Magdalena Skawina - Grochy

            Siedzę na bujanym fotelu w małym pokoju. Trzymam w ręce czarno-białe zdjęcie. Młoda roześmiana kobieta trzyma za ręce dwie małe dziewczynki. Ma na sobie krótką sukienkę w grochy. Długie ciemne włosy falami opadają na ramiona. W drzwiach staje starsza pani.  Nietrudno rozpoznać w niej kobietę ze zdjęcia. Tylko włosy ścięła. I zmarszczek więcej. I zmartwień jakby przybyło.

LASZCZYNY

            Mała Maryśka wybiega z lasu. Ręce i policzki ma wypchane borówkami. Musi zdążyć na obiad. Dzisiaj przyjeżdża ciotka Staszka, a razem z nią jedenaścioro kuzynów. Jakby mało miała na głowie z młodszą siostrą i czterema braćmi. Ale to nic, Maryśka lubi ich wizyty. Wtedy nie musi harować w polu, doić krów, karmić kur ani robić żadnej innej rzeczy poza pilnowaniem dzieci. To nie tak, że nie chce pomagać rodzicom. Chce. Czasem tylko nie daje sobie z tym rady. Wpada do pokoju. Mama rozmawia o czymś z tatą obierając ziemniaki. Mała nie podsłuchuje, wie, że to złe. Wyłapuje mimowolnie pojedyncze słowa. Mówią coś o nowym domu. I faktycznie, kilka tygodni później rodzina pakuje wszystko, co ma. Niewiele tego, więc wszystko idzie sprawnie. Teraz do lasu mają już daleko. Ale za to za domem rzeka, zamiast w wodzie ze studni, można się teraz kąpać w wodzie z niej. Jest znacznie cieplejsza. 

KAWALER

             Maryśka już nie jest taka mała. Chłopcom we wsi się podoba. Szczupła, wszystko ma na swoim miejscu, włosy ładne, zadbana. Do Kościoła chodzi. Dzieci umie bawić, w końcu wychowywała i braci, i kuzynów. Kulturalna. O nikim złego słowa nie powie. A i o niej same dobre rzeczy mówią. Mamie jest na rękę zamążpójście, zawsze lżej z jedną mniej na utrzymaniu.

            Pojawia się Krzysztof. Jest wysoki i przystojny, pracuje jako maszynista na kolei, mówi, że ma murowany dom. Trudno się dziwić, że przyciąga spojrzenia koleżanek. Jest starszy - ona ma dziewiętnaście, on dwadzieścia dziewięć lat. Nie jest to jednak żadną przeszkodą. Nie mija wiele czasu zanim Marysia przyjmuje oświadczyny. Rodzice zgadzają się na skromne wesele. Dziewczyna znowu pakuje wszystko co ma. Teraz do rodziców ma daleko. Murowany dom okazuje się drewniany, z klepiskiem zamiast podłogi. Przynajmniej rzeka za domem i woda ta sama – choć nieco chłodniejsza. 

SIELANKA

            Mijają miesiące, po których nie ma już co liczyć na szczęście w małżeństwie. Z dnia na dzień ciężej im się dogadać. Dopiero teraz dziewczyna poznaje męża. Skromną ilość wolnego czasu poświęca rozmowom z nowymi sąsiadami. Wzbudza zaufanie, ludzie się jej zwierzają, bo umie słuchać, sama mówiąc mało. Dowiaduje się więc wielu rzeczy. Wie już, że Krzysztof jest raptusem, dużo krzyczy, jest skłócony z jedynym bratem. Przede wszystkim pije.

            Kupują konia, który staje się kolejnym obowiązkiem Maryśki. Ogier tylko jej się słucha, chociaż dorównuje temperamentem Krzyśkowi. Oprócz dbania o konia, dziewczyna haruje w polu, doi krowy, karmi kury. Krzysiek rzadko jej pomaga. Z pracy wraca późno, nigdy prosto do domu, zawsze czuć od niego wódką. Ona czasem tylko nie daje sobie z tym rady. Niczego nie pragnie bardziej od powrotu do rodziców. Ciąża jednak pali za nią mosty.

DZIECI

            Na wieść o dziecku Krzysztof zaczął ciułać każdy grosz. Na sąsiedniej działce zaczyna stawać ich nowy, murowany dom. Marysia zaczyna mieć nadzieję.

            Dwa lata później dom jest gotowy. Jej nowa rodzina – ona, Krzysiek i mała Kasia – pakują wszystko co mają. Niewiele tego. „Na nowy dom to i dziecko nowe musi być.”  Maria modli się, żeby słowa matki się nie spełniły. Pracując od rana do wieczora nie ma nawet czasu na odwiedziny u niej, nieszczęśliwie wywróżona ciąża zaczyna dawać się we znaki zmęczonej kobiecie. Kolejną córkę nazywają Hania, po mamie Krzysztofa.

            Dzieci rosną zdrowe, więc jest dobrze. Po wsi chodzi fotograf. Im się powodzi, więc płacą mu za pamiątkowe zdjęcia. Maryśka na tę okazję zakłada krótką sukienkę w zielone grochy, jedyną sukienkę, jaką ma w szafie. Była przeprosinami po pierwszym policzku, jaki zarobiła od męża. Kupiona w mieście, szyta z dobrego materiału, ładny krój. Normalnie na sukienki szkoda jej pieniędzy, wszystkie ciuchy szyje sama, każdy skrawek materiału umie dobrze wykorzystać. Łapie dziewczynki za ręce i siada wśród białych róż w ogrodzie. Miga lampa błyskowa. Pierwszy raz od dawna czuje się jak kobieta.

FURIA

            Krzysztofa zwalniają w końcu po tym, jak przyszedł pijany do pracy o jeden raz za dużo. Marysia musi przez to pracować dwa razy ciężej. Dzieci wychowuje babcia.

           Kobieta nie myśli już o powrocie do rodziców, a to, co dzieje się w jej domu, zaczyna być dla nich tajemnicą. Krzysiek wkurwia się częściej. Czasem ją uderzy, ale nic nie szkodzi tak długo, jak nie rusza dzieci. Kiedy jest bardzo źle, Maryśka ucieka do sąsiadów.

           Dziewczynki chodzą własnymi drogami, ale matka niezbyt się tym przejmuje. Nie ma na to czasu. „Pamiętam jak poszły się ślizgać na tą rzekę za dom. Lód był słaby to pękł pod Hanią. Na bandażach starych jakichś ją wyciągnął sąsiad. Parę dni może minęło jak do gnojówki wpadła. Cud, że ją wyratowałam.”

           Umiera mama Krzysztofa. Pije więcej, nie wraca na noce. Poza matką nikt nie miał na niego wpływu. Niedługo po pogrzebie w sąsiedniej wiosce znalazł sobie pocieszenie - kochankę. „Po jednej takiej nocy kiedy go nie było, drzwi na klucz zamknęłam. To była sobota. Przyszedł nad ranem. Krzyczał okrutnie i szybę wybił w drzwiach i tak sobie otworzył. Dzieciom kazałam na strych uciekać. Wszedł do domu z kawałkiem szkła. Gotowałam żurek na zapas, bo to święta chyba miały być. W kuchni ściany bieliłam przy okazji. On wziął ten garnek, zupę rozlał po ścianach. Ochlapał je krwią też, prawą rękę miał tą szybą rozharataną tak, że mu mięso ze skórą zwisało.”  Takie epizody często się powtarzają. Maryśka znosi wszystko, już przywykła. Za dyskusje leje ją w twarz, parę razy łamie żebra. Przychodzi moment, w którym łapie ją za szyję. Wyczerpana wszystkim nawet nie próbuje go odepchnąć. Młodsza z dziewczynek zaczyna krzyczeć. Biegnie po sąsiada, który przychodzi z nożem. Krzysiek wyciąga nauczkę z sytuacji. Następnym razem zaklucza główne drzwi.

SUKIENKI

            Przyglądam się jej uważnie, kiedy szuka w szafie prezentu na urodziny córki. Dziewczynki wyprowadziły się już prawie dwadzieścia lat temu. Spakowały wszystko, co miały. Ona została przy mężu.

Zaglądam jej przez ramię. Wieszaki ledwie się mieszczą. Sukienki są poukładane kolorami. Większość znajduje się na dolnej półce. Nie zauważam ani jednej w grochy…

Maria Wiewiórkowska - Znieczulenie

Nadaliśmy lekarzom status bogów, mimo że są tylko ludźmi… 

Mama siedem lat była na Syberii, tata szedł z jakąś armią, ale nie pamiętam jaką. Osiedlili się w małej wsi w zachodniopomorskim, w Myśliborzu. Ona skończyła siedem klas szkoły podstawowej, on trzy szkoły powszechnej, wtedy tak się mówiło. Mama poszła pracować do gminy. „Ty tam sprzątaczką byłaś?” - śmiałam się, pytając. A ona, jak się okazało, miała najwyższe wykształcenie. Została referentem, taka bystra! Tata miał głowę do interesów, dlatego zajął się handlem. Najlepszy towar do sklepów sprowadzał, np. garnitury z  liczących się firm. Ludzie ze Szczecina i Poznania przyjeżdżali, by je kupować. Mama prowadziła mu dokumentację, uzupełniali się. Było nas w domu cztery, cztery dziewczynki, ja z siostrą Jadzią bliźniaczki i młodsze od nas Zosia z Małgosią. Wszystkie zostałyśmy lekarzami. Jadzia pediatrą i endokrynologiem, Zosia stomatologiem, Małgosia poszła
w ślady Zosi. Od dwudziestu kilku lat mieszka w Szwecji, ma dyplom Szwedzkiej Królewskiej Akademii Nauk w Sztokholmie. 

Ja jestem anestezjologiem, usypiam i budzę ludzi. Nasz zawód jest porównywany do pracy lotnika lub górnika. Lotnik liczy na dobry start i szczęśliwy powrót. A górnik? Jedzie pod ziemię, ale nigdy nie wie, czy wróci.

Zawód lekarz

Studiowałyśmy z Jadzią w Szczecinie. Wstawałyśmy rano o 4:00 i szłyśmy do roboty, żeby się utrzymać. Praca fizyczna, w stoczni, w przerwach przepytywałyśmy się z zadanego materiału. Wtedy w Myśliborzu była moda na porzeczki. Rodzice mieli 2ha ziemi, więc tata też posadził te cholerne porzeczki. To było coś strasznego. Żar z nieba się  leje, lipiec, a my musiałyśmy wszystkie egzaminy zdać przed terminem, żeby pomóc rodzicom przy zbieraniu. Ale dyplomy lekarskie odebrałyśmy planowo. Był rok 1974.

Dziś wstaję wcześnie rano, robię śniadanie mężowi, wychodzę do pracy. Idę pieszo pół godziny, ponieważ nie mam prawa jazdy. Otwieram pierwsze drzwi: dzień dobry, dzień dobry. Mijam drugie drzwi, wchodzę do swojego gabinetu. Przebieram się w niebieski uniform z napisem służba zdrowia i w moje wygodne skórkowe buty, bez których nie mogę się obejść, od kiedy moje stopy skupiają wszystkie możliwe schorzenia ortopedyczne. Gdybym policzyła wszystkie wystane godziny przy operacjach, pobiłabym jakiś rekord. Potem idę na codzienne poranne zebranie, gdzie rozmawiamy o pacjentach i operacjach, które się odbędą. Dziennie mam kilka, nawet pięć.  Z jednej wychodzę na drugą. Otwieram trzecie drzwi. Ubieram czepek i maskę, myję ręce. Biorę maszynę do usypiania i wjeżdżam z nią na blok operacyjny, żeby była już tam gotowa. U nas jest przemiła atmosfera na bloku. Kiedy przyjeżdża pacjent, wszyscy zawsze się witają, przedstawiają się. Kiedy pacjent już z operacji wyjeżdża, jest uśmiechnięty, czasem głupoty gada, po narkozie tak jest. Następnego dnia, idę go rano odwiedzić, rozmawiam z nim, jest zadowolony. A przecież wcale nie muszę z nim rozmawiać, niech sobie chirurg idzie rozmawiać, bo to on go operował. Ale ja lubię, mimo że jest to rzecz dodatkowa i że mogłabym nie chcieć mieć na to czasu.

W choszczeńskim szpitalu pracuję prawie pół wieku. Wszyscy mnie tu znają, mówią do mnie: Danka lub pani Danuto, nikomu przez myśl nie przejdzie, że od siedemdziesięciu lat mam na imię Daniela. Medycyna to powołanie. Wbrew opinii społeczeństwa, nie jesteśmy herosami. Z równą troską musimy umieć pochylić się nad chorym, który jest zadbany, dobrze usytuowany, jak i nad tym, który nawet nie potrafi wyartykułować problemu, z którym się zgłasza. Mówimy ich językiem, prostym. Lekarz  powinien lubić ludzi. Niektórzy moi pacjenci mnie pamiętają. Raz na przystanku autobusowym, gdy jechałam do Myśliborza, jakaś kobieta przedarła się do mnie z tłumu i krzyczała wniebogłosy: ,,pani doktor, sześć operacji miałam, pamięta pani?”.  Przytaknęłam , ale jak przez mgłę ją pamiętałam. Albo ostatnio przypadkiem spotkałam w banku moją byłą pacjentkę. Dobrze, że tylko dwie urzędniczki za biurkiem siedziały. ,,Pani doktor, jak ja się cieszę, że panią widzę. Niech panie posłuchają - dwoje dzieci mi uratowała!” I zaczęła mnie wychwalać. Nagle wyjęła z portmonetki jakąś podkuwkę, włożyła mi ją w dłoń. ,,Na szczęście, dla pani” – powiedziała.

Nie zawsze jednak jest miło. W Myśliborzu rodzice mieli wścibskiego sąsiada i sąsiadkę. Gdy przyjeżdżałam, jedno stało z jednej strony bloku, a drugie z drugiej. Nie wiedzieli, jak będę szła, były dwie drogi: krótsza i dłuższa. Wychylali się. No i jak mnie złapali, wylewali swoje troski. ,,Czy możemy pójść razem z panią do mamy?” - pytali, odpowiadałam im, że mogą. Chcieli, żebym im wypisywała recepty, albo wcisnęła do szpitala. W końcu powiedziałam: ,,Nie mówcie, kiedy przyjadę, mamo, ja bym chciała z wami porozmawiać, oni nie mogą mi całego czasu zajmować opowiadaniem, co ich boli, jakie mają schorzenia!” 

Cena, której nikt nie zna 

Ludzie nie mają pojęcia o wyrzeczeniach lekarzy. Wszystko jest podporządkowane pracy! Nie każdy ojciec i mąż to zrozumie, zwłaszcza gdy ma się męża poetę, tak jak ja. A jak mąż czy ojciec nie rozumie, to tym bardziej ludzie dookoła. Największym trudem jest dla mnie to, że jestem taką perfekcjonistką, chcę, żeby w domu wszystko grało, chcę wszystko sama zrobić. Dzięki temu, że mam taki charakter, potrafiłam wstać o czwartej i do wpół do siódmej już było śniadanie postawione na stole, obiad ugotowany i ziemniaki obrane, no bo nie mogłam ich jeszcze ugotować. To nie była ta pora. Potem szłam z dziećmi, bo mamy dwoje, do przedszkola i oczywiście jak dotarłam do celu, zaczynały swoją śpiewkę: ,,Mamusiu kochana, nie zostawiaj nas!”, ,,Mamusiu kochana, błagamy cię, my cię kochamy, nie zostawiaj nas!”. Mówiłam im, że będzie dobrze i że o trzeciej je odbiorę. Wtedy przychodziłam do pracy odpocząć, bo się już tak narobiłam w domu  od samego rana. Ale dawałam radę. Lekarz to nie jest praca od godziny do godziny. O chorych myślimy nie tylko w pracy, ale też idąc do niej, czy wracając. Nie zapominamy o nich, będąc w domu. Tego nie da się oddzielić grubą kreską. Kiedyś w święta, tuż przed kolacją wigilijną zadzwoniono do mnie, że muszę przyjechać, bo kobiecie ciężarnej odkleiło się łożysko. Mój mąż miał do mnie pretensje. ,,Co? Nawet w święta musisz? A rodzina?”. Ale ja musiałam jechać, bo w końcu ta dziewczyna cierpiała i ktoś musiał jej pomóc. Nieraz dzieje się coś takiego, że człowiek nie przewiduje, że może się zdarzyć. Kiedyś byłam w kościele i był pewien lekarz. Kobieta zasłabła i ja tak sobie myślę, ciekawe, podejdzie, nie podejdzie. Chyłkiem się wycofał. Powiedziałam do mężczyzny siedzącego obok, że  musimy ją wynieść na powietrze. Na bruku przed kościołem żeśmy ją  położyli, zadzwoniliśmy po pogotowie.

Czy jest rzecz, z której kompletnie zrezygnowałam ze względu na pracę? 

Praca lekarza jest permanentna. Szkolenia, specjalizacje, śledzenie najnowszych wiadomości medycznych z danej dziedziny. Właśnie z tego powodu w sierpniu włóczyłam się po szczecińskich klinikach i kiedy wróciłam do domu, tak po ludzku się rozpłakałam. Słyszałam tam, że jakiś rezydent jedzie do Meksyku, ktoś tam jeszcze do Hiszpanii, a ja co? Chodzę się po tych szczecińskich szpitalach.  Nie wiem, czy ktoś to rozumie, czy współczuje, ja nie chcę współczucia. Taka niby jestem silna, a czułam się samotna.

Przecież lekarze nie chorują?

Dzień przed wigilią wróciłam z pracy i choć tego nie pamiętam, mąż mówi, że skarżyłam się na ból głowy. I tak jak on zawsze lekceważy te wszystkie choroby, powiedział, żeby się ubrać, bo jedziemy do szpitala. Ja się zgodziłam. Zrobiono mi badania, sama poszłam do laboratorium, sama poszłam na tomografię, później z tym wynikiem tomografii głowy do lekarki. Ona mówi: ,,krwawienie podpajęczynówkowe, z podejrzeniem pękniętego tętniaka mózgu’’. Dzień przed wigilią! Pojechałam do szpitala. Zoperowali mi. No i tak zoperowali, że po świętach od razu wróciłam do pracy. Przecież można przeżyć operację głowy, ale być niepełnosprawnym i co to za radość? Dla kogo? Dla rodziny, gdy muszą się tobą opiekować? Owszem operacja się udała, żyjesz, ale jakie to życie? Jaki komfort? Chyba mam wadę genetyczną, tętniaki robią mi się wszędzie. Mam tętniaka w brzuchu, przypadkowo wykryli mi tętniaka aorty. Drugiego też mi wycięli z tętnicy szyjnej i jeszcze mam jednego na tętnicy środkowej mózgu, do obserwacji. Ten na aorcie jeszcze jest za mały, u kobiet operują jak ma średnicę 5cm, u mnie jest 3,8cm. To trzeba co pół roku sprawdzać. Byłam u profesora w Szczecinie, powiedział mi tak: ,Pani doktor, żadnych gwałtownych ruchów, żadnego denerwowania się, dźwigania ciężarów, szybkiego chodzenia”. Pomyślałam, no to nic tylko usiąść i patrzeć w sufit. Pytam, czy mogę pracować, a profesor odpowiada, że na dyżurach nie, tylko do piętnastej, a może i krócej. Niewykonalne.  I tak wszystko na bloku operacyjnym załatwiam. Dzisiaj miałam mieć wolne, specjalnie, żeby z tobą porozmawiać, a zostałam wezwana do operacji! 

Chciałam zapomnieć o swojej chorobie. Dwa miesiące temu ordynator, który miał dyżur, dzwoni do mnie, że muszę przyjechać. Przywieźli pewnego notariusza, który zasłabł. Zaczęli go badać, no i się okazało, że krwawi do brzucha. Trafił do nas na ratownictwo. Za chwilę doszło do zatrzymania krążenia. Zreanimowali go i od razu trafił na stół operacyjny. Pękł mu tętniak aorty, to co ja mam. Sprowadzono  natychmiast specjalistkę ze Szczecina
z chirurgii naczyniowej. I uratowałaby go, gdyby rokował. Ale niestety mózg już nie żył. I ja to wszystko widziałam, całą operację. Spać nie mogłam po prostu. Przecież to samo może stać się ze mną. To, że zalecają kontrolę co trzy miesiące, nie znaczy, że w międzyczasie nic się nie stanie. I to jest mój dylemat, jedyny. Ale dobrze, że przychodzę do pracy, bo jakbym siedziała w domu i patrzyła w sufit i bez przerwy sobie tylko ciśnienie mierzyła, to szłoby zwariować!

Walka z wiatrakami

Jak zaczęłam pracować w latach siedemdziesiątych, było inaczej. Ludzie się bardzo szanowali. Lekarzy było mało, byliśmy bardzo mile przyjęci, nie było mowy, żeby lekarz po studiach siedział i nic nie robił. A teraz? Ludzie przyjeżdżają uśmiechnięci, albo tacy źli, że na wejściu człowiek jest nieprzyjemny, robi łaskę, że się zgłosił i to wcale nie jest podyktowane jego chorobą. Ale nie można reagować. Po prostu milknę i tyle, szczególnie przed samą operacją, bo niewiadomo co się stanie w trakcie.

Najgorzej jest na ratownictwie - tam to jest szkoła życia. Tam widzisz wszystko. Pracowałam w pogotowiu 40 lat. Dopiero gdy zachorowałam, dałam sobie spokój. Tam praca to przekleństwo. Pijak za pijakiem, ludzie chorzy, mimo że powinni być kierowani do lekarzy rodzinnych. Ale ratownicy przywożą ich wszystkich. Spytałam kiedyś jednego, z którym wszystko było w porządku, dlaczego to zrobił? Co go boli, jakie są objawy? Nie odpowiedział mi, zaczął się motać. Już wolałabym, żeby się przyznał, że nie wiedział jak go zbadać, bo nie był pewien. To jeszcze byłoby zrozumiałe. 

Jeździłam też z karetką m.in. do wypadków.  I myślałam sobie, że zrobię prawo jazdy, ale zmieniłam po tym zdanie, bo przecież może stać się ze mną tak samo. Wszyscy chcą dojechać, wyjeżdżając z domu. Wszyscy chcą dojechać do celu.  I nie dojeżdżają.

Najbardziej w złych opiniach o działaniu służby zdrowia denerwuje mnie to, że w większości są prawdziwe. Rodzice obchodzili sześćdziesięciolecie ślubu. Przyjechała moja siostra ze Szwecji. To miało się wszystko odbywać w pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia w 2012 roku. Małgosia wracała ze sklepu, z jakimiś zakupami i upadła w przedpokoju u mamy. Mama się przestraszyła, bo zobaczyła, że ona oddała mocz pod siebie i dostała drgawek. Pogotowie nie chciało przyjechać, kazali iść do lekarza rodzinnego. Więc mama tłumaczyła im przez telefon, że Małgosia przyjechała ze Szwecji, to powiedzieli, że jest opieka popołudniowa i tam trzeba jechać. Zadzwoniła do mnie, akurat miałam dyżur, więc przywiozła siostrę do mnie. Zobaczyłam ją i mówię, że musi jechać do Szczecina, bo to jest udar. Mama pyta, skąd wiem. ,,Mamo wiem, dzwonię do Szczecina”. To był akurat pierwszy dzień, kiedy zlikwidowali centralę w szpitalu wojewódzkim w Szczecinie przy ul. Arkońskiej i numery były tylko wewnętrznie, w gabinetach. Nikt tu ich  nie znał. Poradzono mi, żeby zadzwonić na numer ratunkowy. Kobiecy głos w słuchawce mówił, że tu można dzwonić  tylko w szczególnych przypadkach. Wyjaśniłam, że to jest szczególny przypadek. No i przyjechało pogotowie. Stwierdzono, że to jest stres po podróży. Nie zabrali jej. Więc zawieźliśmy ją z moją drugą siostrą i jej synem do Szczecina, do tego szpitala na Arkońską. Była przytomna, zrobili tomografię i wyszło, że krew jest we wszystkich komorach mózgu, a ona przytomna! Lekarka, która ją badała, powiedziała, że ambulans można odpuścić. Gdy się dowiedziała, że przywieziono ją samochodem, zaczęła wykrzykiwać, że to skandal. 

Gdy pacjentami są rodzice

Mój tata pod koniec życia zachorował na serce, był osobą leżącą. Błagał mnie, żebym nie oddała go do domu starców. Powiedziałam: ,,Tato, nie ma mowy”. Byłam taka zdeterminowana, że zostawałam dodatkowo w szpitalu na nocki, aby robić z pielęgniarkami nocny i poranny obchód, czyli doglądanie wszystkich pacjentów. Robiłam to, żeby nauczyć się obchodzić się z osobami leżącymi, jak ich przewijać, jak ich obmywać, jak zmieniać pościel. To wszystko wydaje się tylko względnie łatwe. Pod koniec tego ,,kursu”, wszystkie pielęgniarki były pod wrażeniem, jak sprytnie i szybko to robię.

Później moja mama była operowana na woreczek żółciowy i w badaniu histopatologicznym wyszło, że to rak. W takim dobrym stanie była, proponowali chirurdzy, żeby wyciąć, poszerzyć, potem na chemioterapię. Miała 85 lat, wiedziałam, że ona się z tym nie pogodzi i po prostu nie przeżyje tego i żeby dać spokój z leczeniem. Ile przeżyje to przeżyje, a będzie miała komfort życia. Dojeżdżałam do niej po każdym dyżurze, planowałam, że cały miesięczny urlop spędzę u mamy, Tata zmarł przed nią. I przyjechałam do niej, nawet się nie rozpakowałam, zjadła obiad, moja kuzynka ugotowała i wtedy pamiętam była zupa pomidorowa, mizeria i kotlet mielony. Mama powiedziała wtedy: ,,Popatrz jak ta Maryla dobrze gotuje!”. Zjadła wszystko, poszła się położyć i za chwilę słyszę krzyk, zaczęła machać rękami. Dostała obrzęku płuc. Wezwałam pogotowie, przyjechało. Nie mogliśmy się wkuć w jej rękę, bo żyły się pozapadały. Mówię ,,dobra, jedziemy do szpitala”. Nie chcieli mnie wziąć,  więc dzwonię do dyspozytorki, a ona mówi, że taki przepis. Przekonałam ją jednak, że jako lekarz mogę tylko pomóc po drodze, przecież nie zaszkodzę. Co mnie to wszystko kosztowało nerwów. Przywiozłam ją. Mama żyła jeszcze pół godziny i zmarła. 

Diagnoza: znieczulenie

Kiedy jest się lekarzem, widok śmierci nie może robić wrażenia. Trzeba cały czas zachować spokój, to normalne widzieć takie rzeczy. Lekarz nie może wpaść w histerię. Smierć bliskiego jest dla nas na dwóch płaszczyznach: cierpienia i modlenia się jak człowiek, żeby wszystko było dobrze, ale równocześnie przewidywania przebiegu choroby, uwzględnienia tego, co jest nieuniknione. Przecież nie mogę położyć się na ziemi i płakać, muszę szukać zapadniętej w ręce mamy żyły.

Mówią: bój się Boga i lekarza. Utożsamiają nas z nadludzką siłą i notorycznie się dziwią, kiedy nic nie możemy zrobić. Musimy być zawsze uśmiechnięci, nigdy zmęczeni. Ale nikt nie zadał pytania, kim jesteśmy dla siebie samych? 

Małgorzata Jóźwiak - Diabeł kołysze nas do snu

 

Ach śpij kochanie... Jeśli gwiazdkę z nieba chcesz, dostaniesz...

Czego pragniesz, daj mi znać, ja ci wszystko mogę dać, 

więc dlaczego nie chcesz spać...?

Jest godzina 3 w nocy. W rozpędzonym do ponad 100km/h tirze, Diabeł kołysze kierowcę do snu. 

 

- Opowiadałem ci kiedyś - wspomina Mariusz - jak przez wiele nocy, przez jakiś dłuższy okres, może przez dwa miesiące jeździłem na okrągło z Francji do Anglii i z Anglii do Francji? Jednej nocy ocknąłem się nagle w trakcie jazdy i przez kilka minut zastanawiałem się gdzie w ogóle jestem. Czy jestem we Francji, czy w Anglii, bo jechałem lewą stroną drogi. Potem zobaczyłem, że z przeciwka jadą samochody na lewym pasie i doszedłem do wniosku, że chyba jestem we Francji, a one jadą prosto na mnie. Na szczęście nie było na drodze dużego ruchu. Wtedy pewnie skończyłoby się to inaczej.

*** 

Noc. Noc sprawia, że człowiek staje się ślepy, a wróg niewidzialny. Jest momentem szukania ratunku po omacku, gubienia drogi do domu, uderzającego znienacka chłodu i nagłego uczucia senności, niepozwalającego dłużej utrzymać oczu szeroko otwartych i czujnych. Noc, niegdyś chwila bezsilności i dezorientacji, dziś kojarzy nam się jedynie z beztroskim snem. W trakcie rozmów z bohaterami tego reportażu przekonałam się jednak, jak ulotne bywa to poczucie bezpieczeństwa. Bo wciąż są tacy, których minuta snu wciąż może kosztować najwyższą cenę. Kiedy to piszę, krążą właśnie w ciemności po tysiącach dróg na całym świecie; ściśnięci w ciasnych kabinach tirów i ciężarówek, maniakalnie skupieni, z wzrokiem obsesyjnie wbitym w nużący kawałek jezdni, nieodbiegającym od niego nawet na moment. Zgarbieni za kierownicą jak roboty, po dwudziestu godzinach pracy, po trzech godzinach snu, po kilkuset, kilku tysiącach przejechanych kilometrów. Funkcjonując na oparach sił, na resztkach kawy zmieszanej z energetykiem, mocno wbijają palce w kierownicę. Ich samochody rozpędzone są często do ponad stu kilometrów na godzinę. Gnający tir zmiażdżyłby osobówkę jak plastikową butelkę, więc wbrew potrzebom własnego organizmu trzymają oczy szeroko otwarte, nie pozwalają opaść powiekom nawet na moment.  Bo kiedy to zrobią, może to być czyjaś ostatnia trasa. 

CZĘŚĆ 1 - Pierwsze kuszenie

Jakub jest w branży nowy. Ma osiemnaście lat, pracuje nocami jako kierowca samochodu dostawczego z pieczywem i żeby wstać do pracy na trzecią w nocy potrzebuje 70 budzików, odzywających się co minutę, jeden po drugim. Pierwsze dziesięć, przed godziną 2, wyłącza jeszcze przez sen. Praca za kółkiem go męczy, ale i fascynuje. Wyraźnie słychać to w głosie. Szybkim, pełnym werwy, niezwykle entuzjastycznym, niepozbawionym jednak rzeczowego tonu. Jest inteligentnym rozmówcą, pełnym motywacji i pozytywnego nastawienia, a po kilkunastu minutach rozmowy mam już pewność, że w tym młodym, szczupłym, nieco zawadiackim blondynie w skórzanej kurtce, kryje się naprawdę odpowiedzialny facet. 

 - Jako nocny kierowca  pracuję od początku sierpnia. Płaca za pracę w nocy jest o wiele większa, porównując, np. do pracy w pizzeriach, gdzie też są rozwozy, a pensja jest tak naprawdę najniższa jak tylko można. Tutaj stawka jest uzależniona od czasu pracy i zwykle waha się to 25 do 30zł za godzinę. 

Brzmi świetnie, prawda? Haczyk pojawia się kilka sekund później.  

- Wstaję przed 3.00, o 3:30 jestem na magazynie, tam trzeba zapakować auto, przerzucić skrzynki, wszystko poustawiać. Wyjeżdżam około 4 nad ranem i wracam po 9-tej. Obserwuję swój sen, przez opaskę sportową - śpię średnio 4,5 godziny dziennie, tak przez cały tydzień
i około 2-3 godzin w piątek, zanim ruszę w trasę. Uwielbiam prowadzić pojazdy, to mnie odpręża. - Uśmiecha się mimo wszystko i wskazuje mi zdjęcie pomarańczowego skutera na swoim koncie facebookowym. - Dlatego tu pracuję. 

Mnie też odpręża rozmowa z Kubą. Jego rozeznanie w temacie jest imponujące, a swoboda i entuzjazm, z jakim mówi, unieważnia w mojej głowie wszystko, co od dawna słyszałam na temat fachu zawodowego kierowcy. Przemęczenie, oczy przymykające się za kierownicą, nieludzkie godziny pracy i przerażająca liczba wypadków, która niemal codziennie zdarza się na drogach. Do dziś pamiętam swoje własne przerażenie, kiedy mój tata wracał po dwóch tygodniach z trasy po Europie i opowiadał o swojej walce ze snem i o znajomych, którzy to starcie przegrali. 

Wraz z kolejną rozmową, wspomnienia jednak wracają. To, co słyszę od Mariusza, nie jest już ani trochę zachęcające. W miejsce pełnego energii i optymizmu nastolatka, pojawia się spracowany mężczyzna przed pięćdziesiątką. Ma jeszcze na sobie roboczy strój, w którym raptem pół godziny temu wrócił z pracy „na magazynie”. Przydługie włosy opadają na zmęczoną, zarumienioną twarz, a w jego głosie nie ma już ani śladu po entuzjazmie poprzedniego rozmówcy. Zamiast wyrazów zadowolenia z pracy za kółkiem, pojawiają się określenia takie, jak “bandyctwo”, czy “samobójcza jazda”. Mariusz mówi o swojej byłej już pracy z niesmakiem i frustracją, a o swoich byłych pracodawcach jak o ludziach pozbawionych resztek moralności. Byłej, bo od kilku lat już tam nie pracuje. Po sześciu latach zerwał z branżą transportową i choć obecna praca nie szczędzi mu wysiłku, mówi, że nie wróciłby do tego zawodu za nic w świecie. Musiał jednak przekonać się o tym na własnej skórze, ponieważ większe zarobki, wygodny fotel w ciężarówce i piękne widoki za oknem kusiły i nastrajały niegdyś o wiele bardziej optymistycznie.

- Jeśli chodzi o wyjazdy do UE - wspomina - jest to praca, którą dość łatwo dostać, bo zapotrzebowanie jest nadal ogromne, a na rynku działa bardzo dużo firm, które się tym zajmują - to jest pierwsza sprawa. Druga sprawa to jest to, że są za to całkiem przyzwoite pieniądze. Pieniądze, których w Polsce się nie zarabia, a przynajmniej nie każdy ma kwalifikacje, żeby takie zdobyć.  Są też ludzie którzy nie chcą siedzieć w domu, bo dom ich ogranicza.  Chcą zobaczyć troszeczkę świata,  z perspektywy autostrady obejrzeć miejsca, do których człowiek normalnie by się nie wybrał ze względu na ograniczenia finansowe. Zdarza się, że ludzie mają kłopoty finansowe i sytuacja zmusza ich do tego, żeby podjęli taką, a nie inną ą pracę. Choć tak naprawdę, w przeliczeniu na godziny, które człowiek angażuje w pracę, w przeliczeniu na poświęcone zdrowie i biorąc pod uwagę ryzyko - okazuje się, że te pieniądze są tak naprawdę dosyć marne. 

Kuba ciągnie temat dalej: 

- Znam osoby, które potrafią jeździć ciężarówką i w czasie, kiedy mają spać, potrafią jeszcze pracować na komputerze. Niektórzy stosują sztuczki, żeby tachograf - urządzenie mierzące czas pracy - myślało - że cały czas stoisz, a tak naprawdę jedziesz. Często przekracza się czas pracy, bo szef mówi - masz tam dojechać i koniec. Ryzyko jest duże, ale ludzie potrzebują kasy…  To przychodzi tak nagle, ta potrzeba zaśnięcia, to jest tak, jakby po prostu ktoś stanął za tobą i wbił ci nóż w plecy nie wiadomo skąd,  nie wiadomo kiedy. To jest czasem tak niespodziewane, że jedziesz, jedziesz i w pewnym momencie zjazd. I teraz kwestia - czy się obudzisz się czy nie, czy zdążysz zareagować, czy nie? 

Zupełnie mimochodem, przychodzi mi do głowy, że to tak, jak z codziennym zasypianiem. Leży się w ciemności, z beztrosko zamkniętymi oczami, a potem cięcie niczym w filmie -
 i już jest widno, i już jest rano. Tak samo tutaj. Jedzie się i jedzie, patrzy na drogę, światła, samochody, a potem nagle...

Kuba uśmiecha się pod nosem.

- A potem nagle rów albo drugie auto…

CZĘŚĆ 2 - “...ale nas zbaw ode złego”

- Chodzi po prostu o to, żeby mieć non stop zajęte myśli - mówi Kuba, zaraz po tym, jak komplementuję jego umiejętności koncentracji, tak ważne na drodze. - Kiedy jedziesz w dłuższą trasę, to jest zupełnie inny rodzaj skupienia. Ja muszę być skoncentrowany, nie ma innej opcji. Niektórzy popijają wodę, puszczają głośno muzykę, ja na przykład palę
e-papierosa i to mnie lekko budzi, bo wtedy robię coś dodatkowego - pociągnę sobie czasem tego jednego bucha i już jest to jakieś urozmaicenie. Bo w pewnym momencie tak naprawdę zasypiamy przez to, że droga staje się dla nas taką monotonią, która pozwala nam mówić cały czas “jest okej, okej, okej, jesteśmy bezpieczni” i w pewnym momencie ta powieka nagle opada. Są też różne piszczki i alarmy badające, czy głowa przenosi środek ciężkości, są monitoringi sprawdzające, czy człowiek patrzy się na szybę. Ale nigdy nie da się w stu procentach wyeliminować tego zasypiania. Czasem po prostu organizm przestaje dawać sobie radę.  

- Dobrym sposobem jest śpiewanie na głos, czasami się to sprawdzało - wzrusza ramionami Mariusz. - No i co - kawa. Słyszałem o osobach, które piją jakieś tam specyfiki, mikstury, kawę zalewaną jakimś energetykiem, syropy, proszki, albo inne cuda. Nie znam dobrze przepisów, ale wiem, że ludzie, którzy jeżdżą, szczególnie na  Zachodzie, łapią się wszelkich metod, bo tam to się jeździ naprawdę hardkorowo - czasem prawie bez snu i bez odpoczynku. I co jeszcze? - zastanawia się. Widać na jego twarzy zmieszanie, jakby opowiadanie o tym stopniu desperackiej walki z własnym organizmem sprawiało, że czuje się ze sobą niekomfortowo. - Polewanie się wodą? Przemywanie oczu? Czasem trzeba było stanąć, pochodzić trochę, pooddychać świeżym powietrzem, otworzyć szeroko okno, każdy miał inne metody, ale każdy czegoś potrzebował. A czasem przychodził taki moment, że nic już czasami nie pomagało. A jechać było trzeba. 

CZĘŚĆ 3 - Kryzys

- Wpisz sobie na YouTube „wypadki na drogach w Polsce”- radzi mi Kuba.

To wpisuję. Wszystkie, co do jednego, okraszone słowami “drastyczny” lub „masakra”, niestety nie na wyrost. Z niepokojem przyglądam się pędzącym na siebie pojazdom, ciężarówkom powoli zbaczającym z trasy, autom nieuchronnie zmierzającym do zderzenia. Wzdrygam się na widok zwijających się jak wiórki czekolady metalowych maszyn, ciężkich, solidnych konstrukcji, składających się pod naporem drugiego jak harmonijka, rozsypujących się jak domek z kart, kruszących się i łamiących jak najdelikatniejsza, upuszczona znienacka na podłogę porcelana. Obserwuję dym unoszący się w powietrze, odpadające części, rozbryzgujące się szkło i cieszę się w duchu, że amatorski kamerzysta nie był wystarczająco ciekawy widoku ciał, a raczej ich pozostałości, których wypadek z pewnością nie oszczędził. 

- Co chwila słyszałem o takich wypadkach - wspomina Mariusz, niemal beznamiętnie, jakby już dawno do tego przywykł. - Tylko to działa troszeczkę tak, że jak człowiek słyszy o różnych kataklizmach, napadach, kradzieżach, zdarzeniach przykrych to myśli sobie, że to mnie nie dotyczy. Wszyscy tak myślimy. Zanim spotka nas coś tragicznego,  to wydaje nam się, że jesteśmy niezniszczalni.

 - Miałem kiedyś kolegę – kontynuuje - prowadził tira i wjechał w inną ciężarówkę która miała awarię i na poboczu była naprawiana. Zasnął za kierownicą i… - Mariusz zawiesza głos przez moment, jakby chciał delikatnie dobierać dla mnie słowa. -  Parę centymetrów i już by nie żył. 

Pytam go, czy widział zdjęcia samochodu. 

 - Widziałem - tragiczne. A co z nim? Jemu nic prawie nic się nie stało. Ale kilka centymetrów, gdyby jeszcze pojechał ułamek metra w prawo, to po prostu konstrukcyjnie jego samochód był tak zbudowany, że gdyby trafił w jeden konkretny element, to zwinęłaby się cała kabina razem z nim. A tak to tylko urwało się pół kabiny a on wyleciał przez przednią szybę. Obudził się na ziemi i widział gwiazdy, podobno myślał, że obudził się w łóżku, a potem okazało się, że naokoło wszędzie jest rozbite szkło. Na szczęście ludzie, którzy naprawiali ten drugi samochód - zdążyli uciec.

Czekamy chwilę, aż żona rozłoży na stole obiad. Mariusz rozgniata widelcem parujące ziemniaki i opowiada dalej:

 - Mnie zdarzyło się to kilka razy. Niby wcześniej czułem się senny, ale nigdy nie sądziłem, że odlecę. Takie rzeczy to się dzieją nagle. Granicy się nie wyczuje. Człowiekowi wydaje się, że da sobie radę, a w pewnym momencie budzi się w na drugim pasie.

Sen nie oszczędza również Kuby. Młody wiek, dobra forma - to wszystko sprawia, że wydaje się nie mieć praktycznie żadnej potrzeby snu i choć faktycznie - okazuje się, że zarywanie nocy nie jest dla niego aż tak dużym problemem,  nawet tacy, jak on, muszą mierzyć się z potrzebą snu. Snu nagłego, drażniącego, niedającego spokoju i niemal bolesnego, a jednocześnie - bardziej na drodze niż gdziekolwiek indziej - niemogącego się wydarzyć. 

- Walczyłem z tym parę razy - przyznaje w końcu. - Kiedyś jechałem o drugiej w nocy i to był najmocniejszy sen w moim życiu - on mnie wręcz zaczynał zabijać od środka. Czułem jak walczyłem z własnymi powiekami, musiałem cały czas być spięty, bo tylko lekko odpuszczałem i jak kurtyna w teatrze - tak sobie po prostu powoli zjeżdżałem z siedzenia. Jeżeli się nad tym nie skupiło to bezwiednie spadały ci powieki i głowa opadała i naprawdę walczyłem ze sobą cholernie przez 40 kilometrów. To też jest bardzo złudne, że jesteś 100km od domu i już od tego czasu tylko widzisz na nawigacji, jak ta droga się skraca, że jesteś coraz bliżej, coraz bliżej i że zaraz się położysz i jak ci będzie dobrze - w ten sposób można bardzo łatwo odjechać. Poza tym jednym z najgorszych momentów jest, kiedy już słońce zajdzie ledwo co i po prostu w tym momencie mózg odbiera to jako „ej, jest coraz mniej słońca, zaraz się trzeba położyć”.

 Kiedy pytam Mariusza o jego moment krytyczny, mówi, że to indywidualne. 

- Dla mnie najgorzej było od godziny 11 do 3-4 nad ranem. To jeszcze zależy od pory roku, od pogody, od przejrzystości powietrza. Jadąc, trzeba być cały czas skoncentrowanym. Im gorsza jakość powietrza tym szybciej męczy się wzrok i tym szybciej człowiek staje się senny. Zawsze najgorsza była pierwsza noc po powrocie. Ponoć wielu ludzi tak ma, że jak się dużo jeździ i mało śpi, to najgorszy jest ten początek, a później ten sen już tak bardzo nie łapie. Oczywiście jest gdzieś granica. W końcu przychodzi ten moment, że człowiek jest już tak zmęczony, że po prostu zasypia. A to niestety też się w tej branży zdarza. 

CZĘŚĆ 4 - Rachunek sumienia 

- Zwykle chodzi o to, że każda firma stara się zrobić jak najwięcej kilometrów - wyznaje ze niesmakiem Mariusz. Robi mi się niedobrze na myśl o zmęczeniu i bezsilności ludzi, przykutych całą dobę do kierownicy, nie mających nawet chwili wytchnienia i ludzi, którzy tak swobodnie zarządzają ich czasem. - Nieraz było tak, że zajeżdżało się na miejsce i od razu był drugi załadunek. Czasem zdarzał się on podczas przerwy - teoretycznie na sen i też nikogo to nie obchodziło. Należy dodać, że ja jeździłem samochodem do 3 i pół tony, gdzie nie obowiązuje czas pracy kierowcy, taki jak w większych ciężarówkach. Nie było w nim zamontowanego urządzenia do monitorowania czasu pracy, więc można było jechać praktycznie non stop, na ile pozwalały siły, albo na ile pozwalał szef. A wiadomo, każdy szef by chciał, żeby jeździć na okrągło 24 godziny na dobę, bo z tego są w tej branży pieniądze. 

W mojej głowie znów pojawiają się sceny z filmów zaproponowanych przez Jakuba, miażdżone osobówki, wywracające się tiry, dym, pył i ogień. Jednocześnie wracam wspomnieniami do - drobnych zwykle - prasowych doniesień, mówiących tak bezosobowo o wypadkach drogowych, całkowicie pomijających winę pracodawców. Może niesłusznym jest tak to spłycać? Tak to ograniczać do dwóch aut i eksplozji? Bo jak tu tak gnać, gnać, gnać do przodu, bez konsekwencji, kiedy nie możesz zatrzymać się na moment i odetchnąć?

- To nie jest tak, że nie możesz - uśmiecha się Kuba nie bez nuty cynizmu. - Ale wtedy dostaniesz po głowie od szefa albo nie dostaniesz pieniędzy. Jak jeździsz większymi ciężarówkami i zrobisz sobie przerwę wcześniej, to ci skraca się dzień pracy, jak skróci ci się dzień pracy, to mniej zarobisz. Jeśli wcześniej przyjedziesz to wcześniej dostaniesz załadunek, a czasem te 5, 10 minut potrafi przesądzić o wszystkim.

- Kiedy jeździłem po Polsce, to było 500-600 km dziennie, a za granicą to czasami nawet z 1500 na dobę - dodaje Mariusz. Jak to była jakaś dostawa  ekspresowa to niekiedy się nie spało cały dzień i całą noc, a czasem nawet ponad dobę. To zależało od tego, o której godzinie trafił się załadunek. Dla większości ludzi przejechanie 200 km to jest porządna wycieczka, my przejeżdżaliśmy w ciągu doby kilka razy więcej. Jest zlecenie, nie ma ograniczeń, to się jedzie. A czasami ilość kilometrów jest tak wielka, a czas tak krótki, że nie ma czasu na sen.

I kiedy się śpi? - wtrącam, choć już znam odpowiedź, która pada chwilę potem:

- Nie śpi się. Takie jest zapotrzebowanie na rynku transportu. Firma bierze zlecenie i wymaga od kierowcy,  żeby dojechał na czas i w papierach wszystko się zgadzało. Nie liczą się mordercze godziny za kierownicą. A wystarczyłoby wprowadzić czas pracy dla wszystkich kierowców, tak jak jest w Niemczech montować tachografy w samochodach powyżej 2,8 tony dopuszczalnej masy całkowitej. Oczywiście Polaków też to dotyczy, ale oni nie mają obowiązku montować urządzeń, tylko wypisują ręcznie, a papier, wiadomo - Mariusz uśmiecha się porozumiewawczo i patrzy mi w oczy, tak, że wszystko staje się jasne - papier jest cierpliwy i wszystko przyjmie. 

Amelia Pudzianowska - Wysłannice Pana Boga

      Koniec. Prowadzą mnie na sąd ostateczny. W mojej głowie kołatało się wiele niepokojących myśli. Zostałam wprowadzona w labirynt z uśmiechniętymi słoneczkami wymalowanymi na ścianach. Moja przewodniczka po tej nieznanej krainie, wydawała się równie zdezorientowana co ja. Uznałam ją za wcielenie Wergilego, szukającego odpowiednich drzwi, prowadzących do zupełnie nowych wymiarów rzeczywistości. Zastanawiałam się, gdzie zaraz trafię: do nieba, czyśćca, czy też piekła?

     Nagle w oddali usłyszałam czyjś krzyk. Miałam ochotę opuścić ten budynek, choć zapomniałam o rzucaniu okruszków chleba po drodze, żeby jakoś wrócić do wyjścia. Widocznie nie było już odwrotu.

     Sala, w której się znalazłyśmy, miała pomarańczowe ściany. W rogu znajdował się ogromny telewizor plazmowy. Na podłodze leżały zabawki, a ściany zdobiły rysunki przypominające sztukę współczesną. Pośrodku pokoju stało pięć wysłannic Pana Boga.

     Nieśmiało zmierzyłam dziewczynki wzrokiem. Zanim zdążyłam dokładnie przyjrzeć się ich twarzom, podeszła do mnie pani Ania. Pokazała gdzie mam powiesić kurtkę i przekazała mi umowę do podpisania. Schowałam papiery do plecaka, w obawie, że nie utrzymam długopisu, próbując za wszelką cenę nie zapomnieć mojego imienia i nazwiska przy podpisywaniu. W rzeczy samej poczułam się nieswojo w swoim własnym ciele, jakbym nie była pewna kształtu mojej duszy. Spojrzałam na plakietkę, którą dostałam w recepcji. Wolontariusz. To jest od dziś moje imię.

    Z gotowością w sercu stanęłam naprzeciw wyzwaniu. Moje pierwsze zadanie stanęło przede mną i zaczęło dotykać mojej twarzy i rąk. Była to jasnowłosa dziewczynka z wiecznie wykrzywionymi ustami w literkę „o”. Jej powieki niesfornie i uparcie opadały na białe gałki oczne. Nie potrafiła mówić, ale zgrabnie opanowała technikę wymownych jęknięć i stęknięć. Po odgłosach, jakie wydawała, wywnioskowałam, że jest zadowolona i prawdopodobnie to ja jestem źródłem jej zadowolenia. Z dumną pozwoliłam, aby dotykała mnie dalej. W pewnym momencie złapała mocniej moją dłoń, przybliżyła ją sobie do twarzy i nagle zaczęła ją z całej siły drapać. Przerażona próbowałam się uwolnić, jednak poczułam zupełnie bezbronna wobec tej małej tylko z pozoru całkowicie niewinnej istoty. Całe szczęście pani Ania zainterweniowała w porę. Dziewczynka została ode mnie oderwana siłą. Moim zdaniem odbyło się to w sposób zbyt brutalny jak na obcowanie z tak delikatnym stworzeniem. Zdawało mi się, że istoty, które napotkałam, są kruche niczym elfy, choć już miałam okazję poznać dotyk ich stwardniałej skóry.

     Na mojej dłoni pojawiła się mała ranka. Po chwili wydostało się z niej kilka kropel krwi. Szybko wytarłam rękawem oznakę pierwszego upokorzenia. Pani Ania niezrażona tym incydentem zaprowadziła mnie do innej dziewczynki. Kolejna podopieczna grzecznie siedziała na krześle i kiwała się z boku na bok, tuląc się do zabawki. Odetchnęłam z ulgą, widząc tak spokojne dziecko. Pani Ania odebrała dziewczynce misia, pomimo jej wyraźnego sprzeciwu. Sprawę załagodziła niebieska piłeczka, która zdobyła wyraźną aprobatę interesantki. Moje zadanie zostało mi odpowiednio sprezentowane, miałam jedynie rzucać piłeczkę do dziewczynki i w razie czego podnosić ją z ziemi, gdyż mała sama nie dałaby rady po nią wstać. W rzeczywistości sytuacja potoczyła się nieco inaczej. Wprawdzie rzucałam w podopieczną piłeczką, lecz ona wcale nie miała zamiaru łapać. Okrągła kulka odbijała się od jej ciała, co nie wzbudzało pozytywnych uczuć ani we mnie, ani w niej. Nie poddawałam się jednak i wciąż podnosiłam pikę z ziemi, tak jak należy podnosić się po każdej porażce. W końcu dziewczynce puściły nerwy i zaczęła głośno domagać się misia. Chociaż nie potrafiła wymówić żadnego słowa, doskonale rozumiałam, co ma mi do powiedzenia. Nie reagowałam na jej narzekanie, zachowując przy tym kamienną twarz, pomimo tego, że na moim czole pojawiły się kropelki potu. W końcu podopieczna zmieniła metodę i dyplomatycznie spadła z krzesła, krzycząc ile sił w płucach i jednocześnie obficie plując śliną. Pani Ania znów musiała interweniować. Patrzyłam zawstydzona na rozpłakaną dziewczynkę z trudem podnoszoną z ziemi. Inne wolontariuszki bawiły się z grzecznymi dziećmi, z którymi zdążyły już złapać dobry kontakt podczas wcześniejszych spotkań. To był mój pierwszy raz w tej nowej rzeczywistości, moje pierwsze dziesięć minut, a ja wprost nie mogłam oderwać wzroku od wskazówek zegara.

    Pani Ania wydała rozkaz i ustawiliśmy krzesełka w okrąg. Następnie usadziliśmy na nich dzieci, niektóre z większym, niektóre z mniejszym wysiłkiem. Ze smutkiem spostrzegłam, że każda wolontariuszka ma swoją podopieczną, a przy mnie krzesło jest puste. Z jednej strony była to dla mnie szansa na chwilę oddechu, jednak nie w głowie było mi oddychanie w obliczu obcowania z tak nadzwyczajnymi istotami. Wtem drzwi otworzyły się i do sali została wprowadzona dziewczynka o kulach. Wydawała się starsza od reszty. Uśmiechała się pogodnie i nawet dość rozumnie patrzyła w nasze twarze. Usiadła na moim krzesełku i zaczęła się ze mną pogodnie witać. Zaskoczyło mnie to, że potrafiła mówić. Wzruszyło mnie jej zamiłowanie do przytulania, choć momentami ten silny uścisk sprawiał lekki ból. Trzymała mnie, jakby się czegoś obawiała. Jakby chciała, żebym ją obroniła.

     W pokoju rozległa się spokojna muzyka. Pani Ania kolejno wydawała polecenia ruchowe skierowane do dziewczynek. Prawa rączka w górę. Lewa rączka w górę. Oczywiście, żadna z nich nie miała najmniejszego zamiaru wykonywać jakiegokolwiek ćwiczenia. Dlatego właśnie potrzebni są wolontariusze. W takich momentach rzeczywiście czuje się podskórnie, że z powodu jakiegoś rozumnego zrządzenia wszechświata, stoi się na tej ziemi w miejscu idealnie przeznaczonym. W rezultacie musiałyśmy trzymać ręce lub naszych podopiecznych i wykonywać z nimi odpowiednie manewry. Taki stan rzeczy daje wrażenie dziwnego złączenia z drugim człowiekiem, kiedy można, choć na chwilę stać się jego ręką lub nogą. Kiedy unosi się te chore członki, można odnieść wrażenie, że swoim własnym zdrowiem i siłą, nadaje się im niezwykłą moc. Rzecz sama w sobie nie była prosta, gdyż niektóre dzieci wierzgały, krzyczały, a nawet gryzły nas po rękach. Pani Ania prosiła, groziła, aż w końcu jedna z dziewczynek została ostentacyjnie wyprowadzona z sali. Bardzo mnie poruszył widok wleczonej po ziemi wrzeszczącej ślepej dziewczynki. Pomimo doniosłości tej sytuacji, na reszcie podopiecznych prawdopodobnie nie zrobiło to żadnego wrażenia, śmiem twierdzić nawet, że mogły na to nie zwrócić uwagi lub po kilku sekundach w ogóle zapomnieć o nieobecnej. A życie toczyło się dalej.

     W późniejszym czasie zdarzały się również ćwiczenia, które polegały na ciągnięciu dziewczynek po całej sali za nogi. Choć czynność ta może wydawać się wysoce niepożądana dla tak wrażliwych i delikatnych istot, to można stwierdzić, że w końcu stała się ona zdecydowanie ich ulubionym zajęciem. Moim niestety niekoniecznie, gdyż podopieczna, którą mi przydzielono, miała lekką nadwagę. Nie chciała wykonywać żadnych innych zadań, jedynie kładła się na podłodze i czekała aż zacznę ją holować. Jedynym rezultatem moich wysiłków, by nakłonić ją do choćby poruszania ręką, był jej przeciągły krzyk i splunięcie wprost na moją bluzkę. Jednak po jakimś czasie zupełnie przestałam przejmować się porażkami, jakie pozornie czekały na każdym kroku. Już nie miało dla mnie znaczenia to, czy inne wolontariuszki krzywo się będą patrzeć. Właściwie, to liczy się tylko ten jeden poprawnie wykonany ruch stopą w rytm muzyki, który uda się nam wspólnie osiągnąć w stanie pomiędzy szarpaniną a zupełnym bezwładem.

     Zdarzają się jednak przypadki, w których niemożliwy jest nawet choćby jeden pozytywny ruch w przestrzeni. Stan, w którym żałośnie zastyga się pod naporem cierpienia. Z bezsilności można jedynie krzyczeć, wzywać na pomoc lekarstwo, które nie istnieje. Byłam świadkiem takiego stanu świadomości, kiedy to moje serce boleśnie ściskał przeciągły jęk dziewczynki, która przez całe zajęcia leżała skulona w kącie. Kiedy z innymi wolontariuszkami podchodziłyśmy do niej, aby swoimi magicznie zdrowymi rękami, wprawić jej kończyny w ruch - mimo naszych najszczerszych chęci, dziewczynka nie była w stanie wypowiedzieć żadnego innego słowa niż „boli”. Co jakiś czas podnosząc w górę dłoń, by odgonić nas jak muchy. W jej małej osóbce kłębiło się tyle negatywnych emocji, od skrajnej rozpaczy, do niepohamowanej wściekłości za niewyobrażalne cierpienie. Próbowałam nawet zapomnieć o jej obecności, żeby nie czuć tego dziwnie nieprzyjemnego łaskotania w środku. Kiedy jednak już patrzyłam w jej stronę, to widziałam jedynie skuloną postać leżącą na karimacie twarzą do ściany. Nie potrafiłam sobie nawet wyobrazić, jak może wyglądać jej twarz. Czułam jednak, że to właśnie w jej obecności stoję twarzą w twarz z niedostępną dla mnie tajemnicą istnienia.

     Kiedy przekracza się próg Specjalnego Ośrodka Szkolno – Wychowawczego dla Dzieci Niewidomych, można odnieść wrażanie, że wstępuje się do jakiegoś innego świata. Kontury ulegają rozpłynięciu się i w pewnych momentach wręcz ciężko jest stwierdzić, kto tu jest potrzebującym, a kto wielkodusznym pomocnikiem. Podczas moich pierwszych wizyt w tej placówce, czułam pewien dystans, kiedy widziałam, że dziewczynki drapią się po twarzy do krwi, obficie się opluwają, czy nawet bez skrępowania dotykają swoich części intymnych. Z czasem zachowanie małych przyjaciółek, przestaje dziwić i odrzucać. Między innymi przykry zapach, początkowo tak ciężki dla mnie do zniesienia, przestał mieć jakiekolwiek znaczenie. Po czasie zdarzało mi się zapomnieć, że po każdym spotkaniu należy myć ręce. Przestałam się bać. Przestałam się brzydzić. Już nie umywam rąk od odpowiedzialności. Wszyscy jesteśmy ludźmi, po równo.

    Koniec spotkania zawsze wiązał się dla mnie z niejako poczuciem ulgi, ale i niedosytu. Opuszczając mury budynku, będącego w istocie wielkim labiryntem, czułam, że moje imię pozostawione w księdze wpisów, należy już do kogoś innego, jakiejś innej wersji mnie. Jakbym była bardziej człowiekiem niż przed godziną. Chociaż moje koleżanki, wychodząc z ośrodka, zaczynały ostro przeklinać i plotkować, to jednak nie mogłam pozbyć się wrażenia, że są one żywymi aniołami. W mojej pamięci wciąż widoczny był obraz ich olśniewającego piękna, gdy tuliły w ramionach oplute i wykrzywione dzieci. W głębi ich spojrzenia mogłam dostrzec łagodność, uzewnętrzniającą się za każdym razem, gdy miały kontakt z potrzebującym. Zresztą, dziewczyna, która mnie przyprowadziła na wolontariat, rozpoczęła w późniejszym czasie studia pedagogiczne, gdyż tak bardzo pokochała te dzieci. Nas wszystkich złączyła ta niewiarygodna tajemnica egzystencji, jaką wspólnie odkryłyśmy w tej małej pomarańczowej salce. Tajemnica, którą mamy obowiązek ogłosić światu jako nowe orędzie nadziei. Tak, jest dla nas nadzieja. Ludzkie życie ma sens.

    Dostałam w życiu niewiarygodną szansę obcowania z wysłannicami Pana Boga. Te małe agentki tworzą zastępy Jego armii na ziemi. Mocno wierzę w to, że jeśli jest na świecie jakiś łącznik, pomiędzy tym, co ziemskie a tym, co duchowe, to musi on znajdować się w istocie istnienia tych niepełnosprawnych dziewczynek. To właśnie one są w stanie zmiękczyć nasze kamienne serca swoją prostotą i niewinnością. Zwrócić nasze ślepe oczy na prawdziwe wartości. Nauczyć nas od podstaw jak należy żyć. Uratować ten świat.

Patryk Śliwa - Samotność kłosa

Ukraińska wieś Pukhivka. Pozostałości po domu Svietłany są już znikome. Tu niegdyś stała maleńka chatynka z dwoma izdebkami. Firanka nie zwisa już z masywnej ramy okna, podłoga dawno się zapadła, a czas i natura zamieniły to miejsce w część lasu. Błotnista droga biegnąca wzdłuż rzeki nie istnieje. Zniknęła. Znajduje się tu teraz gęsta warstwa krzewów. Woda nie dosięga więcej niż pół metra. Jej bieg jest nieustanny. Pamięta ten czas, gdy umierało ich tysiące. Wszyscy bez wyjątku. Los niewinnych ludzi i miliony nieopowiedzianych historii... Rzeka i las... niemi świadkowie tamtych dni. Dni Wielkiego Głodu...

Idziemy w kierunku lasu, Svietlana podpiera się na ciemnej, drewnianej lasce. Stawia drobne kroki, uważając przy tym, aby nie upaść. To właśnie tu, jako 10-letnia dziewczynka widziała rzeczy straszne. Jej wspomnienia zlewają się ze sobą, ale dalej pamięta wszystkie te chwile 

 -Podejdź tu do mnie, drogie dziecko - milczy - spójrz proszę na to miejsce. Widzisz to wgłębienie? To tam uciekałam - wraca do wspomnień.

Właśnie dowiedziałam się, że zaaresztowano tatusia. Mama została w polu. Maleńka Adela podbiega do mnie. Pisk przeszywa moje uszy. Jestem głodna. Nie jadłyśmy nic od dawna. Strzał pistoletu. Nie żyje. Mamo, gdzie jesteś? Mamusiu… dlaczego? Widzę jej wiotkie ciało. Odeszła. Żal przeszywa mnie w całości. Łzy podchodzą mi do oczu. Gardło się zaciska. Otwieram drzwi. Biegnę do lasu. Pusta przestrzeń. Cisza. Ptaki odleciały już dawno. Żadnych ziaren. Nic. Głód. Liście opadły z drzew, a zielone niegdyś krzaczki jagód zamieniły się teraz w suche sterty łodyg. Idę dalej. Drzewa, drzewa i jeszcze raz drzewa. Jedno podobne do drugiego. Wysokie i smukłe. Jest zimno. Nie czuję się bezpiecznie. Zauważam kilka patyków. Biorę je do rąk. Są zimne. Upuszczam je. Samotność. Pustka. Samotność. Trwoga. Szum rzeki. Myśli dobijają się do mnie z każdej strony. Docierają coraz szybciej. Przerażenie. Szum rzeki. Płynie coraz prędzej.  Idę w jej stronę. Boję się. Krzyk ludzi. Znów ktoś umarł. Zerwane kłosy. Liczę do pięciu. Strzał. Widok wsi. Domy kryte strzechą. Bieda. Kilkoro dzieci wchodzi do rzeki. Ich wychudzone sylwetki majaczą w oddali. Spoglądam przed siebie. Nie ma nic. Jestem już tak daleko. Mama na pewno już czeka. To nie może być prawda. Ona tam jest.

Z lasu dobiega krzyk. Idą tu. Uciekaj. Dwóch mężczyzn podchodzi do mnie. Są ogromni. Podłużne twarze. Jeden z nich ma brodę. Jest gruby. Dotyka mnie. Nie. Odejdź. Nie przestaje. Mija dużo czasu. Nie chcę tego. Biegnę przed siebie. Kryję się i płaczę. Łzy spływają mi po policzkach. Svietlana nie bój się... Wytrzymaj. Bądź silna. To tylko zły sen. Obudź się. Nora lisa. Wchodzę. Ciemność. Pustka. Samotność. 

- Przed kim?- wpatruje się w dal i milczy. Nie odpowiada.

-Kogo tam widzisz?- pytam się jej. -siebie- jej twarz staje się pochmurna. Pojedyncza łza spływa po policzku pokrytym zmarszczkami. Podaje mi rękę i delikatnie zaciska. Jest ciepła i miękka. Uśmiecha się.

Widzę murowany kościółek. Strzeliste wieże górują ponad wsią. Jest niesamowity. Ciche, ukryte piękno.

 Idziemy dalej. Stąpając po ziemi, na której kiedyś umierali ludzie - przeraża, ale i fascynuje. Umierali bez żadnego powodu. Cholernie ciężkie czasy, jednak oni starali się przeżyć . Przeżyć za wszelką cenę. Wytrwać. Dać sobie radę. Jedzenia brakowało, a oni i tak pokonywali przeszkody. Byle przetrwać.

-Jak zdobywałaś jedzenie? Co jadłaś?

 –Wszystko, co udało nam się znaleźć. Czasem były to szyszki, mech, trawa. Zwierząt nie było. Jak już się pojawiły był to cud. Zakazy i represje ze strony Sowietów były straszne. Ogromne kary. Za zerwanie pięciu kłosów można było zginąć. Okres wielkich zmian na świecie. Czas, w którym rozwijało się wszystko. Pamiętam, że raz zaproszona zostałam na kolację do sąsiadów. Było to w marcu... Wychudzona i samotna szłam ciemną ścieżką. Nie miałam butów. Marzłam. Zbliżałam się powoli do drzwi wejściowych. W izbie unosił się zapach mięsa. Czułam go tak dawno... Nagle ogarnęło mnie przerażenie. Spojrzawszy na podłogę zauważyłam krew. Ciągnęła się aż do drzwi kuchennych. I zrozumiałam, co to było. Ludzkie mięso. Uciekłam. Strach otaczał mnie z każdej strony. Byłam przerażona. Bałam się być sama. Adela zmarła miesiąc wcześniej. Pogrzebałam ją ostatkiem sił. Miała zaledwie cztery lata. Musiałam przeżyć.

 Zwalniamy tępa. Powoli zmierzamy w kierunku samochodu. Wsiadamy. Odpalam silnik. Svietlana uśmiecha się. Robi się ciemno. Ciężkie ołowiane chmury zasłaniają niebo. Jest już wieczór. Staruszka zasypia. Jako jedna z ofiar Głodu jest dla mnie bohaterką. Jej zmęczona twarz spokojnie opada. Docieramy do Kijowa. Godzina 19. Miasto oświetla milion świateł. Widok jest niesamowity.

 Jesteśmy na miejscu. Dom Svietlany. Małe dwupokojowe mieszkanko. Pani Luba otwiera nam drzwi. Pomaga kobiecie zdjąć płaszcz i obejmuje ją. Zaprasza mnie do salonu. Siadamy przy stole. Stoi na niej wazon z kwiatami, a obok niego leży gazeta. Słyszę tykanie zegara. Luba z kuchni przynosi herbatę. W oknie pali się samotna świeczka. Jej płomień przypomina o tych, którzy zginęli, a pamięć po nich trwa w ciszy. Nikt o tym nie mówi. Smutek. Zaduma.

Wychodzę z mieszkania. Wracam do hotelu. Noc. Telefon. Dzwoni Luba.

 I znowu wieś Pukhivka. Rzeka płynie dalej. Las rośnie, a czas mija. Cmentarz. Chata z dwoma izdebkami. Historia dziewczynki. Anioł. Śmierć. Svietlana jest już po drugiej stronie. Odeszła wczoraj. Cisza. Pustka. Nie ma jej. Zasnęła. Ale jej historia dalej istnieje. Świeczka, szyszki, kora drzew.... na zawsze będą brzmieć jej ciepłym głosem. Siedzę nad wodą. Wpatruję się w stare domy. Jest pięknie. Wieczór. Wieś Pukhivka. Ukraina. 

2020  Ogólnopolski Turniej Reportażu im. Wandy Dybalskiej   globbersthemes joomla templates