Wiktoria Krzywonos - Podpalając ocean

Przepis na zupę jest banalny!  Potrzebny jest słoik, zupka chińska i parę minut. Wystarczy rozerwać opakowanie, wsypać zawartość i zalać wrzątkiem z pobliskiego baru. Opcjonalnie,  jak są kabanosy, połamać w rękach i wrzucić do tego słoika. I to jest jedyny ciepły posiłek w ciągu dnia. Głód to jedzenie na mrozie zupek chińskich w słoikach.

Pierwszy był rosół, taki z soczewicą. Na Krakowskie Planty, wyjechał z redakcji.
Błażej i Piotrek chcieli, żeby trochę mniej ludzi czuło ten głód, to się w Tygodniku Powszechnym w kilka osób zebrali i dość dobrą zupę dla bezdomnych ugotowali. Trochę się zmieniło i teraz już nie kilka osób, a tłum wolontariuszy stoi przy garach na ulicy Celnej 5. Litry zupy. Wiele litrów zupy gotuje się przy długim i szerokim, drewnianym stole. Bo wspólny stół, wspólne jedzenie scala. ŻyWa Pracownia to pewna mozaika rzeczy twórczych. Układa się ona z rzemiosła, plecionkarstwa, ceramiki, działań i warsztatów kulturalnych, przyrodniczych, ekologicznych. No, a teraz do tej wyliczanki jeszcze sztuka zrobienia zupy dochodzi. I to nie byle jakiej, bo bogatej, takiej niedzielnej! Kasia tak raz wpadła w którąś z tych niedziel, żeby przynieść szczaw. Tam, u jej mamy w ogrodzie sporo tego wyrosło. Jak przyniosła to i pogotowała i wpadła drugi, trzeci i kolejny. Kiedyś przy zupie zdarzył się temat o wspólnotach, bo większość wolontariuszy gdzieś należy. A, że padło pytanie i do niej, to musiała powiedzieć, to nie było wyjścia się nie przyznać do ateizmu. Taka pełnia napięcia, że już pogadane i, że podziękują, że tu tylko chrześcijanie, że tylko oni mogą być w Zupie na Plantach. Tylko to, że Kasia nie wierzy jakoś nie było problemem, bo tam nie ma dzielenia się na wierzących w Boga czy w paprotkę, na tych co bez domu lub z nim, na tych co im brud spod paznokci wyłazi, czy na tych co przywilej ciepłej wody mają.
Tam za to jest dzielenie się sobą, bo gotować może przyjść każdy i przyjść zjeść też. Jeszcze jedno, ale w kwestii odczuwania. Jak się wchodzi do tego miejsca to oczy odurzają barwy i tekstury, nos pochłania zapach, a słuch wariuje od śmiechów. 

WIGILIA

21 grudnia 2016 roku ŻyWa ma trzech obserwatorów. Kilkumiesięczny Kazimierz na gotujący się barszcz patrzy z kołyski –  szerokiej, wiszącej i wiklinowej. Nie płacze. Nie śmieje się. Trzyletni Staś, od czasu do czasu, przerywając bajkę kontroluje, co robi mama Magda i tata Adam. Jest jeszcze Lucyfer. Czarny jak smoła kot, patrzy i krąży po ŻyWej. Oni wiedzą, jaki dzień jest dzisiaj. Dzień bycia ze sobą i dla siebie. Dzień świątecznego wspólnego jedzenia. Zatem prócz gorącej zupy, będzie jeszcze bigos, ciastka, herbata; a kanapki i mandarynki do kieszeni, na później. Dla domnych i bezdomnych. Dla wszystkich. Tak w ten wieczór się dzieje, że wszyscy ze zmarzniętymi nosami, przebywamy ze sobą, na kręgu koło Teatru Słowackiego. Rozmawiamy, jemy, bierzemy dokładki, kolędujemy. Co niektórzy, do utraty krwi, bo ziąb i struny  poprzecinały palce. To nic, że z pudła rezonansowego gitary, na śnieg, spadają czerwone krople – to nie jest powód do przerywania gry.Do tego wszystkiego, dzielimy się opłatkiem, albo i nie, bo na przykład Staszek tego nie praktykuje, ale i tak ściskając kubek z gorącą herbatą, życzy wszystkim wszystkiego. Z kolei Ania z tradycji nie rezygnuje i mówi, że ta choinka, która stoi między bigosem, a rowerami, na których Błażej i Adam przywieźli ten bigos i zupę, jest śliczna i, że ją zabiera na wigilię, tam w pustostanach. Tak mimochodem pyta o papierosa. Odgarnia włosy ręką w podartej rękawiczce i się zaciąga. Włosy, papieros, włosy, papieros, włosy, papieros. Zajebiste jest to, co ludzie z Zupy dla nas robią. Tak za przeproszeniem - kurwa, to piękne, że ktoś o nas dba, myśli o nas, no, że cholera jasna, jest.Dopalmy, a w naszą stronę żywiołowo zmierza trzech mężczyzn, znają Anię.

–  A Ty wiesz, że Legion nie żyje?
– Co wy pierdolicie? Jak to kurwa nie żyje?
No, nie żyje cholera no!
Nie, chłopaki wy mnie wkręcacie, kurwa to nie jest śmieszne. Dwa dni temu to ja do cholery z Legionem  gadałam!
Wczoraj go znaleźli Anka rozumiesz! Nie żyje, też kurwa się przed chwilą dowiedziałem.
- Ja pierdolę, kurwa Legion! Taki młody, taki kurwa młody…

Legion miał ponad dwadzieścia lat. Chorował na coś, chyba na serce, do końca to nikt nie wie. Wigilię w tym roku mieli spędzić razem.

URODZINY ZUPY NA PLANTACH

A teraz, to już mija rok, więc była pomidorowa i tort. I była kolejka, spora kolejka. Tylko, że pewien Pan w kolejce stać nie mógł, bo ogólnie to jemu  trudno stać z tymi kulami. To Pan usiadł obok nas, blisko termosu z zupą no i jadł i mówił też trochę. Barwę głosu miał niską, chrypliwą. Wie Panienka wszystko, co dobre, to już było i już nie będzie, moja droga.Pauza. A, że źle jest, to też źle będzie i trzeba tak się tułać.Pauza. Bo na co komu moja miła Pani ja tutaj potrzebny. A ja już sobie bym stąd poszedł, bo jak mi tak wszyscy już poszli, tam do Tego na Górze, to ja też już by tam chciał.Pauza i trach – uśmiech pod wąsem. Tam przynajmniej, moja miła Pani, miałbym ciepło, tam chyba byłoby dobrze. Podziękował, spytał czy jutro też może tu przyjść, bo miło się jadło, miło się rozmawiało. Wstał pomału i niezdarnie, ale samodzielnie, powłóczył nogami przed siebie. A zupa się rozlewała aż do rozdania osiemdziesięciu litrów i to nie tylko do ekologicznych otrębowych misek. Było też tak, że do małego wiaderka, tak troszkę proszono, bo to dla Marty. Ona chora jest i nie da rady wpaść. Na to Kasia, która operowała ciężką, metalową chochlą nalała do tego małego wiaderka po brzegi. A zanim zaczęło się to tworzenie relacji człowieka z człowiekiem i zanim sto lat wybrzmiało, to Weronika w granatowej czapce, a miała ją nie dlatego, że taka pora i że siłą natury zimno jest, tylko ona nie ma włosów i mówiła, że jej tak wstyd z taką łysą pałą wśród ludzi chodzić. No i było tak, że Ona biegała z długopisem i z kartką i zbierała podpisy pod taką o to treścią na niej:

Więc tak:

  1. Zupa jest pyszna aż do przesady
  2. Ciuchy wręcz czasem jak na paradę
  3. Poimy się kawą czytając odrobinę
  4. A na ból? Pani Marysia z Drużyną!

A, że to wszystko jest nic

Bo kto by uwierzył

że taką PRZYJAŹŃ można znaleźć w talerzu?!

Późnym wieczorem, jak już wolontariusze w ŻyWej siedzieli, to ten list Piotrek przeczytał. I koniec końców, podpisów Weronika ponad stronę zebrała. To byłnajlepszy z możliwych urodzinowych prezentów.

SŁODKO GORZKI DOM

Tak z formalności, tak przynajmniej z imion. W domu dla bezdomnych jest Lodzia, Ula, Basia, Grażyna, Ida, Iwona, Marzena, Waldek, Zbyszek, Piotrek, Jurek i Błażej. Ten ostatni, mimo że najmłodszy z całego towarzystwa, trzęsie się nad rachunkami i żeby na talerzu coś było. Jest też Bolek i Lolek. Jak jeszcze te dwa czworonogi do kolan nie sięgały, to siostra Małgorzata Chmielewska tu je ulokowała i chyba dobre miejsce im znalazła. Temu miejscu bardzo do twarzy z odrobiną nadpobudliwości. 

A swoją drogą to zanim ten Dom Św. Dyzmy – Dobrego Łotra w Medyni Głowskiej trafił pod serce siostry Chmielewskiej i zanim znaleźli się w nim ludzie, co znokautowani przez życie są i z ulicy polskiej lub włoskiej, tu trafili, to on należał do Pani Janiny. Właściwie, to do Babci Janiny, która ten dom, tak po prostu, tak zwyczajnie oddała. A trzeba wiedzieć, że sama mieszka w domu zniszczonym z przeciekającym dachem.  W niego wżarła się starość, jak w Babcię Janinę dobroć. Jak ktoś tak bezinteresownie dba, żeby mieszkańcy Domu Wspólnoty mieli świeży chleb na śniadanie i codziennie rano zawiesza go na furtce, albo na tym swoim rowerze pedałuje do okolicznych sklepów, z działu mięsnego zbiera końcówki z szynek i karmi nimi uliczne zwierzaki, to więcej dowodów na wielkość tej Pani nie trzeba. Babcię Janinę w Medyni znają wszyscy, od Pana Staśka w sklepie, który ma za sobą w tym miejscu wiele Jesieni, po Błażeja, dla którego ta tutejsza Jesień jest pierwszą. On przyjechał tu niedawno, bo w październiku. Ten miesiąc to ma do siebie to, że noc szybciej wpycha się w dzień, ale Krakowska noc, wśród której zasypiał do tej pory, to jest raczej rozświetlona, jest miejska. Tutaj musi się przyzwyczaić do mroku oblepiającego noc. Uczy się w nim zasypiać. Ten chłopak mówi, że uczy się tu pokory. Uczy się też tych ludzi. Marzenki, której organizm i szare komórki chlanie zniszczyło, bo przez większość życia z procentami się nie rozstawała. Idy, która dzień w dzień bita i gwałcona była, przez ojca. Później partner też bił i gwałcił, też dzień w dzień. Lodzi, która straciła dziecko, a teraz wstaje o dziesiątej i cały dzień tylko pali papierosy, siedzi albo śpi. Uli, co tu gotuje. Ona kiedyś gotowała u siebie, zanim jej dom i wszystkie dokumenty pochłonął pożar. Piotrka, który wpadł w taki ciąg, że sam pozbawił się praw rodzicielskich do córki. On uczy się Ich, a Oni Jego. A z Piotrkiem to jest jeszcze tak, że jego życie i życie Błażeja, to ma pewne podobieństwa. Dobry start, w dobrym domu. Nieznaczna różnica wieku, jakieś trzy miesiące. A po liceum – seminarium, przez dwa lata. Jeden i Drugi zrezygnował. Nie, nie byli razem w jednym seminarium, ta decyzja nie była wspólna. Była równoległa w czasie, nie w miejscu. A to wszystko, ta cała zbieżność, jedną zasadniczą sprawę pokazuje. Bo jeśli chodzi o dom, albo o jego brak, to pomiędzy nimi nie stoi gruby mur, tylko bardzo cienka ściana, bardzo krucha. Nie wiadomo, która z decyzji może ją zburzyć.

Jednak zanim Błażej, sobie i siostrze Chmielewskiej powiedział impulsywne tak, że się zgadza, że przyjedzie, to w ŻyWej było pożegnanie. Teraz u Błażeja w pokoju jest powieszona makatka, którą od osób z Zupy na Plantach, na tym pożegnaniu dostał. I tam dziewczyny hasła wyszyły. Z tym ‘Kochaj i Twórz’ przyjechał i chciał, tak bardzo chciał, żeby tu ta miłość i sztuka były. Tutaj jednak szczytem możliwości jest, kiedy Lodzia wstanie raz w miesiącu trochę szybciej niż przed południem i zrobi dla wszystkich śniadanie. Zdumiewające było to, kiedy dziewczyny odmroziły i umyły zamrażarkę. Marzeniem jest, żeby tak ktoś sięgnął z półki w salonie po książkę. Przed Błażejem książki na półkach nie stały, a jak się postarał, żeby stały, to powszechna dezaprobata zapanowała, bo kto ten kurz będzie wycierał.  Pojawił się pomysł, żeby może tak do Domu Kultury pójść i czapki dla bezdomnych uszyć, bo Zupa na Plantach taką akcję robienia czapek organizuje. Dwie osoby poszły. A to, czy Błażej żebrze po kościołach w całej Polsce, czy coś po taniości do jedzenia załatwi, że On chce dla nich po prostu być, to oni raczej w poważaniu mają. Ale bywa też i dobrze. W poniedziałki to zbierają się przy stole i kanapki robią, nie dla siebie, a dla bezdomnych, co na Plac w Rzeszowie przychodzą; podobnie jak w Krakowie, żeby ciepłą zupę zjeść. Ostatnio, Marzenka była w szpitalu. Wtedy jak Błażej przyszedł ją odwiedzić, to Ona tym faktem, że ktoś jeszcze o nią dba, że myśli o niej, że jednak całkiem sama nie jest, niesamowicie zaskoczona była. Rozemocjonowana do granic. A Jurkowi, jak zostały deski po remoncie kuchni, w którym pomagał Zupie na Placu, to stwierdził, że karmnik dla ptaków zrobią. I Błażej, jak oni ten karmnik zbudowali, to powiedział: Jedna deska inna, druga inna, krzywe belki, przybity do pieńka. Jest brzydki na poziomie estetycznym, ale jest piękny, bo jest z resztek, bo jest utworzony z tego, co zostało, bo jest taki jak my, taki jak nasz dom. Ten dom jest czasem krzywy, czasem nieładny, czasem coś mu brakuje, ale ten dom jest nasz.

Basia ma piękne oczy, z takimi uroczymi zmarszczkami dookoła. Jak się na Basię patrzy, to przede wszystkim widzi się właśnie te niebieskie oczy, później uwaga wędruje na czerwoną chustkę i Jej drobność. Siedzi na czarnej sofie, obok niej jest miejsce, pytam czy mogę. Uśmiecha się i przytakuje. Ogólnie, to Basia się często uśmiecha. A jak Błażej chodzi po domu boso, to Basia każe mu łoblyc fuzekle(założyć skarpetki), żeby się nie przeziębił.
Bo wiesz, bo ja to ogólnie ze Śląska jestem!Mówi z dumą. Prócz nas w salonie jest jeszcze Piotrek i Marzenka, a w przedsionku, do którego jest dwa kroki, na swoim stałym miejscu, z widokiem na ekran telewizora, siedzi Lodzia i pali papierosy. Kaszle, cholera jak ona bardzo kaszle. Wracając z kościoła, do domu przyszła pewna Pani z Medyni Łańcuckiej, bo nie ma czym w piecu palić, a wiadomo listopad jest, a grudzień będzie. Ten niespodziewany gość coś się Basi nie podoba. Potrząsa głową, wzdycha, nerwowo spogląda w stronę jadalni, tam toczy się rozmowa Błażeja z tą PaniąBasia wyszeptuje z zaciśniętymi zębami, nie chcąc zagłuszać prowadzącego Teleexpressu. Ona coś kręci, ja to widzę, że kręci, no na pewno kręci. Ech, po co ona tu przychodzi?Tu jest spokój, no na co jej tutaj… Bo to jest tak, że Basia sobie bardzo ceni spokój, chyba miała zbyt wiele niepewności do tej pory. A żyła z takim deficytem stabilności przez cztery lata. Według Basi, cztery lata bez dachu nad głową to niewiele. Ale ja to nie życzę takiej sytuacji nawet największemu wrogowi, ludzie nie zdają sobie sprawy, co to znaczy domu nie mieć.A sytuacja miała się tak, że Basia razem ze swoim przyjacielem (który już tym przyjacielem nie jest) spała w starym spichlerzu. Poduszkę pod głowę i dmuchany materac dostali od siostry zakonnej z Krakowa. Tylko, że ten materac to do końca materacem nie był, bo ludzką mocą nie można było go nadmuchać, więc spali na zimnym, uwierającym, zasikanym, zakurzonym kamieniu. Do siostry, też przychodzili czasami coś zjeść, zazwyczaj trochę ciepłej zupy i kawałek chleba i to by było tyle na dzień, bo spichlerz, gdzie trochę śmierdziało stęchlizną, ale przynajmniej nie wiało, miał znaczną wadę. Nadmierne wychodzenie stamtąd nie wchodziło w grę. Niedaleko mieszkali ludzie, a ludziom przeszkadza. Basi mówi, że byli cicho, że nie zaczepiała, bo i po co.Jak mam to dobrze, jak nie mam – to drugie dobrze.Tylko, że ten przyjaciel wychodził za często, a ludzie widzą i odstępstwa od zasad ich uwierają, jak kamyk w bucie z siłą wrzodu na dupie. Zgłosili na policję. Przyjechała, zgarnęła Basię. Tak Basia znalazła się w Domu Wspólnoty Chleb Życia w Jankowicach, a teraz jest tu, w Medyni Głogowskiej. Tu jest dobrze, tu jest spokój. Jest Dom. W tym domu to wieczorami, wszyscy razem się modlą w kaplicy. Niewielkiej, z białymi ścianami i czarnymi krzesłami. Na końcu, po modlitwie wiernych wszyscy wychodzą. Basia się ociąga przy opuszczaniu kaplicy. Podchodzi do Błażeja i z czułością wyciąga ręce. Przytula go i mówi – Módlmy się za Ciebie, Błażej…Ona jest pewna, że ten chłopak tu z nimi zostanie, że jak nie na zawsze, to na długo, ale, że zostanie. On jest pewny tylko tego, że nadal chce podpalać ocean.

 

[1]  Błażej Strzelczyk – dziennikarz „Tygodnika Powszechnego” działu Wiara i redaktor wydania internetowego „Tygodnika Powszechnego”. Publicysta, autor licznych wywiadów oraz bloga „#FollowJezus”. Współautor książek: Sposób na (cholernie) szczęśliwe życieoraz Odłóż tę książkę i zrób coś dobrego.

[2]  Piotr Żyłka – redaktor naczelny portalu Deon.pl. Chrześcijański dziennikarz, publicysta i grafik komputerowy. Współautor książek: Sposób na (cholernie) szczęśliwe życie, Odłóż tę książkę i zrób cos dobrego, Życie na pełnej petardzie czyli wiara, polędwica i miłość oraz autor książki Alfabet Franciszka.