Michał Mańkowski - Płomień

 05 kwiecień 1989 roku

      Trwa najcieplejsza wiosna od czasów II wojny światowej. Obrady Okrągłego Stołu dobiegają końca. Lech Wałęsa, Jacek Kuroń, Adam Michnik, Tadeusz Mazowiecki i jeszcze wiele innych nazwisk… Zaraz wymienią uroczyste uściski dłoni, poklepią się wzajemnie po plecach. Być może kilku uśmiechnie się w przypływie niepohamowanej euforii. Inni zachowają powagę, wiedząc, że prawdziwe wyzwania dopiero przed nimi. Wszyscy wrócą do domów, dzieci, monotonii jeszcze długo komunistycznej codzienności. W Pałacu Namiestnikowskim, przyszłym Pałacu Prezydenckim, w ciemnej sali kolumnowej pozostanie jedynie stół. Czternaście płyt stolarskich, pokrytych okleiną dębową, niepolakierowanych od spodu. Wyprodukowany przez dwadzieścia osób w Zakładach Wytwórczych Mebli Artystycznych w Henrykowie. Ponoć wszyscy pracownicy otrzymali wysokie premie za tempo pracy. Dzisiaj stół stoi za szklaną szybą. Czasem odbywają się przy nim lekcje historii. Stał się jedynie ciekawostką, eksponatem, wspomnieniem tego, co pozornie nieaktualne.

04 czerwiec 1989 roku

    Paradoksalnie z „Zachodu” wędruje do Polski chłodny front atmosferyczny, który przynosi ulewne deszcze i burze. Ale nie ma to znaczenia dla Polaków. Wychodzą z domów, żeby wziąć udział w pierwszych częściowo wolnych wyborach. Mój brat ma pół roku i 10 tetrowych pieluch z przydziału, które tato codziennie „gotuje” przed wyjściem na wykłady. Mama za kilka dni będzie bronić pracę magisterską i jeden z oceniających zapyta ją, czy wie, co to jest Unia Europejska. Dzisiaj czasem to wspomina i mówi, że wtedy łatwiej jej było odpowiedzieć na to pytanie.

20 lipca 2017 roku

     Gorące lato, wakacje przed trzecią klasą Gimnazjum. Myślę o dziewczynach, smukłych nogach, wymalowanych twarzach, książce od Agaty, serialach. Święcą triumfy ,,Narcos „i „Bojack Horseman”. Młodzież rozsmakowuje się w brutalności, wyimaginowanej potędze i syntetycznej depresji. Wszyscy chcemy być jak gwiazdy sitcomów z lat dziewięćdziesiątych. Wypaleni, znający obrzydliwą, bolesną prawdę o bezlitosnej rzeczywistości.

 Włócząc się po mieście, nieograniczeni czasem i szkolnymi zajęciami, snujemy z Kubą opowieści, przemierzając utarte szlaki. Do domu wracam wieczorem.

-Cicho!- wzdrygam się od stanowczego tonu mamy. Salon wypełnia półcień, jedynym źródłem światła jest ekran telewizora. Tłum ludzi zgromadzony pod Pałacem Prezydenckim. Transparenty, ruch, kolorowe światła. Atmosfera w domu staje się podniosła. Kamera lata nad tłumem, ukazując morze ludzi, nieograniczone ulicą, formułą marszu, rozlane na dużej przestrzeni.

- Ludzie wyszli dziś na ulice Warszawy oraz kilkudziesięciu innych polskich miast zaprotestować przeciwko zmianom w ustawach o Krajowej Radzie Sądownictwa i Sądzie Najwyższym – zaczyna relację reporterka stojąca tuż przy zaimprowizowanej scenie.

Siedzimy z rodzicami pogrążeni w ciszy, przejęci chwilą. Kamera znowu odlatuje, pozwalając nam ujrzeć ogrom tłumu. Nikt nie wykrzykuje podniosłych haseł. Jest tylko ilość, niepohamowana, niepowstrzymana, emanująca potęgą. Z kolorowego ekranu telewizora wylewa się nieznane mi dotąd poczucie wspólnoty, jedności. Nieważne kto stoi w tej anonimowej masie, opatrzonej niebieską ramką telewizyjnej animacji. Ważne, że jest Polakiem. Ważne, że ma prawo do wystąpień, z którego czynnie korzysta.

Przez chwilę nikt z nas się nie odzywa. Gdzieś w duchu, w myślach, nadajemy temu wydarzeniu personalny wymiar. To nie kilka transparentów na krzyż, głos wąskiej grupy ludzi. Dzisiaj na ulicę rzeczywiście wyszła Polska.

Podest przed Pałacem Prezydenckim, na podeście tłum. Ktoś podnosi mikrofon do ust. Szanowni Państwo, pan Wojciech Pszoniak w wierszu ,,Który skrzywdziłeś” Czesława Miłosza. Pszoniaka widziałem wcześniej w ,,Dantonie” Wajdy. Emocje ściskają serce, kręgosłup sam się prostuje, policzki płoną wzruszeniem. Jeśli ktoś ma powiedzieć coś uniwersalnego, prawdziwego, apolitycznego, to właśnie On. Zbliżenie… ,,Który skrzywdziłeś człowieka prostego, śmiechem nad krzywdą jego wybuchając, gromadę błaznów koło siebie mając, na pomieszanie dobrego i złego, choćby przed tobą wszyscy się kłonili cnotę i mądrość tobie przypisując…”. Pszoniak czyta z kartki, dosyć teatralnie, akcentując koniec każdego wersu. Sprawia wrażenie nauczyciela, który gani uczniów. Nie wiem dlaczego, ale wracają sceny z Dantona. Czuję niepokój. 

24 lipca 2017 roku

     Od wydarzeń pod Pałacem Prezydenckim mijają zaledwie cztery dni. Zdążyłem w tym czasie pojechać na wieś do dziadków, skończyć ,,Ptaśka” Whartona i rozpocząć nowy zapis w dodatku do trzeciego Wiedźmina. Spaceruję z dziadkiem, który rozmawia z prawie każdym napotkanym przechodniem. Zna tu wszystkich. Ich życiowe historie, usposobienie, przyzwyczajenia, poglądy. Rozmawiają o nowej drodze do Bielawy, o renowacji basenu miejskiego, o dzieciach, wnukach. Czasem ktoś wspomni protesty, Andrzeja Dudę, decyzję, którą musi dziś podjąć. Dziadek, zwykle skory do rozmów o polityce, odgradza się niewyszukanym: ,,zobaczymy jak to będzie” albo ,,czego by nie zrobił, my już nie mamy na to wpływu”. Wszyscy ostrożnie „omijają” ostatnie wydarzenia. Bardziej ożywiają się mówiąc o upale. Podnoszą głos, akcentują: ,,Panie Piotrze, ja to tam jeszcze wytrzymuję, ale z psami to jest prawdziwy koszmar. Pan popatrzy na mojego, język wywieszony, ledwo się może podnieść, tak mu gorąco”. W gruncie rzeczy z Polską łączy ich tylko mniej lub bardziej wyimaginowane poczucie przynależności. Wszystko inne jest… tutejsze, oderwane od tamtych haseł i wydarzeń. To jedno z tych miejsc, których nie sposób poznać, nie stając się ich częścią. Mam wrażenie, że tutaj nie ma tej Polski rozdartej, podjudzanej. Ludzi łączy dziurawa droga i niedziałający basen. Cała reszta to tylko odległe, teoretyczne problemy. Ten nastrój również mnie się udziela. Aż do południa.

Razem z babcią jemy obiad. Włączam telewizor. Szara mównica, granatowa kurtyna w tle, flaga Polski na lewo od mównicy. Przez pierwsze kilkanaście sekund panuje zupełna cisza. Na pasku informacyjnym widnieje pogrubiony napis ,,ANDRZEJ DUDA ZARAZ OGŁOSI DECYZJĘ W SPRAWIE USTAW O KRS I SN”. Babcia rzuca: ,,No to teraz się dowiemy… Kurcze, zaraz zobaczymy, Jezus Maria”. Podnoszę do ust kolejną łyżkę rosołu. Na mównicę wchodzi Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej. Idzie zdecydowanym krokiem, z podniesioną głową. Szybko zajmuje swoje miejsce, zaczyna mówić. Niemal od razu padają najważniejsze słowa. Reszta to już tylko niepotrzebne tłumaczenia.

-No popatrz, popatrz… Ale go zjedzą teraz za to, no popatrz, popatrz…- babcia podpiera brodę lewą ręką, nachyla się do telewizora, wiem, że czuje ulgę. Zaczyna rozmawiać z dziadkiem, jak może być dalej. A we mnie znów niepokój.

05 października 2017 roku

Pochmurny dzień. Strasznie wieje. Jak w każdy czwartek miałem po lekcjach powłóczyć się po mieście, zjeść pączka z nadzieniem różanym, odprowadzić Karolinę na trening. Poczuć jak lubię z nią rozmawiać i nic więcej. I poczuć jakie to ważne, że nic więcej. Ale aura zmieniła plany. Rozmyślam leżąc na kanapie.

 -  Zrób coś sensownego. Zacznij w końcu coś działać, nie trać tyle czasu na głupoty! Znów coś czytasz w necie?! Jak już marnujesz czas, to czytaj chociaż coś po angielsku!- mama potrafi przerwać myśl!

Głowa zaczyna boleć od myśli, gniewu. Już nic tutaj nie udowodnię. Zamykam drzwi pokoju. Miękka kanapa nieco uspokaja aksamitnym dotykiem. Absolutna bezsilność. Czuję się, jakbym został gwałtownie wybudzony z głębokiego snu. Serce wali jak oszalałe, spojrzenie biega po białej teksturze sufitu, z trudem ruszam kończynami. Mięśnie wydają się zwiotczałe, niemal bezużyteczne. Trochę z przekory a trochę przez wzgląd na słabe samopoczucie, odpalam youtube’a. Najpierw karta na czasie, później subskrypcje. Ator dodał kilka filmów, Abstra w końcu wrzucili coś nowego, Pyta.pl dodał relacje z czarnego protestu. Wybieram ostatnią pozycję. Kobiety kultywują tradycję marszów wymierzonych przeciwko ustawie antyaborcyjnej z 2016 roku. Na takiej manifestacji nie może zabraknąć znanych z prowokujących pytań i nonszalanckiego podejścia dziennikarzy kanału Pyta.pl. W międzyczasie przewijają się kadry z zeszłorocznego protestu. Grupa młodych ludzi śpiewa piosenkę zespołu El Banda ,,Wściekły Szpaler”. Jedna z dziewcząt uśmiecha się jakoś tępo, bez wyrazu. Twarz chłopca stojącego obok niej wykrzywia wyraz radykalnego niezadowolenia. Wygląda trochę jak niesforny uczeń podczas szkolnej akademii. Ktoś krzyczy, ktoś skanduje. Wszyscy trzymają się za ręce. Nie chcę tego oceniać. Nie dzisiaj. Dorośli po raz kolejny powodują, że się boję, że czuję konieczność oceniania, stawania po którejś ze stron. A ja chcę tylko słuchać jak gwiżdże wiatr i cieszyć się, że gwiżdże za szczelnie zamkniętym oknem.

20 listopad 2018 roku

       Spadł śnieg. Przypomniałem sobie, że jeszcze niedawno cieszyłem się tą zmianą koloru za oknem. Ta biel budziła jakieś nadzieje, budziła ciekawość dziecka. Dzisiaj wolę zasłonić rolety, wskoczyć pod kocyk i dokończyć „ Zmierzch Bożyszcz”. Później spotkam się z Julką, która budzi we mnie ciekawość, ale już inną niż śnieg… Szukam w sobie możliwości, chęci. Właśnie dostałem z Empiku wiadomość, że mogę odebrać „ Rzeczy, których nie wyrzuciłem”. Wicha zrobił na mnie duże wrażenie jak odbierał nagrodę Nike. Był taki niby nieśmiały, niby zawstydzony, niby wycofany. Taki „Niby” a jednak bardzo naprawdę! To właśnie jego osoba bardziej zachęciła mnie do kupna książki niż sama nagroda.

W piątek jedziemy do Warszawy na koncert. Spotkam się z bratem. Mieszka w Warszawie i jak się mówi w mojej rodzinie, poradził sobie. Nie chciałbym robić tego co on, ale w przewrotny i zaskakujący dla mnie samego sposób, podziwiam go. Ale myślenie, że nie powinienem  być od niego gorszy, napawa mnie lękiem.

Z salonu dochodzi donośny głos dziennikarza, informującego o aferze z KNF. I znów dylematy…

21 listopada 2018 roku

Nadal zimno i śnieżnie. Czuję się trochę zamrożony. Nie tylko chłód w ciele. Myśli też jakieś sztywniejsze. Brakuje mi słońca i motywacji. Pomyślałem o nartach, o słonecznym dniu na stoku, o atawistycznym pociągu do prędkości i jazdy „na krechę”… I o Agacie.

 - I ten wykładowca zaczął opowiadać historyjkę o mrówce. Najpierw opowiedział, jak to było kiedyś.  Mrówka pracowała sobie całe lato, zbierała zapasy, budowała domek. Gdy nastała zima, zaszyła się bezpiecznie w swoim schronieniu i miała co jeść. Natomiast konik polny, hulaka, przebalował całe lato. Biegał po łące, chodził za pannami, imprezował. Gdy przyszła zima, nie miał gdzie się schować, zamarzł i umarł. Tak było kiedyś. Dzisiaj konik przebalowałby całe lato a na zimę stanąłby pod drzwiami mrówki. Spojrzałby na jej domek i zobaczył, że ma ciepło, bezpiecznie. Uznałby to za niesprawiedliwe i domagał się od mrówki zadośćuczynienia.                                                

 -Mamo, nie dam rady dłużej tego słuchać, naprawdę…                                                                                           

-Ale czego nie dasz rady słuchać? Przecież tak jest, dokładnie tak. Ty nie wiesz w jakim świecie żyjesz. Mama milknie na chwilę. Rozmowa toczy się dalej podczas jazdy samochodem. Zostałem odebrany z prywatnej lekcji angielskiego, zajęcia dwa razy w tygodniu. Jestem szczęściarzem. Jestem mrówką. Nie pozwolą mi być konikiem polnym.                                                                                                 

-Rynek został zdominowany przez korporacje i to one ustalają warunki. Kontrolują płace i koszty prowadzenia przedsiębiorstwa. Dlatego należy odgórnie korygować lub blokować ich działania- nie poddaję się.

-No dobrze, ale jakbyś chciał to zrobić?- tato włącza się do rozmowy.

- Kontrolować duże firmy, sprawić, by nie miały takiego wpływu na rynek. Uszczelnienie systemu podatkowego itd. Można zastosować program podatkowy proponowany przez „Razem”, chociaż to już niekoniecznie dotyczy korporacji a ogółu gospodarki. Cały czas powtarzam też, że skorzystalibyśmy na rządzie niezwiązanym ze środowiskami bankowymi albo szerzej pojętą finansjerą.

-Masz rację, ale większość tych firm jest zbyt mocna, by jakoś na nie wpływać. Poza tym dyrektywy unijne gwarantują im pewną nietykalność a wyższy podatek dla najbogatszych spowodowałby jedynie, że wszyscy zaczęliby wyjeżdżać za granicę albo lokować swoje majątki w rajach podatkowych- tato wciąż z tą samą argumentacją.

-Nie możemy wciąż myśleć tak samo!!!- podnoszę głos.

-Michał, nie krzycz. Można spokojniej?- prosi mama.

Nie reaguję.

-A  model skandynawski, a Polska po odzyskaniu niepodległości, a etatyzm gospodarczy?! Przecież to wszystko to socjalizm w najczystszej postaci! Ja nie mówię o komunizmie, nie chcę absolutnej równości majątkowej albo kolektywizacji, ale nie uważam, żeby jeden człowiek mógł zarabiać…

-Michał, nie krzycz, rozmawiaj normalnie- mama nie odpuszcza

-...tyle a  innym nawet na podstawowe rzeczy nie wystarcza. Przyjęło się już, że w Polsce zwyczajny pracownik ledwo wiąże koniec z końcem. Ograniczyli rynek właściwie do dwóch, trzech intratnych zawodów! Sama mówisz, że powinienem iść albo na informatykę albo zostać lekarzem. Czy to jest sprawiedliwe? Czy sprawiedliwe jest to, że tylko warto być prawnikiem,  informatykiem, ewentualnie lekarzem?!

-Michał, ciszej!- teraz tato.

Uspokajam się nieco. Oczy szczypią od natłoku emocji. Schemat powtarza się jeszcze kilkakrotnie. Wykrzykuję coś o Rewolucji Francuskiej, złej sytuacji ludzi wchodzących na rynek pracy. Niestety znów mnie ponosi.  Jestem przekonany, że tak trzeba. Tylko wtedy czuję przynależność i wspólnotę. Wtedy czuję się Polakiem.

Tylko w agresji odnajdujemy płomień, który rozpala dumę, pozwala wierzyć, pracować. Widzę go w politykach, moich kolegach, w feministkach, w nacjonalistach i antyfaszystach. Płomień polskości, który trawi wolność, niepodległość, jedność, zgodę. Niedługo nie zostanie tu nic, jedynie pogorzelisko. Płomień pochłonie drzewa, lasy, gniazda. Na czerwonym niebie pojawi się cień. Dumny, rozłożysty. Jedni uznają go za samolot, innym przywoła na myśl rakietę bojową. Ale na pewno ktoś zobaczy Orła nadziei. Wszyscy poznamy go po koronie, spadającej gdzieś obok.

 

A okrągły stół wciąż będzie stał za szybą.

 

Mam szesnaście lat. Słucham brytyjskiej muzyki, oglądam francuskie i amerykańskie filmy, lubię włoską wizję życia.

 

Czytam po polsku.