternatywą była obserwacja placu budowy n-tego supermarketu na literę Be, ewentualnie darmowe bilety na występy akrobatycznych pajaców zza wschodniej granicy (do zdobycia, rzecz jasna w jednym z kilkunastu supermarketów na literę Be).

Nie lepiej było w przypadku perspektyw spędzenia czasu z posiadaną drugą połówką. Zakres możliwych działań był uzależniony nie tyle od granic wyobraźni, co od kulturalnej stagnacji i zawartości portfela. Prawdziwą twarzą pojęcia "rozrywki" wśród tutejszej grupy wiekowej 17-25 okazało się spędzanie czasu na przyblokowych ławeczkach, bądź w kabinach toalet pseudo-wielkomiejskich dyskotek.

Jednak miało nadejść nowe. W pipidówkę Zapomnianą przez bandę nierobów, działającą pod szyldem Ministerstwa Kultury, miało zostać tchnięte odrobinę życia. Tak oto sześciosalowy multiplex miał stać się nowym centrum "bywania" mieszkańców nie tylko miasta, ale i ba ! całego powiatu !

Umarło kino, niech żyje kino !

 

Pierwsza wizyta pozostawiła we mnie uczucie niespotykanej dotąd estetyki. Być może nie podzielałem entuzjazmu na poziomie spazmów ekstazy, który udzielał się stojącemu obok  panu Wąsatemu, lecz to co widziały moje oczy w niczym nie przypominało starego kina "Relax".

"Relax" pomimo swojego niezwykłego klimatu w postaci charakterystycznego swądu, wystroju "a'la wczesny Gierek"

i uroczo niskich temperatur zimową porą, które sprzyjały zbliżonym kontaktom z dziewczętami, ustępował swojemu przybyłemu z planety Nowoczesność konkurentowi pod wszelkimi względami. Pomimo iż nowe kino witało żądnych konsumentów cudną wonią karmelowego popcorn'u, w oczach nielicznych widziałem nutkę tęsknoty za zatęchłym aromatem tandetnej boazerii.

Ja, mimo wszystko, bezwzględnie rozliczyłem się z sentymentem do dawnych czasów, po doznaniu rozkoszy rozłożenia członków w jednym z najmiększych foteli świata, oraz umyciu rąk zniewalającą pianką o zapachu bananowym. Zaślepiony faktem istnienia odrobiny wielkomiejskiego ducha, w tym smutnym jak kłoda mieście, nie byłem w stanie wyobrazić sobie, że pewnego dnia zapałam żywą nienawiścią do popcorn'u, rzeczonej pianki oraz wszystkiego co związane z kinem. 

Łechtanie korpo-smoka

Obudziłem się pod koniec czerwca z przysłowiową ręką w nocniku. Mając przed oczami wyobraźni przerażającą wizję dylematu między kupnem chleba a margaryny, przed którym staję, jednocześnie przeliczając żółciaki pozostałe w portfelu, postanowiłem stawić czoło przerażającej machinie o nazwie rynek pracy. Pozyskiwanie funduszy na hedonistyczne, wakacyjne uciechy z kieszeni rodziców nie wchodziło w grę.

- 18 lat to już najwyższy czas na odcinanie pępowiny. Na piwo Ci nie dam - słowa brzmiące jak wyrok wypowiedziała moja własna matka.

Jako, iż  moje niewielkie objetościowo CV nie mogło mi zapewnić wymarzonej pracy szefa konsorcjum naftowego, nie mogłem być zbyt wybredny w ofertach. Jednakże po zobaczeniu kusząco wyglądającego ogłoszenia w sprawie zatrudnienia "pracownika obsługi kina" poczułem błogie mrowienie w lędźwiach.

   Sprawy potoczyły się dosyć prędko. Przesłanie listu motywacyjnego, telefon z zaproszeniem na rozmowę, sama rozmowa i obietnica rychłego zatrudnienia pod warunkiem odbycia obowiązkowych badań w Sanepidzie spowodowało, że w moim małym rozumku wykiełkowała duma, ze spełnienia jednego z moich największych marzeń - pracy w kinie ( nie omieszkałem o tym wspomnieć tuż obok reszty bzdur zawartych w liście motywacyjnym).

   Nawet masa papierkowej roboty związana z formularzem dostarczenia materiału organicznego do siedziby Sanepidu, nie osłabił mojego zapału.

Nie osłabił go również fakt bezustannego odraczania daty zawarcia ze mną umowy ze względu na stały brak kogoś-piekielnie-ważnego-do-podpisania-piekielnie-waznego-dokumentu.

Mój zapał uległ dopiero po zobaczeniu iście złodziejskiej umowy, która opiewała na godzinną stawkę, będącą ekwiwalentem ceny ... połowy statystycznego małego kebaba. Wielki kwit z napisem UMOWA ZLECENIE pod nos podsunęła mi moja przyszła szefowa o aparycji Scarlet Johannson, toteż z jej rąk byłbym gotowy podpisać choćby akt dobrowolnego wstąpienia do Międzynarodowej Organizacji Eunuchów.

   Z dzisiejszej perspektywy wiem, że był to iście cwaniacki chwyt, wypracowany do perfekcji na niejednym zebraniu menadżerów rekrutacyjnych.

Korpo wyprowadziło pierwszy cios, za który byłem gotów z uśmiechem na ustach nadstawić drugi policzek.

Zrobimy z Ciebie zwierzę !

 Po tym jak kilka podpisów wystarczyło, aby schwytać mnie w korporacyjną sieć, nadszedł czas na wyszlifowanie mnie, abym ,ku mojemu zniecierpliwieniu, stał się kolejnym trybikiem w jednej z największych maszyn w polskim przemyśle dystrybucji kinowej. Fakt, iż szkolenie zostało rozpoczęte 27 sierpnia (!) z powodu coraz to bardziej spektakularnych wymówek, udowodnił, że tamtejszy matriarchat administracyjny dorównuje koleżankom z ZUS-u w  kwestii sprawności działania.

   Szkolenie trwające przez 3 dni polegało w większości na zapoznawaniu się z monstrualną ilością procedur, które miały w sobie tyle sensu co wystawa sztuki współczesnej. Po zrobieniu magisterki z obsługi papierowych ręczników i czyszczenia toalet, mieliśmy zostać przeszkoleni pod kątem zostania nie tylko zawodowymi operatorami szczotki klozetowej.

- Nawet z nogi od stołu zrobię sprzedawcę! Zobaczycie co oznacza marketing przez duże EM! - powiedziała Pola - koordynator szkoleń, której korporacyjny wyścig szczurów wydawał się zawrócić w głowie. Takie jak one są z pewnością w stanie zrobić rzeczy znajdujące się daleko za szlabanem z napisem GRANICA PRZYZWOITOŚĆI w imię wspięcia się na wyższy szczebelek korporacyjnej drabiny feudalnej.

- Jeśli macie miękkie serca, kasa nie jest miejscem dla was.

Od dzisiaj waszymi nowymi drugimi imionami są SUGERACJE!

- Bo nieważne ,że klient czegoś nie chce  Ważne żebyście wmówili mu, że potrzebuje tego, a potem to sprzedali !

- Nie będziecie potrafili wcisnąć powiększonego popcorn'u? Lepiej pogódźcie się z rolą miotłowego. Pamiętajcie, przez pierwszy tydzień nie spuścimy z was oka! - Pola wydawała się być w swoim żywiole.

A więc jednak ! Rzekomy "marketing przez duże EM" nie różnił się zbyt wiele od tego z podrzędnej budki z pamiątkami na nadmorskiej promenadzie.

Cel był jeden: oskubać klienta do nagości i wpoić mu chęć posiadania czegoś, czego ani trochę nie potrzebuje. Było jednak coś jeszcze, co zmąciło moje przekonanie w nadprzyrodzone marketingowe zdolności naszej mentorki - w aktualnym rankingu sprzedawców, Pola była, bez cienia wątpliwości, czerwoną latarnią.

   Pomimo  już 3-dniowych wygibasów Poli, wciąż nie potrafiłem obsłużyć zbłądzonego klienta, który podchodził do kasy z najbanalniejszym zapytaniem. Na szczęście kompetencja moich kompanów ( również na poziomie odsetku uczciwych obywateli pochodzenia romskiego) napawała mnie optymizmem. Poczucie hulającego wiatru w miejscu, gdzie zazwyczaj znajdował się mózg najwyraźniej nie towarzyszyło jedynie mi.

- A propozycja zapłaty kartą Payback to co ?! - krzyknęła Pola tonem jakby od tej transakcji miało zależeć jej własne życie, albo co gorsze - miesięczna premia dla koordynatora miesiąca !

- Nie słuchaj tego pieprzenia. Nikt jej tu nie słucha. - powiedział Bartek, chwilę po tym jak poczerwieniała ze złości koordynatorka zniknęła z pola widzienia

- Wszystkiego i tak nauczysz się w praniu.  

Kasa ! Więcej kasy !

Wraz z otrzymaniem koszulki, identyfikatora, karty wstępu do pracy oraz smyczy z logo firmy, mogłem nareszcie poczuć się pełnoprawnym korpo-robolem. Uczucie wszechogarniającej dumy wynikająca z załatwienia sobie pracy "własnymi ręcyma" mogło równać się jedynie ze śniadaniem do łóżka, zaserwowanym przez rozkoszną Ellen Page tańczącą taniec hula. Perspektywa sprawdzenia się w korporacyjnym oceanie pełnym rekinów była ekscytująca.

    - Po pierwszym miesiącu odpada prawie połowa - usłyszałem tydzień wcześniej, tuż po podpisaniu cyrografu na umowę-zlecenie. No cóż ... szefowa rekrutacji, członkini haremu dowodzonego przez rządzącego i dzielącego Jaśniepana Dyrektora Kompleksu nie mogła się mylić.

- Jeden mały błąd i ciach ! Twoja mikroskopijna dniówka idzie w cholerę! Ten cholerny system praktycznie nie wybacza. Ostatnio słyszałem o dziewczynie, która nabiła 120 zł manka w pierwszy dzień. Nie ma zmiłuj się. Musiała zapłacić. Więcej jej już nie widziałem - mówi Bartek.

- Pindy jedne, menadżerki wrzucają ludzi po "dziurawym" szkoleniu. Jak ktoś sobie poradzi - dobrze. Jeśli nie - manko i tak opłaca z własnej kieszeni. Trochę taka selekcja naturalna, co nie ? Zjadasz, albo jesteś zjadany - usłyszałem już podczas jednego z pierwszych dni.

Jednak niezbyt przejąłem się tymi fatalistycznymi opowieściami.

Po tygodniu pod znakiem traumy, byłem gotów poodgryzać pęciny każdemu kto wyprzedzał mnie w wyścigu o jak najlepsze wyniki sprzedaży. Wiłem się jak żmija proponując coraz to kolejne produkty z oferty barowej. Używałem najbardziej ekwilibrystycznych technik perswazji przy sugeracjach powiększenia popcorn'u. Dla przekonania o słuszności zamówienia dodatkowej coli do zestawu byłem gotów zatańczyć na rurze w stroju topless - wszystko to w imię zdobycia ucieleśnienia moich wszelkich pragnień - PREMII!

Racjonalne myślenie ustąpiło chorobliwemu celowi - pięciu się jak najwyżej w rankingach sprzedaży. Wmówiłem sobie, że otrzymanie owej wyśnionej, gorejącej niczym perła w koronie, premii będzie bezwzględnym świadectwem nadawania się do tej roboty,  oraz zgodnie z chorą dedukcją - pierwszym krokiem do zamienienia mojego życia w pasmo niekończących się sukcesów. Złapałem bakcyla. Co tydzień przynosiłem do domu świeże nowinki dotyczące mojej aktualnej pozycji. Im wyżej byłem, tym bardziej wierzyłem w ideał self-made-man'a. . Można się smiać, lecz gra była warta świeczki - czołowe miejsca w rankingu sprzedaży były gwarantem ekwiwalentu opłaty za kilkanaście/kilkadziesiąt godzin pracy.

   Pewnego dnia czar jednak prysł.

" Z powodu nadzwyczaj słabego overall'a, w tym miesiącu premie zostają  zawieszone. Niech ta sytuacja stanie się waszą motywacją do jeszcze lepszej pracy i jeszcze lepszych wyników sprzedaży : )))"

Po przeczytaniu tego, żywcem wziętego z północnokoreańskiej fabryki trampków, komunikatu poczułem jak otwierają mi się dotychczas zamknięte oczy.

Tu jest Polska !

 

Korporacja stara się oszczędzać na wszystkim. Od bezwodnych pisuarów (że niby korzystniejsze dla środowiska), w toaletach, w których jakiekolwiek ślady tlenu zostały dawno wyparte przez amoniak,  aż po przedstawicieli szarej masy roboczej, zmuszonej do wznoszenia się na wyżyny uprzejmości w kontaktach z klientem. Pod koniec 10-godzinnej zmiany mój  wyraz twarzy był bliższy psychopatycznemu grymasowi, niż obowiązkowemu uśmiechowi, który został nam wpojony podczas szkolenia. Moje wyobrażenia o pracy w kinie doznały konfrontacji z betonowym kijem bejsbolowym pt. Rzeczywistość. Czeka to również każdego, który myśląc o podobnej fusze oczekuje beztroskiego nicnierobienia, podszczypywania urodziwych koleżanek z pracy i oglądania filmów do woli.

   Z otaczającym wyzyskiem każdy radził sobie na swój sposób. Ja, dzięki Bartkowi nauczyłem się jak nie wychodzić z pracy głodnym. Ot, tak w akcie małej, nieszkodliwej vendetty na polski sposób. Świadomość w jaki sposób przyczyniałem się budowania piedestału, na którym stoi stereotyp Polaka-pracownika, była przerażająca. Jednakże niewinna chęć zapełnienia kiszek zniewalającym popcornem karmelowym, nie może się równać z jawnym złodziejstwem w postaci stawki nieadekwatnej do wykonywanej pracy. Za każdym razem wychodząc z zachomikowanym elementem tzw. samplingu   (dodatek dodawany do każdego biletu) w postaci np.  maszynki do golenia, płatków śniadaniowych, czy paczki MM'sów,  uciszałem swoje sumienie myślą, że prawdziwy bandytyzm reprezentuje pewien brzuchaty biznesmen odpowiedzialny za wysokość mojej mizernej wypłaty.

 

Czuj się jak w rodzinie !

 

O popularnym micie korpo-rodziny słyszałem już na długo przed przystąpieniem do jednej z nich. Spędzanie długich godziny w pracy oraz poza nią bezwzględnie stworzy poczucie więzi nawet u szurniętego socjopaty.                                            

- Musisz nauczyć się oddzielać sprawy zawodowych od luźnych spotkań na piwie, młody. To, że piłeś wczoraj z szefem nie zmienia absolutnie nic. Ma on takie samo prawo wywalić Cię na zbity pysk jak wczoraj - zdradził mi Szymon -chodząca skarbnica ponadczasowych mądrości.

Zbytnia otwartość po paru głębszych może mieć równie spektakularne skutki. Ploteczki, przybierające najbardziej wynaturzone formy, rozchodzą się w tym mocno sfeminizowanym gronie z prędkością nadświetlną.

Korporacja, jak to każda rodzina posiada w sobie pierwiastek patologiczny. Nic nie dostaniesz za darmo, lecz prawie wszystko wywalczysz ciężką pracą, lub jak kto woli, wejściem w tyłek przełożonego.

   Jedynym profitem przyznanym z urzędu jest żarcie w cenach pracowniczych , nieraz dziesięciokrotnie (!) niższych od tych z regularnej sprzedaży. Chcąc uzyskać bilety, musisz przebrnąć przez tor przeszkód - test pracowniczy najeżony podstępnymi pułapkami w postaci niuansów cotygodniowych promocji i chwytaniem za słówka w przypadku wypisywania procedur. Dla początkujących - niemalże niezdawalne w pierwszym terminie, również z powodu zadziwiającej zależności, między nastrojem którejś z Ms. Menedżerek, a obiektywną oceną.  Haka nie trudno znaleźć, gdy próg zdawalności wynosi zatrważające 90 %.   

The end ?

Po odkryciu wszystkich, nawet najciemniejszych zakamarków budynku kina, poczułem się spełniony.

Towarzyszące mi już od etapu małego brzdąca potrzeba  poznania mechanizmu jego działania została zapokojona.

Warto było. Nawet kosztem brutalnej konfrontacji ze światem regularnej korporacji, o którym dotąd nie miałem pojęcia. Nigdy nie zastanawiałem się nad ciemną stroną kina, dopóki nie przyszło mi się z nią styknąć.

Odszedłem.

Tęsknić nie będę. No chyba, że za karmelowym granulatem do popcorn'u.

Głęboko schowany woreczek z tym złocistym cudem uznajmy za moją cichą, nieszkodliwą zemstę, za nadgodziny.

Dlaczego odszedłem ?

Brak motywacji był nie bez przyczyny. Moje młode, wrażliwe morale prawdopodobnie ugięło się na skutek akcji z do dziś nieodżałowaną premią. Chyba przecież nikt nie lubi dostać cukierka, tylko po to, aby chwilę potem został zabrany.

Godzina mojego czasu okazała się chyba być trochę cenniejsza niż równowartość wyrobu winopodobnego z nizin sklepikowych półek.

Szczególnie teraz, każda z nich działa na moją niekorzyść - matura się podobno sama nie napisze.

 *imiona bohaterów i nazwy miejsc zostały zmienione