Wiktoria Całus - Nie wiem, jak będzie w tym ciągłym pędzie

Według danych Departamentu Rynku Pracy MRPiPS młodzież to grupa najbardziej narażona na problemy rynku pracy, bezrobocie oraz mająca najmniejsze perspektywy awansu. Wydaje się to absurdalne. Miejscem młodzieży jest szkoła średnia, uczelnia wyższa. A jednak w Polsce pracuje co czwarta osoba z grupy wiekowej 15-24 lata. Jestem jedną z nich. Mam osiemnaście lat. Pracuję od czterech lat.

- Zrobi mi pani loda? – słyszę chyba po raz czternasty tego dnia. Zrobię. Pewnie. Za to mi płacą. Im więcej zrobię, tym więcej zarobię. Pracuję tak już od dwóch, może trzech lat. Wcześniej robiły to moje siostry. Praca w budce z lodami przechodziła u nas w rodzinie, rzec można z pokolenia na pokolenie. Dzisiaj zaczęliśmy o 7:00. Jest niedziela. Pierwsi klienci pojawiają się zwykle około południa, ale trzeba zająć miejsce, rozstawić budę, niekiedy ją umyć i posprzątać. Potem zaczyna się coś, co ja nazywam „kwitnięciem”. Siedzę i czekam, aż ktokolwiek się pojawi i pączkuję nudą. Czasem czytam, czasem przeglądam Internet w komórce, choć mój pracodawca tego nie lubi. Czekam też aż wstanie Magda, czy Aśka, one zwykle odsypiają weekendowe imprezy i na pierwsze „niusy” mogę liczyć w porze obiadowej. Wcześniej nie ma co, rówieśnicy żyją nieco innym trybem, niż ja. Oni żyją na garnuszku rodziców. A ja decyduję o sobie sama. Coś za coś.

Życie

Piątek, 14:00. Kończę lekcje i wybiegam z sali. Biegnę na pociąg, który na dworcu powinien być za 16 minut. Jak się spóźnię, dostanę drugie upomnienie i zwolnią mnie z pracy. Tym razem pracuję w markecie oddalonym od mojej szkoły o 35 km. W weekendy przyuczam się do pracy kasjera. Zmiana w markecie zaczyna się punkt 15:00 i  muszę być na odprawie. Pracuję tam już trzy miesiące, ale wciąż noszę plakietkę z napisem „Uczę się”. Mogłabym jej nie zdejmować. Od poniedziałku do piątku uczę się też w trzeciej klasie technikum na profilu technik organizacji reklamy. Nocami odrabiam lekcje, uczę się do klasówek. Często zasypiam. Niewiele znam osiemnastolatek żyjących w takim tempie jak ja. W zasadzie żadnej.

Dom

Właśnie się z niego wyprowadziłam. Niespełna cztery miesiące po uzyskaniu pełnoletniości. Dojazdy do szkoły, mimo, że trwały stosunkowo niedługo mocno uszczuplały zasób mojego czasu wolnego, snu, życia towarzyskiego. Małe miejscowości mają to do siebie, że nic się
w nich nie dzieje. „Pekaesy” kursują rzadko, a młodzież włóczy się po ulicach lub siedzi
w Internecie. Nuda.

Z rodzicami też ciężko znaleźć wspólny język. Inne potrzeby, inne oczekiwania. Presja na oceny, czerwone paski, brak entuzjazmu z powodu osiągnięć. Podcinanie skrzydeł, ciągłe porównywanie do innych. Nikt nie chce słuchać takich rzeczy.

Do wynajętego mieszkania wprowadzam się z chłopakiem. Mamy dwa pokoje, własne meble i od miesiąca tkwimy w remoncie. Wszystko robimy sami, oboje pracujemy, ja jeszcze się uczę. Nie ma kiedy, padamy ze zmęczenia.

Szkoła

Technikum to nie przelewki. Matura to nie przelewki. I życie to nie przelewki. Ciągle wpajane nam słowa przypominają o tym, że przed nami egzamin maturalny, egzaminy praktyczne, że musimy się życiowo określić, zdecydować, co chcemy robić w życiu, gdzie chcemy studiować, kim chcemy być. Nie wiemy. Ja też nie wiem. Trudno myśleć o przyszłości, gdy dostało się banię z gegry, matma kuleje, a ja nie mam kiedy przeczytać biblii dziennikarstwa, którą pożyczyłam od polonistki. Nie interesuje mnie 70% wpajanych mi treści. Nie czuję się ignorantką, oceny mam dobre, po prostu nie potrafię znaleźć praktycznego zastosowania większości wiedzy stanowiącej podstawę programową. Podobnie jak moi rówieśnicy, nie znam się na podatkach i nie potrafię samodzielnie rozliczyć PIT-u. W tym roku będę to robić pierwszy raz. Zapewne z darmową płytą z „Wyborczej” lub innej gazety.

 W szkole idzie raz lepiej, raz gorzej. Nauczyciele mają swoje sympatie i antypatie, jedni rozumieją, inni nie. Jedni doceniają, inni nie. Siłą rzeczą sympatyzuję z tymi, którzy we mnie wierzą, dodają otuchy, motywują, wspierają w obliczu porażek. Trudno o dystans emocjonalny, gdy tkwi się w tym wszystkim razem.

Konkursy

Nie wiem, ile z nich wygrałam. Zaliczyłam kilka podium, tytułów mistrza, jakieś wyróżnienia. To jak skok na bungee, chwila adrenaliny i chcesz więcej. Nie wiem, kiedy to się zaczęło. Jakaś ambicja i entuzjazm tkwiły we mnie zawsze. Trzeba tylko trafić na kogoś, kto je ze mnie wydobędzie. Wsparcie ze strony polonistki, jej prywatne poświęcenie, kontakt. Nieocenione. Ale i nerwy, i presja. Bo każdy się kiedyś wypala, a ona nie pozwala odpuścić. Jeszcze to, jeszcze tamto. A ja lubię i pisać, i recytować, czasem zrobić prezentację. „Zaplusować” to tu, to tam. Żebym mogła kiedyś powiedzieć, że „z wielu pieców się jadło chleb”.

Pierwsze zwycięstwo ogólnopolskie. Euforia. To był totalny haj. Piszczałam do słuchawki wiedząc, że w ogóle zapraszają mnie na rozdanie nagród, że jestem w gronie finalistów. Pierwsze miejsce było daleko poza zasięgiem moich marzeń. Nie pamiętam, jak odbierałam nagrodę, co mówiłam, kto mi ją wręczał. Totalny odlot. W niedługim czasie kolejny sukces, na miarę pierwszego. Wow.

I nagle nie chcesz już robić tego, co dotychczas, tylko szukasz tematów, ludzi, inspiracji, czytasz
i bierzesz udział w jednej rywalizacji za drugą. Porażki budzą srogi zawód. Każdy konkurs to wiele pracy, nauki, konsultacji. To poświęcenie jakiejś klasówki, „położenie” jakiegoś tematu, bo przecież nie da się łączyć wszystkiego naraz. Nikt nie jest w stanie żyć z minutnikiem w ręku, budzić się we właściwej fazie snu i funkcjonować na najwyższych obrotach. Z czegoś czasem muszę zrezygnować.

Emocje

Totalna huśtawka. Dużo złości, dużo zmęczenia, bo presja. Bo rosnące oczekiwania względem siebie
i samoocena budowana na dobrze wykonanych zadaniach. Porażki, to długa droga w dół, ale na krótko, bo gonią terminy. Trzeba właściwie ustalać priorytety, nie zawsze jeszcze potrafię.

Rówieśnicy

Rzadko rozumieją. Niewielu jest takich, jak ja, to nie kwestia wyjątkowości, a warunków. Nie wszyscy muszą pracować. Nie każdy ma ambicję, by się uczyć. Pomysł na siebie. Potrzebę rywalizacji. I nie wiem co jeszcze. Większość skupia się na imprezach, życiu w sieci, „ajfonie”, snapach i Instagramie. Dziewczyny chcą wyglądać. Chłopaki – sama nie wiem, na tym etapie chyba po prostu potrzebują luzu i wszystko robią dla „beki” lub „funu”. Ja żyję poważnie. Staro. Dorośle. Czasem mnie to uwiera

Ja

Czuję, że warto. Właśnie zakwalifikowałam się do olimpiady – niedbale pisanym w nocy tekstem. Nawet nie pamiętam o czym. Publikuję w lokalnej gazecie oraz dwutygodniku ogólnopolskim. Dostaję pierwsze pieniądze za swoją dziennikarską pracę. Za zdobyte stypendia urządzam wynajęte mieszkanie. Po godzinach. Babcia zawsze mówiła, że cierpliwością i pracą ludzie się bogacą.

Nie narzekam. Nie mam na co. Mam solidny bagaż doświadczeń, którego koledzy i koleżanki mogą mi zazdrościć. Marketowe anegdoty, opowieści o namolnych czy podpitych klientach, amory pryszczatych blondynów. Co za różnica, gdzie ich spotykam. Praca, szkoła, łączenie ról. Wcześniej czy później czeka to każdego.

Owszem, bywa ciężko. Mówią, że co nas nie zabije, to nas wzmocni, choć psycholog  Jacek Walkiewicz mówi, że to nieprawda. „Co nie zabije to, nie zabije( …). Potrafi sponiewierać
i zostać na całe życie.” Może tak być. Może kiedyś poczuję, że coś straciłam. Że coś ważnego mnie ominęło i ten żal zostanie na całe życie. Ale niektóre rzeczy wcale nie muszą być kwestią naszego wyboru.

P.S.

Od polonistki:

Wiktoria właśnie napisała mi smsa: „Nie ma mnie w szkole. Jak coś poprawki naniosę
w domu. Nie mogę się ruszyć. Chyba mnie zawiało. Za trzy godziny przychodzi do mnie rehabilitant, by mnie rozmasować. Wczoraj wróciłam z pracy o północy. Poszłam spać o trzeciej. Jestem nieżywa. Nie mam już siły”.

Często mi tak pisze, ale zawsze znajduje siłę, energię, by wziąć udział w konkursie, złożyć gazetę,  napisać projekt, by działać w Samorządzie Uczniowskim i zarażać - mimo wszystko - swoim optymizmem.

Agnieszka Winiarska - Humanitarny odruch w sercu każdy przecież ma

Bóg dał nam kawał sznura. Jedni pną się na nim ku górze, a drudzy się na nim wieszają. Wolność. Bóg dał nam wolność.

Przedstawię wam Radka. Radek ma 19 lat.  Jest jedynakiem. Radek trenował boks.  Już nie trenuje.

                                                                        Trening I

-Kurwa! Na tej klatce schodowej zawsze jest tak zimno.

-Racja.

-  A ta wycieraczka znowu ujebana błotem. Radek nie przebiera w słowach. Nauczył się tego od ojca. Weszliśmy do środka. Ciepło. W domach zawsze czuć ciepło. Usiedliśmy. Jego mama zapytała, czy zrobić nam herbatę. To taka miła kobieta.

-Wtedy ta wycieraczka była tak samo ujebana. Wtedy...

- Aga ile słodzisz? - Jedną proszę Panią.

 - Wróciłem ze szkoły. Dom do sprzątania, z kranu znowu ciekło. Tata był przecież w domu. Naprawił, na pewno. Taty nie było. Kran jaki był, taki został. Poszedłem po żmijkę - musiałem przecież odetkać ten kran. Tata prowadził dość dużą korporację. Zawsze miał wszystko uporządkowane. Zawsze. Zabrałem się za robotę. Poza odpadkami po śniadaniu z rury, wypadło kilka zmiętych i przemokniętych papierów. Z obrzydzeniem odwinąłem kartki.

-Kurwa! Rozlałam herbatę.

                                                                           Trening II

 

Nie zdążyłam nawet wypić.

- Nie przejmuj się kochanie zrobię Ci nową. Naprawdę kochana kobieta. Radek masz cudowną mamę. - Wiem-  Co to były za faktury? Radek?

Radek patrzył w jeden punkt na suficie.

- To tam. Na tym haku, na moim pasku. Sam mi go kupił.

-Były to nie zapłacone faktury. Nie znam tego bełkotu dla mózgowców, ale wypatrzyłem coś. Coś, przez co te faktury znalazły się właśnie tam. W zlewie. Mój tata się zadłużył. Zadłużył na ponad 900 tys. Coś mi wtedy jebło w uszach. Zignorowałem. Zacząłem szukać planu B. Chciałem pomóc, musiałem. Kredyt. Tata mógł spłacać cyklicznie. Komornik też człowiek, musi się zgodzić. Humanitarny odruch w sercu każdy przecież ma…

- Potaknęłam. Wzięłam łyk herbaty.

- Coś liczyłem, rachunkowałem. Potrzebny mi był kalkulator. Był w pokoju. Ale w pokoju było coś jeszcze. "Było", bo to nie był już mój ojciec. Brudny menel, z rozpiętą koszulą. Jebało od niego wódą na kilometr. A i coś jeszcze…  Wisiał na haku z moim paskiem na szyi. Tym samym, na którym wisiał mój worek treningowy. Burdel w mojej głowie.

                                                                            Nokaut

Tak, moja mama to cudowna kobieta. Poradziła sobie ze wszystkim. Poradziła sobie z długami, poradziła sobie po stracie męża. Poradziła sobie ze mną. Nie miała lekko. Zachowywałem się, jak rozwydrzony bachor. Zarzygane żółcią szmaty, tępe próby żyletki.

- Powietrze, jakby jakieś takie cięższe. - Życie zrobiło jej jakieś jebane moralne salto. Powoli przyzwyczajam się do tej nieobecności. Odpoczywam.

Przestałem trenować. Na haku, gdzie wisiał, wisiał mój worek. Z każdym pierdolonym uderzeniem, go widziałem. Widziałem, jak się kołyszę. Widziałem, jak wisi, jak knot z świecy, która się już wypaliła. Która się wypaliła i spaliła pół domu. Mama wzięła kredyt. Ciągnie dwa etaty. Sam sobie przyłożyłem w twarz. Zrozumiałem. Zrozumiałem, że powinienem być dla niej opoką, a nie stwarzać więcej problemów. Konwekcje horrorów i kryminałów - nawet takich gdzie były tylko zwłoki i ani kropli krwi, tak lubianych przez nią - okazały się tak cholernie realistyczne.

Za tydzień mija druga rocznica. Już nie brakuje mi powietrza. Mama kupiła piękny wieniec. Piękny. Czasem myślę, że dla takich ludzi nie ma zbawienia. Tata nas zostawił. Nie wiem, jak Bóg... zresztą. Nie ma Boga. Są tylko krzyże przy drogach, krzyże na ścianach i krzyż, który musi dźwigać moja mama. Gdzie jest mój Bóg…

No tak, mama. Mama miała przejebane, co tu kryć. Jej dzień zaczynał się od kawy i na niej kończył. O ile można mówić o jakimś 'zakończeniu" dnia, co było jedynie umownym pojęciem. Bo tak. Połamane paznokcie, połamane włosy, złamane życie i załamana ona.

Tęsknie, chociaż to takie nie męskie. Nie za nim- tęsknie za nią. Za moją uśmiechniętą, pełną życia mamą. Często się uśmiechała, była naszą różyczką, którą on zerwał wraz ze swym odejściem. Ona więdnie.

Przez tyle lat żyła z szaleńcem, ale skąd ona mogła to wiedzieć? Jego obłęd nie pojawił się od tak. Był niczym podziemne morze.  Nad nim zlegała warstwa skał, na niej warstwa ziemi, rosły kwiaty. Można było iść między nimi nigdy nawet nie pomyśleć, że pod spodem jest kipiel szaleństwa... a była. Zawsze była. 

Dobieg.

 Dokończyłam herbatę. Pożegnałam się z Radkiem, podziękowałam. Wyszłam.

- Kurwa, zimno na tej klatce schodowej.

Marzyła mi się podróż, potem włączyłam GPS. W końcu tak naprawdę nie wybierałam się w żadną podróż, wracałam po prostu do domu. A tę drogę sama potrafiłam odnaleźć. 

Wiktoria Krzywonos - Podpalając ocean

Przepis na zupę jest banalny!  Potrzebny jest słoik, zupka chińska i parę minut. Wystarczy rozerwać opakowanie, wsypać zawartość i zalać wrzątkiem z pobliskiego baru. Opcjonalnie,  jak są kabanosy, połamać w rękach i wrzucić do tego słoika. I to jest jedyny ciepły posiłek w ciągu dnia. Głód to jedzenie na mrozie zupek chińskich w słoikach.

Pierwszy był rosół, taki z soczewicą. Na Krakowskie Planty, wyjechał z redakcji.
Błażej i Piotrek chcieli, żeby trochę mniej ludzi czuło ten głód, to się w Tygodniku Powszechnym w kilka osób zebrali i dość dobrą zupę dla bezdomnych ugotowali. Trochę się zmieniło i teraz już nie kilka osób, a tłum wolontariuszy stoi przy garach na ulicy Celnej 5. Litry zupy. Wiele litrów zupy gotuje się przy długim i szerokim, drewnianym stole. Bo wspólny stół, wspólne jedzenie scala. ŻyWa Pracownia to pewna mozaika rzeczy twórczych. Układa się ona z rzemiosła, plecionkarstwa, ceramiki, działań i warsztatów kulturalnych, przyrodniczych, ekologicznych. No, a teraz do tej wyliczanki jeszcze sztuka zrobienia zupy dochodzi. I to nie byle jakiej, bo bogatej, takiej niedzielnej! Kasia tak raz wpadła w którąś z tych niedziel, żeby przynieść szczaw. Tam, u jej mamy w ogrodzie sporo tego wyrosło. Jak przyniosła to i pogotowała i wpadła drugi, trzeci i kolejny. Kiedyś przy zupie zdarzył się temat o wspólnotach, bo większość wolontariuszy gdzieś należy. A, że padło pytanie i do niej, to musiała powiedzieć, to nie było wyjścia się nie przyznać do ateizmu. Taka pełnia napięcia, że już pogadane i, że podziękują, że tu tylko chrześcijanie, że tylko oni mogą być w Zupie na Plantach. Tylko to, że Kasia nie wierzy jakoś nie było problemem, bo tam nie ma dzielenia się na wierzących w Boga czy w paprotkę, na tych co bez domu lub z nim, na tych co im brud spod paznokci wyłazi, czy na tych co przywilej ciepłej wody mają.
Tam za to jest dzielenie się sobą, bo gotować może przyjść każdy i przyjść zjeść też. Jeszcze jedno, ale w kwestii odczuwania. Jak się wchodzi do tego miejsca to oczy odurzają barwy i tekstury, nos pochłania zapach, a słuch wariuje od śmiechów. 

WIGILIA

21 grudnia 2016 roku ŻyWa ma trzech obserwatorów. Kilkumiesięczny Kazimierz na gotujący się barszcz patrzy z kołyski –  szerokiej, wiszącej i wiklinowej. Nie płacze. Nie śmieje się. Trzyletni Staś, od czasu do czasu, przerywając bajkę kontroluje, co robi mama Magda i tata Adam. Jest jeszcze Lucyfer. Czarny jak smoła kot, patrzy i krąży po ŻyWej. Oni wiedzą, jaki dzień jest dzisiaj. Dzień bycia ze sobą i dla siebie. Dzień świątecznego wspólnego jedzenia. Zatem prócz gorącej zupy, będzie jeszcze bigos, ciastka, herbata; a kanapki i mandarynki do kieszeni, na później. Dla domnych i bezdomnych. Dla wszystkich. Tak w ten wieczór się dzieje, że wszyscy ze zmarzniętymi nosami, przebywamy ze sobą, na kręgu koło Teatru Słowackiego. Rozmawiamy, jemy, bierzemy dokładki, kolędujemy. Co niektórzy, do utraty krwi, bo ziąb i struny  poprzecinały palce. To nic, że z pudła rezonansowego gitary, na śnieg, spadają czerwone krople – to nie jest powód do przerywania gry.Do tego wszystkiego, dzielimy się opłatkiem, albo i nie, bo na przykład Staszek tego nie praktykuje, ale i tak ściskając kubek z gorącą herbatą, życzy wszystkim wszystkiego. Z kolei Ania z tradycji nie rezygnuje i mówi, że ta choinka, która stoi między bigosem, a rowerami, na których Błażej i Adam przywieźli ten bigos i zupę, jest śliczna i, że ją zabiera na wigilię, tam w pustostanach. Tak mimochodem pyta o papierosa. Odgarnia włosy ręką w podartej rękawiczce i się zaciąga. Włosy, papieros, włosy, papieros, włosy, papieros. Zajebiste jest to, co ludzie z Zupy dla nas robią. Tak za przeproszeniem - kurwa, to piękne, że ktoś o nas dba, myśli o nas, no, że cholera jasna, jest.Dopalmy, a w naszą stronę żywiołowo zmierza trzech mężczyzn, znają Anię.

–  A Ty wiesz, że Legion nie żyje?
– Co wy pierdolicie? Jak to kurwa nie żyje?
No, nie żyje cholera no!
Nie, chłopaki wy mnie wkręcacie, kurwa to nie jest śmieszne. Dwa dni temu to ja do cholery z Legionem  gadałam!
Wczoraj go znaleźli Anka rozumiesz! Nie żyje, też kurwa się przed chwilą dowiedziałem.
- Ja pierdolę, kurwa Legion! Taki młody, taki kurwa młody…

Legion miał ponad dwadzieścia lat. Chorował na coś, chyba na serce, do końca to nikt nie wie. Wigilię w tym roku mieli spędzić razem.

URODZINY ZUPY NA PLANTACH

A teraz, to już mija rok, więc była pomidorowa i tort. I była kolejka, spora kolejka. Tylko, że pewien Pan w kolejce stać nie mógł, bo ogólnie to jemu  trudno stać z tymi kulami. To Pan usiadł obok nas, blisko termosu z zupą no i jadł i mówił też trochę. Barwę głosu miał niską, chrypliwą. Wie Panienka wszystko, co dobre, to już było i już nie będzie, moja droga.Pauza. A, że źle jest, to też źle będzie i trzeba tak się tułać.Pauza. Bo na co komu moja miła Pani ja tutaj potrzebny. A ja już sobie bym stąd poszedł, bo jak mi tak wszyscy już poszli, tam do Tego na Górze, to ja też już by tam chciał.Pauza i trach – uśmiech pod wąsem. Tam przynajmniej, moja miła Pani, miałbym ciepło, tam chyba byłoby dobrze. Podziękował, spytał czy jutro też może tu przyjść, bo miło się jadło, miło się rozmawiało. Wstał pomału i niezdarnie, ale samodzielnie, powłóczył nogami przed siebie. A zupa się rozlewała aż do rozdania osiemdziesięciu litrów i to nie tylko do ekologicznych otrębowych misek. Było też tak, że do małego wiaderka, tak troszkę proszono, bo to dla Marty. Ona chora jest i nie da rady wpaść. Na to Kasia, która operowała ciężką, metalową chochlą nalała do tego małego wiaderka po brzegi. A zanim zaczęło się to tworzenie relacji człowieka z człowiekiem i zanim sto lat wybrzmiało, to Weronika w granatowej czapce, a miała ją nie dlatego, że taka pora i że siłą natury zimno jest, tylko ona nie ma włosów i mówiła, że jej tak wstyd z taką łysą pałą wśród ludzi chodzić. No i było tak, że Ona biegała z długopisem i z kartką i zbierała podpisy pod taką o to treścią na niej:

Więc tak:

  1. Zupa jest pyszna aż do przesady
  2. Ciuchy wręcz czasem jak na paradę
  3. Poimy się kawą czytając odrobinę
  4. A na ból? Pani Marysia z Drużyną!

A, że to wszystko jest nic

Bo kto by uwierzył

że taką PRZYJAŹŃ można znaleźć w talerzu?!

Późnym wieczorem, jak już wolontariusze w ŻyWej siedzieli, to ten list Piotrek przeczytał. I koniec końców, podpisów Weronika ponad stronę zebrała. To byłnajlepszy z możliwych urodzinowych prezentów.

SŁODKO GORZKI DOM

Tak z formalności, tak przynajmniej z imion. W domu dla bezdomnych jest Lodzia, Ula, Basia, Grażyna, Ida, Iwona, Marzena, Waldek, Zbyszek, Piotrek, Jurek i Błażej. Ten ostatni, mimo że najmłodszy z całego towarzystwa, trzęsie się nad rachunkami i żeby na talerzu coś było. Jest też Bolek i Lolek. Jak jeszcze te dwa czworonogi do kolan nie sięgały, to siostra Małgorzata Chmielewska tu je ulokowała i chyba dobre miejsce im znalazła. Temu miejscu bardzo do twarzy z odrobiną nadpobudliwości. 

A swoją drogą to zanim ten Dom Św. Dyzmy – Dobrego Łotra w Medyni Głowskiej trafił pod serce siostry Chmielewskiej i zanim znaleźli się w nim ludzie, co znokautowani przez życie są i z ulicy polskiej lub włoskiej, tu trafili, to on należał do Pani Janiny. Właściwie, to do Babci Janiny, która ten dom, tak po prostu, tak zwyczajnie oddała. A trzeba wiedzieć, że sama mieszka w domu zniszczonym z przeciekającym dachem.  W niego wżarła się starość, jak w Babcię Janinę dobroć. Jak ktoś tak bezinteresownie dba, żeby mieszkańcy Domu Wspólnoty mieli świeży chleb na śniadanie i codziennie rano zawiesza go na furtce, albo na tym swoim rowerze pedałuje do okolicznych sklepów, z działu mięsnego zbiera końcówki z szynek i karmi nimi uliczne zwierzaki, to więcej dowodów na wielkość tej Pani nie trzeba. Babcię Janinę w Medyni znają wszyscy, od Pana Staśka w sklepie, który ma za sobą w tym miejscu wiele Jesieni, po Błażeja, dla którego ta tutejsza Jesień jest pierwszą. On przyjechał tu niedawno, bo w październiku. Ten miesiąc to ma do siebie to, że noc szybciej wpycha się w dzień, ale Krakowska noc, wśród której zasypiał do tej pory, to jest raczej rozświetlona, jest miejska. Tutaj musi się przyzwyczaić do mroku oblepiającego noc. Uczy się w nim zasypiać. Ten chłopak mówi, że uczy się tu pokory. Uczy się też tych ludzi. Marzenki, której organizm i szare komórki chlanie zniszczyło, bo przez większość życia z procentami się nie rozstawała. Idy, która dzień w dzień bita i gwałcona była, przez ojca. Później partner też bił i gwałcił, też dzień w dzień. Lodzi, która straciła dziecko, a teraz wstaje o dziesiątej i cały dzień tylko pali papierosy, siedzi albo śpi. Uli, co tu gotuje. Ona kiedyś gotowała u siebie, zanim jej dom i wszystkie dokumenty pochłonął pożar. Piotrka, który wpadł w taki ciąg, że sam pozbawił się praw rodzicielskich do córki. On uczy się Ich, a Oni Jego. A z Piotrkiem to jest jeszcze tak, że jego życie i życie Błażeja, to ma pewne podobieństwa. Dobry start, w dobrym domu. Nieznaczna różnica wieku, jakieś trzy miesiące. A po liceum – seminarium, przez dwa lata. Jeden i Drugi zrezygnował. Nie, nie byli razem w jednym seminarium, ta decyzja nie była wspólna. Była równoległa w czasie, nie w miejscu. A to wszystko, ta cała zbieżność, jedną zasadniczą sprawę pokazuje. Bo jeśli chodzi o dom, albo o jego brak, to pomiędzy nimi nie stoi gruby mur, tylko bardzo cienka ściana, bardzo krucha. Nie wiadomo, która z decyzji może ją zburzyć.

Jednak zanim Błażej, sobie i siostrze Chmielewskiej powiedział impulsywne tak, że się zgadza, że przyjedzie, to w ŻyWej było pożegnanie. Teraz u Błażeja w pokoju jest powieszona makatka, którą od osób z Zupy na Plantach, na tym pożegnaniu dostał. I tam dziewczyny hasła wyszyły. Z tym ‘Kochaj i Twórz’ przyjechał i chciał, tak bardzo chciał, żeby tu ta miłość i sztuka były. Tutaj jednak szczytem możliwości jest, kiedy Lodzia wstanie raz w miesiącu trochę szybciej niż przed południem i zrobi dla wszystkich śniadanie. Zdumiewające było to, kiedy dziewczyny odmroziły i umyły zamrażarkę. Marzeniem jest, żeby tak ktoś sięgnął z półki w salonie po książkę. Przed Błażejem książki na półkach nie stały, a jak się postarał, żeby stały, to powszechna dezaprobata zapanowała, bo kto ten kurz będzie wycierał.  Pojawił się pomysł, żeby może tak do Domu Kultury pójść i czapki dla bezdomnych uszyć, bo Zupa na Plantach taką akcję robienia czapek organizuje. Dwie osoby poszły. A to, czy Błażej żebrze po kościołach w całej Polsce, czy coś po taniości do jedzenia załatwi, że On chce dla nich po prostu być, to oni raczej w poważaniu mają. Ale bywa też i dobrze. W poniedziałki to zbierają się przy stole i kanapki robią, nie dla siebie, a dla bezdomnych, co na Plac w Rzeszowie przychodzą; podobnie jak w Krakowie, żeby ciepłą zupę zjeść. Ostatnio, Marzenka była w szpitalu. Wtedy jak Błażej przyszedł ją odwiedzić, to Ona tym faktem, że ktoś jeszcze o nią dba, że myśli o niej, że jednak całkiem sama nie jest, niesamowicie zaskoczona była. Rozemocjonowana do granic. A Jurkowi, jak zostały deski po remoncie kuchni, w którym pomagał Zupie na Placu, to stwierdził, że karmnik dla ptaków zrobią. I Błażej, jak oni ten karmnik zbudowali, to powiedział: Jedna deska inna, druga inna, krzywe belki, przybity do pieńka. Jest brzydki na poziomie estetycznym, ale jest piękny, bo jest z resztek, bo jest utworzony z tego, co zostało, bo jest taki jak my, taki jak nasz dom. Ten dom jest czasem krzywy, czasem nieładny, czasem coś mu brakuje, ale ten dom jest nasz.

Basia ma piękne oczy, z takimi uroczymi zmarszczkami dookoła. Jak się na Basię patrzy, to przede wszystkim widzi się właśnie te niebieskie oczy, później uwaga wędruje na czerwoną chustkę i Jej drobność. Siedzi na czarnej sofie, obok niej jest miejsce, pytam czy mogę. Uśmiecha się i przytakuje. Ogólnie, to Basia się często uśmiecha. A jak Błażej chodzi po domu boso, to Basia każe mu łoblyc fuzekle(założyć skarpetki), żeby się nie przeziębił.
Bo wiesz, bo ja to ogólnie ze Śląska jestem!Mówi z dumą. Prócz nas w salonie jest jeszcze Piotrek i Marzenka, a w przedsionku, do którego jest dwa kroki, na swoim stałym miejscu, z widokiem na ekran telewizora, siedzi Lodzia i pali papierosy. Kaszle, cholera jak ona bardzo kaszle. Wracając z kościoła, do domu przyszła pewna Pani z Medyni Łańcuckiej, bo nie ma czym w piecu palić, a wiadomo listopad jest, a grudzień będzie. Ten niespodziewany gość coś się Basi nie podoba. Potrząsa głową, wzdycha, nerwowo spogląda w stronę jadalni, tam toczy się rozmowa Błażeja z tą PaniąBasia wyszeptuje z zaciśniętymi zębami, nie chcąc zagłuszać prowadzącego Teleexpressu. Ona coś kręci, ja to widzę, że kręci, no na pewno kręci. Ech, po co ona tu przychodzi?Tu jest spokój, no na co jej tutaj… Bo to jest tak, że Basia sobie bardzo ceni spokój, chyba miała zbyt wiele niepewności do tej pory. A żyła z takim deficytem stabilności przez cztery lata. Według Basi, cztery lata bez dachu nad głową to niewiele. Ale ja to nie życzę takiej sytuacji nawet największemu wrogowi, ludzie nie zdają sobie sprawy, co to znaczy domu nie mieć.A sytuacja miała się tak, że Basia razem ze swoim przyjacielem (który już tym przyjacielem nie jest) spała w starym spichlerzu. Poduszkę pod głowę i dmuchany materac dostali od siostry zakonnej z Krakowa. Tylko, że ten materac to do końca materacem nie był, bo ludzką mocą nie można było go nadmuchać, więc spali na zimnym, uwierającym, zasikanym, zakurzonym kamieniu. Do siostry, też przychodzili czasami coś zjeść, zazwyczaj trochę ciepłej zupy i kawałek chleba i to by było tyle na dzień, bo spichlerz, gdzie trochę śmierdziało stęchlizną, ale przynajmniej nie wiało, miał znaczną wadę. Nadmierne wychodzenie stamtąd nie wchodziło w grę. Niedaleko mieszkali ludzie, a ludziom przeszkadza. Basi mówi, że byli cicho, że nie zaczepiała, bo i po co.Jak mam to dobrze, jak nie mam – to drugie dobrze.Tylko, że ten przyjaciel wychodził za często, a ludzie widzą i odstępstwa od zasad ich uwierają, jak kamyk w bucie z siłą wrzodu na dupie. Zgłosili na policję. Przyjechała, zgarnęła Basię. Tak Basia znalazła się w Domu Wspólnoty Chleb Życia w Jankowicach, a teraz jest tu, w Medyni Głogowskiej. Tu jest dobrze, tu jest spokój. Jest Dom. W tym domu to wieczorami, wszyscy razem się modlą w kaplicy. Niewielkiej, z białymi ścianami i czarnymi krzesłami. Na końcu, po modlitwie wiernych wszyscy wychodzą. Basia się ociąga przy opuszczaniu kaplicy. Podchodzi do Błażeja i z czułością wyciąga ręce. Przytula go i mówi – Módlmy się za Ciebie, Błażej…Ona jest pewna, że ten chłopak tu z nimi zostanie, że jak nie na zawsze, to na długo, ale, że zostanie. On jest pewny tylko tego, że nadal chce podpalać ocean.

 

[1]  Błażej Strzelczyk – dziennikarz „Tygodnika Powszechnego” działu Wiara i redaktor wydania internetowego „Tygodnika Powszechnego”. Publicysta, autor licznych wywiadów oraz bloga „#FollowJezus”. Współautor książek: Sposób na (cholernie) szczęśliwe życieoraz Odłóż tę książkę i zrób coś dobrego.

[2]  Piotr Żyłka – redaktor naczelny portalu Deon.pl. Chrześcijański dziennikarz, publicysta i grafik komputerowy. Współautor książek: Sposób na (cholernie) szczęśliwe życie, Odłóż tę książkę i zrób cos dobrego, Życie na pełnej petardzie czyli wiara, polędwica i miłość oraz autor książki Alfabet Franciszka.

Magdalena Skawina - Nie umieram

Starsi ludzie cierpią dużo i odchodzą cicho. Nikt nie chce słuchać ich historii. Nikt nie chce oglądać i opatrywać odleżyn. Nikt nie rwie się do zmiany pieluchomajtek. Nikt nie marzy o pilnowaniu, żeby brali właściwe setki tabletek. Starsi przypominają o tym, co czeka każdego. Zmuszają do patrzenia w oczy śmierci.

OPOWIEŚCI

Czasem tylko zdarza się, że ktoś spoza rodziny zauważa. Może nawet jakaś lokalna gazeta napisze, może ksiądz szepnie z ambony o zdrowaśkę za duszę zmarłego.  Tak jak przed kilkunastoma laty u mnie na wsi. Zmarł pan Henryk. Przez dwa tygodnie nikt nie zauważył. Może dlatego, że nie miał żony ani dzieci. Dzisiaj jego dom jest wyremontowany. Ktoś go kupił, ale w nim nie mieszka. Pewnie wie, że w ich salonie kot odcięty od jedzenia i picia zjadł twarz martwego właściciela.„Ale Henryk pijak był straszny. Codziennie w sklepie był, on na wino wszystko wydawał. Nie było mi go szkoda.”

Babcia kończy opowieść. Uśmiecha się i zawiesza smutny wzrok na studni za oknem. Zastanawiam się, czy nie było jej szkoda też dziadka. Zginął potrącony przez samochód zanim się urodziłam. Był z Ukrainy. Też pił. O nim nie opowiada nigdy. Od osiemnastu lat ani razu nie była na jego grobie. Na ścianie nad łóżkiem wciąż jednak ma ich zdjęcie ślubne. Uśmiechają się. Trzymają za ręce.

Zaczyna opowiadać. Wraca do czasów dzieciństwa. O nim nie słyszałam wiele. Tyle tylko, że jej tata walczył na froncie, tam zachorował. Zdążył wrócić i zmarł. Mama umarła na raka. Brat mieszka po sąsiedzku. Nie utrzymują kontaktu. Rozmawiają tylko przez siatkę. „Siedziałyśmy z Marynią tam gdzie transformator jest teraz, wiesz gdzie, tam takie schodki były do szopy. Żydów wtedy wywozili. Pełno ich było na tym samochodzie. Dwóch Niemców ich pilnowało. Jeden Żydek tak krzyczał okropnie, i kiwał się na boki. Miał cukierki w ręce. Niemiec nie wytrzymał, strzelił mu w głowę. I te cukierki mu się wysypały na drogę. Pierwszy raz w życiu wtedy jadłam cukierki.” Skacze kilkanaście lat do przodu. Opowiada o tym, jak pracowała w sklepie. Sprzedawała papierosy na sztuki za jajka. Opowiada o tym, jak przeszła kilkadziesiąt kilometrów po krowę do sąsiedniego województwa. Opowiada o zimie stulecia. Opowiada o wizycie cyganki. To pamięta wyraźnie. „Przyszła taka baba, okręcona była jakimiś chustami. Siadła tu gdzie ty teraz. Kazała dać sobie jajko. Dałam jej takie świeże, a ta go rozbiła w rękach. Z żółtka moje włosy wyciągnęła. Powiedziała że straszna choroba mnie spotka. Ukradła mi czterysta złotych. Ale ja wtedy...”Przerywa jej trzaśnięcie drzwi. Wchodzi tata. Babcia bierze laskę i idzie do swojego pokoju. W końcu mogę wziąć głęboki oddech. W kuchni coraz mniej czuć odparzeniami i moczem.

UKOCHANY SYN

Wujek wchodzi niezauważony. Zdejmuje buty w przedpokoju. Czasem rzuca krótkie cześć. Dni jego wizyt są wyjątkowe. Tylko wtedy babcia myje się i zakłada czyste ubrania. Ma na sobie nawet bieliznę. Śmierdzi jednak bardziej. Perfumy mieszają się nieprzyjemnie z pozostałymi zapachami.

Babcia przez te pięć minut w tygodniu odżywa. Bardzo kocha swojego syna. Jest starszy od mojego taty o dwa lata. Wyprowadził się do sąsiedniej miejscowości. Wyjeżdża z portfelem grubszym o kilkaset złotych. Wszystko co ma, zapisała w testamencie na niego.Kawałek lasu, pole uprawne, dom, w którym mieszkamy.

Nigdy nie dzwoni. Za to babcia codziennie. Nie zawsze odbiera. Rozmowy też są krótkie.  Dzień przed jego imieninami siedzę z nią w salonie.„Janek był zawsze mądrzejszy. Pięć lat miał to już sam pojechał na rynek autobusem. W szkole zawsze wyróżniony był, co roku po list pochwalny szłam. Dziewczynę szybko znalazł. Pracę miał po technikum zaraz. I dom wybudował.” Na pytanie o pierwszą dziewczynę mojego taty nie potrafi odpowiedzieć. Z trudem przypomina sobie jego datę urodzenia.

TO JEST WE MNIE

Do domu wchodzę oknem. Zapomniałam kluczy. Dobijanie się do drzwi i pukanie w okna nic nie dają. Od razu biegnę do jej pokoju. Krzyczę czy wszystko w porządku. Babcia podnosi głowę z łóżka. Nie rozumie o co mi chodzi. Idzie za mną i przygląda mi się kiedy sprzątam rozbitą doniczkę. Cały czas mówi coś półgłosem. „To wszystko ten rak. To jest we mnie. Zjada mi wnętrzności, pcha mi wszystko. Matko Boska, te kości wszystkie chore. Ręce połamane. Wszystkie dzieci chore.” Wracam z nią do pokoju. Z pudełka po butach stojącego na szafie wybieram tabletki i kładę je na stole. Przybywa ich po każdej wizycie w szpitalu. Na liście jej chorób brakuje chyba tylko jednej. Tej, której najbardziej się obawia. Odkąd dwa lata temu upadła przed domem, pogłębiła się jej hipochondria. Złamała wtedy obie ręce. Długo nie wstawała z łóżka. Śmierdziało piekielnie. Na brzuchu i udach miała ropiejące rany. Nie chciały się goić. Niektóre ma do dzisiaj. Często popuszczała po drodze do łazienki. Wciąż to robi. Nie nosi pieluchomajtek, bo uważa to za niegodne.

Młodzi umierają, młodsi ode mnie, mnie pan Bóg nie zabierze z tej ziemi. Muszę żyć na zmartwienie innym. Mama umarli na raka a ja nie mogę. Co ja poradzę że ja nie mogę umrzeć. I to boli i boli, i łazi we mnie, i ja nie umieram. Ja wciąż nie umieram.”

Aleksandra Fiłonowicz - Za co jesteś?

Weronika myje włosy tylko w piątki. Zapytana dlaczego, odpowiada nerwowo - Nie starcza mi szamponu, aby myć je co drugi dzień albo jak niektórzy-codziennie. Wybrałam sobie piątki, bo w soboty zawsze ma przyjechać mama, a chcę dla niej wyglądać ładnie. Chcę, żeby myślała, że u mnie wszystko w porządku. Ostatnio wyszła taka Kaśka, to zostawiła mi nawet odżywkę. Mama mi nigdy nic nie zostawiła. Ale mówiła ostatnio, że niedługo zamieszka z takim Pawłem, jej nowym chłopakiem, to może mi coś przywiozą.

Na przyjazd mamy czeka już trzeci tydzień, ale jej zawsze coś wypada. A to zepsuła się komórka, a to nie miała pieniędzy, a to spóźniła się na pociąg - wylicza - ale staram się ją zrozumieć. Przyjechałam tu na własną prośbę, więc nie mogę oczekiwać, że będzie mnie tak często odwiedzać.

Na co dzień mieszkam w domu dziecka. - Tu jest jednak fajniej, wiesz? Tutaj jest zdecydowanie lepsze jedzenie i łóżka są wygodniejsze. Chociaż czasami, gdy wracam ze szkoły i akurat trafia się ktoś nowy na oddziale, trzeba spać na dostawce albo na ziemi.

Większość dzieci jest tutaj w podobnej sytuacji. W trakcie rozmowy podchodzi do nas ośmioletni Krzyś. Ostatnio zwiększyli mu dawkę chloroprotyksenu. Po brodzie cieknie mu strużka śliny i ma problemy z otworzeniem drzwi od łazienki. Wskazuje na nie rączką, mówi coś niewyraźnie i trzyma się za spodenki. Są z jednego bidula, więc Weronika otwiera mu drzwi i pomaga się załatwić.

Krzyś był pierwszą osobą, którą poznałam na oddziale. Już wtedy był dość niemrawy, ale dużo się uśmiechał i zawsze dzielił się słodyczami z innymi. Rodzice nieznani. Trafił tutaj z domu dziecka, bo był nadpobudliwy i nie potrafił nauczyć się pisać. Nie ma za wielu kolegów. Przez to że zawsze ma mokrą koszulkę od własnej śliny, nikt się nie chce do niego przytulać. A przytulanie tutaj ma ogromną wartość. Kiedy udaje mu się załatwić, przechodzimy z Weroniką do jej sali. Krzyś idzie za nami. Gdy tylko przekracza próg pomieszczenia, słyszymy wiązankę lecącą z ust jednej z dziewczyn: - Krzysiek, ile razy mam Ci k*rwa powtarzać, masz zakaz wchodzenia do tego pokoju! Nie dostaniesz ode mnie żelka ani Cię nie przytulę. Won.

Ta dziewczyna to Sandra, jest świeża. Próbowała skoczyć z okna, po tym, jak po zerwaniu z chłopakiem, matka zwyzywała ją od puszczalskich dziwek. Dziewczyna ma ósemkę rodzeństwa. Nabiera powietrza, aby powiedzieć jeszcze coś, gdy nagle przerywają jej głośne krzyki z korytarza. To dzieciaki z obserwa. Wybiła osiemnasta, więc mogą wyjść na ogólny, do sali z telewizorem, dzisiaj ma lecieć „Zielona Mila”.

Do naszego pokoju wpada Tymek - rudy, przy kości chłopak w moim wieku. - Dziewczyny, chodźcie, zaraz się zacznie. Wziąłem trochę kocy i poduszek, zmieścimy się wszyscy. – mówi, ściskając stare, gdzieniegdzie poplamione, szpitalne narzuty.

Rzadko udaje mi się trafić na niego w tak dobrym humorze. Gdy przez pierwszych parę dni leżałam na obserwie, jedyne co można było usłyszeć wieczorami, to rozmowy o śmierci między nim, a którąś z dyżurujących pielęgniarek. Trafił tutaj, bo wysłał go ukochany psychiatra. Ma do niego o to ogromny żal. W swoim rodzinnym mieście zostawił dwie siostry, 8 i 10 lat, z ojcem pijakiem. Wielokrotnie, gdy rozmawialiśmy, wspominał, jak bardzo się o nie martwi. Przez alkoholizm taty, któregoś październikowego wieczoru musieli uciekać z domu. Przez trzy dni błąkali się po mieście. W trakcie ucieczki był tak zajęty wzięciem odpowiednich butów i kurtek dla sióstr, że sam chodził tylko w klapkach. Jedyne pieniądze, jakie mieli, to te, które od ubiegłorocznej gwiazdki odkładał na nową grę komputerową. Na obserwie nie może dzwonić do rodziny, a żeby mógł trafić na ogólny, jego stan musi się poprawić, na co się w najbliższym czasie nie zapowiada. Tymek bardzo lubi pisać. Jego jedynymi narzędziami na oddziale mogą być ołówek i chusteczki higieniczne, bo książki są zabronione. To właśnie od niego, z okazji Dnia Kobiet, dostaję najpiękniejszy prezent, jaki było mi dane otrzymać w życiu. Na trzech chusteczkach narysował trzy serduszka różnej wielkości. Gdy odpowiednio złożone podstawiało się je pod światło, można było zauważyć moje imię oraz mały rysunek przedstawiający mnie i jego stojących w jednym z serc.

Idąc w stronę świetlicy, mijam swoją własną salę i widzę Zosię leżącą na swoim łóżku plecami do drzwi. Rozmawia z Kamilem, jej nowym chłopakiem, poznali się tutaj. On gładzi ją po włosach, ten gest zawsze działa na nią uspokajająco, gdy czuje się gorzej. Trafiła tutaj „z diagnozy” swojej psycholożki-depresja młodzieńcza. Mimo że to chyba najpopularniejsze schorzenie tutaj, pielęgniarki wyjątkowo surowo ją traktują. Od dwóch tygodni musi chodzić na obiad na obserwa, bo ktoś puścił fałszywą plotkę, że ma anoreksję. Dodatkowo, trafiła się jej najgorsza możliwa pani psychiatra. Burak, bo tak na nią mówimy, po paru dniach pobytu Zosi tutaj, wzięła ją na rozmowę i stwierdziła otwarcie, że dziewczyna może się pożegnać z wizją ukończenia pierwszej klasy liceum w tym roku, że szkołę powtórzy, a zdrowia nie. Zwiększyła też jej dawkę leków. Dziewczyna miała łzy w oczach, gdy mi o tym opowiadała.

- Przecież miałam tyle planów! Od zawsze chciałam zostać neurologiem, całe gimnazjum przygotowywałam się do egzaminów gimnazjalnych, aby móc dostać się do mojego wymarzonego liceum. I to wszystko na nic. - pociąga nosem - Wiesz Ola, bo tak właśnie to wszystko tutaj wygląda. Przyjeżdżasz, po miesiącach męczenia się z samą sobą, w nocy płakania tak długo aż zaśniesz ze zmęczenia, masz ogromne nadzieje, że wyjdziesz odmieniona, że coś się w tobie przestawi, że spojrzysz na świat inaczej. Przez pierwszych parę dni nawet zaczynasz dostrzegać dobre strony wielu rzeczy, ale jak masz się poczuć lepiej, skoro nie mamy nawet zapewnionych spotkań z psychologiem? Ciągle tylko podają nam leki i pilnują, żeby zupka mleczna była zjedzona na śniadaniu. To ona ma mnie wyleczyć? Może gdybym chodziła do szkoły, wiedziałabym o jej magicznych, nieznanych mi dotąd właściwościach. Boże, co ja tu robię? - zadaje sobie to pytanie i zanosi się szlochem.

Wstaję i idę do łazienki. Muszę ochłonąć. Patrzę w lustro, na swoje potargane włosy, pogniecioną piżamkę i zadaję sobie to samo pytanie. Trafiłam tu, bo jestem po próbie samobójczej. Nie mam pojęcia, kiedy wyjdę. Ordynatorka ostatnio rzuciła mi, ze leczenie może potrwać do 10 tygodni. Nie rozumiem, jak mam zostać wyleczona, skoro od mojego przyjazdu nie miałam ani jednej rozmowy z psychologiem. Jedną z psychiatrą, na przyjęciu. I  tyle. Leczenie może potrwać do 10 tygodni.Powtarzam sobie to stwierdzenie w głowie i zaczynam czuć, jakby każde poszczególne słowo miało mi wywiercać dziurę w sercu. Co zrobię po powrocie? Z rodzicami widzę się raz na parę dni, ale gdy wyjdę, to nie będzie to samo. A znajomi? Przecież wszyscy o mnie zapomną, nie będę miała nawet do kogo się zwrócić, jeżeli będę się znowu czuła gorzej. O szkole nawet nie chcę myśleć. Już widzę oczyma wyobraźni, jak mama zabiera wszystkie papiery z mojego ukochanego liceum, a ja siedzę tutaj. I gdzie pójdę? Nie skończę szkoły? Takich pytań zadaję sobie milion…

Najgorsza jest jednak samotność. Mimo ze wszyscy jesteśmy razem i staramy się wspierać, to właśnie ona jest nieodłącznym elementem szarej, szpitalnej rzeczywistości. Nie ma szansy, żeby o niej zapomnieć na dłużej. Nawet, jeżeli się z kimś zaprzyjaźnię, prędzej czy później stąd wyjdzie. A ja zostanę sama do czasu aż łóżko obok zostanie zajęte przez nowo przyjętego.

2019  Ogólnopolski Turniej Reportażu im. Wandy Dybalskiej   globbersthemes joomla templates