Wiktoria Całus - Nie wiem, jak będzie w tym ciągłym pędzie

Według danych Departamentu Rynku Pracy MRPiPS młodzież to grupa najbardziej narażona na problemy rynku pracy, bezrobocie oraz mająca najmniejsze perspektywy awansu. Wydaje się to absurdalne. Miejscem młodzieży jest szkoła średnia, uczelnia wyższa. A jednak w Polsce pracuje co czwarta osoba z grupy wiekowej 15-24 lata. Jestem jedną z nich. Mam osiemnaście lat. Pracuję od czterech lat.

- Zrobi mi pani loda? – słyszę chyba po raz czternasty tego dnia. Zrobię. Pewnie. Za to mi płacą. Im więcej zrobię, tym więcej zarobię. Pracuję tak już od dwóch, może trzech lat. Wcześniej robiły to moje siostry. Praca w budce z lodami przechodziła u nas w rodzinie, rzec można z pokolenia na pokolenie. Dzisiaj zaczęliśmy o 7:00. Jest niedziela. Pierwsi klienci pojawiają się zwykle około południa, ale trzeba zająć miejsce, rozstawić budę, niekiedy ją umyć i posprzątać. Potem zaczyna się coś, co ja nazywam „kwitnięciem”. Siedzę i czekam, aż ktokolwiek się pojawi i pączkuję nudą. Czasem czytam, czasem przeglądam Internet w komórce, choć mój pracodawca tego nie lubi. Czekam też aż wstanie Magda, czy Aśka, one zwykle odsypiają weekendowe imprezy i na pierwsze „niusy” mogę liczyć w porze obiadowej. Wcześniej nie ma co, rówieśnicy żyją nieco innym trybem, niż ja. Oni żyją na garnuszku rodziców. A ja decyduję o sobie sama. Coś za coś.

Życie

Piątek, 14:00. Kończę lekcje i wybiegam z sali. Biegnę na pociąg, który na dworcu powinien być za 16 minut. Jak się spóźnię, dostanę drugie upomnienie i zwolnią mnie z pracy. Tym razem pracuję w markecie oddalonym od mojej szkoły o 35 km. W weekendy przyuczam się do pracy kasjera. Zmiana w markecie zaczyna się punkt 15:00 i  muszę być na odprawie. Pracuję tam już trzy miesiące, ale wciąż noszę plakietkę z napisem „Uczę się”. Mogłabym jej nie zdejmować. Od poniedziałku do piątku uczę się też w trzeciej klasie technikum na profilu technik organizacji reklamy. Nocami odrabiam lekcje, uczę się do klasówek. Często zasypiam. Niewiele znam osiemnastolatek żyjących w takim tempie jak ja. W zasadzie żadnej.

Dom

Właśnie się z niego wyprowadziłam. Niespełna cztery miesiące po uzyskaniu pełnoletniości. Dojazdy do szkoły, mimo, że trwały stosunkowo niedługo mocno uszczuplały zasób mojego czasu wolnego, snu, życia towarzyskiego. Małe miejscowości mają to do siebie, że nic się
w nich nie dzieje. „Pekaesy” kursują rzadko, a młodzież włóczy się po ulicach lub siedzi
w Internecie. Nuda.

Z rodzicami też ciężko znaleźć wspólny język. Inne potrzeby, inne oczekiwania. Presja na oceny, czerwone paski, brak entuzjazmu z powodu osiągnięć. Podcinanie skrzydeł, ciągłe porównywanie do innych. Nikt nie chce słuchać takich rzeczy.

Do wynajętego mieszkania wprowadzam się z chłopakiem. Mamy dwa pokoje, własne meble i od miesiąca tkwimy w remoncie. Wszystko robimy sami, oboje pracujemy, ja jeszcze się uczę. Nie ma kiedy, padamy ze zmęczenia.

Szkoła

Technikum to nie przelewki. Matura to nie przelewki. I życie to nie przelewki. Ciągle wpajane nam słowa przypominają o tym, że przed nami egzamin maturalny, egzaminy praktyczne, że musimy się życiowo określić, zdecydować, co chcemy robić w życiu, gdzie chcemy studiować, kim chcemy być. Nie wiemy. Ja też nie wiem. Trudno myśleć o przyszłości, gdy dostało się banię z gegry, matma kuleje, a ja nie mam kiedy przeczytać biblii dziennikarstwa, którą pożyczyłam od polonistki. Nie interesuje mnie 70% wpajanych mi treści. Nie czuję się ignorantką, oceny mam dobre, po prostu nie potrafię znaleźć praktycznego zastosowania większości wiedzy stanowiącej podstawę programową. Podobnie jak moi rówieśnicy, nie znam się na podatkach i nie potrafię samodzielnie rozliczyć PIT-u. W tym roku będę to robić pierwszy raz. Zapewne z darmową płytą z „Wyborczej” lub innej gazety.

 W szkole idzie raz lepiej, raz gorzej. Nauczyciele mają swoje sympatie i antypatie, jedni rozumieją, inni nie. Jedni doceniają, inni nie. Siłą rzeczą sympatyzuję z tymi, którzy we mnie wierzą, dodają otuchy, motywują, wspierają w obliczu porażek. Trudno o dystans emocjonalny, gdy tkwi się w tym wszystkim razem.

Konkursy

Nie wiem, ile z nich wygrałam. Zaliczyłam kilka podium, tytułów mistrza, jakieś wyróżnienia. To jak skok na bungee, chwila adrenaliny i chcesz więcej. Nie wiem, kiedy to się zaczęło. Jakaś ambicja i entuzjazm tkwiły we mnie zawsze. Trzeba tylko trafić na kogoś, kto je ze mnie wydobędzie. Wsparcie ze strony polonistki, jej prywatne poświęcenie, kontakt. Nieocenione. Ale i nerwy, i presja. Bo każdy się kiedyś wypala, a ona nie pozwala odpuścić. Jeszcze to, jeszcze tamto. A ja lubię i pisać, i recytować, czasem zrobić prezentację. „Zaplusować” to tu, to tam. Żebym mogła kiedyś powiedzieć, że „z wielu pieców się jadło chleb”.

Pierwsze zwycięstwo ogólnopolskie. Euforia. To był totalny haj. Piszczałam do słuchawki wiedząc, że w ogóle zapraszają mnie na rozdanie nagród, że jestem w gronie finalistów. Pierwsze miejsce było daleko poza zasięgiem moich marzeń. Nie pamiętam, jak odbierałam nagrodę, co mówiłam, kto mi ją wręczał. Totalny odlot. W niedługim czasie kolejny sukces, na miarę pierwszego. Wow.

I nagle nie chcesz już robić tego, co dotychczas, tylko szukasz tematów, ludzi, inspiracji, czytasz
i bierzesz udział w jednej rywalizacji za drugą. Porażki budzą srogi zawód. Każdy konkurs to wiele pracy, nauki, konsultacji. To poświęcenie jakiejś klasówki, „położenie” jakiegoś tematu, bo przecież nie da się łączyć wszystkiego naraz. Nikt nie jest w stanie żyć z minutnikiem w ręku, budzić się we właściwej fazie snu i funkcjonować na najwyższych obrotach. Z czegoś czasem muszę zrezygnować.

Emocje

Totalna huśtawka. Dużo złości, dużo zmęczenia, bo presja. Bo rosnące oczekiwania względem siebie
i samoocena budowana na dobrze wykonanych zadaniach. Porażki, to długa droga w dół, ale na krótko, bo gonią terminy. Trzeba właściwie ustalać priorytety, nie zawsze jeszcze potrafię.

Rówieśnicy

Rzadko rozumieją. Niewielu jest takich, jak ja, to nie kwestia wyjątkowości, a warunków. Nie wszyscy muszą pracować. Nie każdy ma ambicję, by się uczyć. Pomysł na siebie. Potrzebę rywalizacji. I nie wiem co jeszcze. Większość skupia się na imprezach, życiu w sieci, „ajfonie”, snapach i Instagramie. Dziewczyny chcą wyglądać. Chłopaki – sama nie wiem, na tym etapie chyba po prostu potrzebują luzu i wszystko robią dla „beki” lub „funu”. Ja żyję poważnie. Staro. Dorośle. Czasem mnie to uwiera

Ja

Czuję, że warto. Właśnie zakwalifikowałam się do olimpiady – niedbale pisanym w nocy tekstem. Nawet nie pamiętam o czym. Publikuję w lokalnej gazecie oraz dwutygodniku ogólnopolskim. Dostaję pierwsze pieniądze za swoją dziennikarską pracę. Za zdobyte stypendia urządzam wynajęte mieszkanie. Po godzinach. Babcia zawsze mówiła, że cierpliwością i pracą ludzie się bogacą.

Nie narzekam. Nie mam na co. Mam solidny bagaż doświadczeń, którego koledzy i koleżanki mogą mi zazdrościć. Marketowe anegdoty, opowieści o namolnych czy podpitych klientach, amory pryszczatych blondynów. Co za różnica, gdzie ich spotykam. Praca, szkoła, łączenie ról. Wcześniej czy później czeka to każdego.

Owszem, bywa ciężko. Mówią, że co nas nie zabije, to nas wzmocni, choć psycholog  Jacek Walkiewicz mówi, że to nieprawda. „Co nie zabije to, nie zabije( …). Potrafi sponiewierać
i zostać na całe życie.” Może tak być. Może kiedyś poczuję, że coś straciłam. Że coś ważnego mnie ominęło i ten żal zostanie na całe życie. Ale niektóre rzeczy wcale nie muszą być kwestią naszego wyboru.

P.S.

Od polonistki:

Wiktoria właśnie napisała mi smsa: „Nie ma mnie w szkole. Jak coś poprawki naniosę
w domu. Nie mogę się ruszyć. Chyba mnie zawiało. Za trzy godziny przychodzi do mnie rehabilitant, by mnie rozmasować. Wczoraj wróciłam z pracy o północy. Poszłam spać o trzeciej. Jestem nieżywa. Nie mam już siły”.

Często mi tak pisze, ale zawsze znajduje siłę, energię, by wziąć udział w konkursie, złożyć gazetę,  napisać projekt, by działać w Samorządzie Uczniowskim i zarażać - mimo wszystko - swoim optymizmem.