Magdalena Skawina - Grochy

            Siedzę na bujanym fotelu w małym pokoju. Trzymam w ręce czarno-białe zdjęcie. Młoda roześmiana kobieta trzyma za ręce dwie małe dziewczynki. Ma na sobie krótką sukienkę w grochy. Długie ciemne włosy falami opadają na ramiona. W drzwiach staje starsza pani.  Nietrudno rozpoznać w niej kobietę ze zdjęcia. Tylko włosy ścięła. I zmarszczek więcej. I zmartwień jakby przybyło.

LASZCZYNY

            Mała Maryśka wybiega z lasu. Ręce i policzki ma wypchane borówkami. Musi zdążyć na obiad. Dzisiaj przyjeżdża ciotka Staszka, a razem z nią jedenaścioro kuzynów. Jakby mało miała na głowie z młodszą siostrą i czterema braćmi. Ale to nic, Maryśka lubi ich wizyty. Wtedy nie musi harować w polu, doić krów, karmić kur ani robić żadnej innej rzeczy poza pilnowaniem dzieci. To nie tak, że nie chce pomagać rodzicom. Chce. Czasem tylko nie daje sobie z tym rady. Wpada do pokoju. Mama rozmawia o czymś z tatą obierając ziemniaki. Mała nie podsłuchuje, wie, że to złe. Wyłapuje mimowolnie pojedyncze słowa. Mówią coś o nowym domu. I faktycznie, kilka tygodni później rodzina pakuje wszystko, co ma. Niewiele tego, więc wszystko idzie sprawnie. Teraz do lasu mają już daleko. Ale za to za domem rzeka, zamiast w wodzie ze studni, można się teraz kąpać w wodzie z niej. Jest znacznie cieplejsza. 

KAWALER

             Maryśka już nie jest taka mała. Chłopcom we wsi się podoba. Szczupła, wszystko ma na swoim miejscu, włosy ładne, zadbana. Do Kościoła chodzi. Dzieci umie bawić, w końcu wychowywała i braci, i kuzynów. Kulturalna. O nikim złego słowa nie powie. A i o niej same dobre rzeczy mówią. Mamie jest na rękę zamążpójście, zawsze lżej z jedną mniej na utrzymaniu.

            Pojawia się Krzysztof. Jest wysoki i przystojny, pracuje jako maszynista na kolei, mówi, że ma murowany dom. Trudno się dziwić, że przyciąga spojrzenia koleżanek. Jest starszy - ona ma dziewiętnaście, on dwadzieścia dziewięć lat. Nie jest to jednak żadną przeszkodą. Nie mija wiele czasu zanim Marysia przyjmuje oświadczyny. Rodzice zgadzają się na skromne wesele. Dziewczyna znowu pakuje wszystko co ma. Teraz do rodziców ma daleko. Murowany dom okazuje się drewniany, z klepiskiem zamiast podłogi. Przynajmniej rzeka za domem i woda ta sama – choć nieco chłodniejsza. 

SIELANKA

            Mijają miesiące, po których nie ma już co liczyć na szczęście w małżeństwie. Z dnia na dzień ciężej im się dogadać. Dopiero teraz dziewczyna poznaje męża. Skromną ilość wolnego czasu poświęca rozmowom z nowymi sąsiadami. Wzbudza zaufanie, ludzie się jej zwierzają, bo umie słuchać, sama mówiąc mało. Dowiaduje się więc wielu rzeczy. Wie już, że Krzysztof jest raptusem, dużo krzyczy, jest skłócony z jedynym bratem. Przede wszystkim pije.

            Kupują konia, który staje się kolejnym obowiązkiem Maryśki. Ogier tylko jej się słucha, chociaż dorównuje temperamentem Krzyśkowi. Oprócz dbania o konia, dziewczyna haruje w polu, doi krowy, karmi kury. Krzysiek rzadko jej pomaga. Z pracy wraca późno, nigdy prosto do domu, zawsze czuć od niego wódką. Ona czasem tylko nie daje sobie z tym rady. Niczego nie pragnie bardziej od powrotu do rodziców. Ciąża jednak pali za nią mosty.

DZIECI

            Na wieść o dziecku Krzysztof zaczął ciułać każdy grosz. Na sąsiedniej działce zaczyna stawać ich nowy, murowany dom. Marysia zaczyna mieć nadzieję.

            Dwa lata później dom jest gotowy. Jej nowa rodzina – ona, Krzysiek i mała Kasia – pakują wszystko co mają. Niewiele tego. „Na nowy dom to i dziecko nowe musi być.”  Maria modli się, żeby słowa matki się nie spełniły. Pracując od rana do wieczora nie ma nawet czasu na odwiedziny u niej, nieszczęśliwie wywróżona ciąża zaczyna dawać się we znaki zmęczonej kobiecie. Kolejną córkę nazywają Hania, po mamie Krzysztofa.

            Dzieci rosną zdrowe, więc jest dobrze. Po wsi chodzi fotograf. Im się powodzi, więc płacą mu za pamiątkowe zdjęcia. Maryśka na tę okazję zakłada krótką sukienkę w zielone grochy, jedyną sukienkę, jaką ma w szafie. Była przeprosinami po pierwszym policzku, jaki zarobiła od męża. Kupiona w mieście, szyta z dobrego materiału, ładny krój. Normalnie na sukienki szkoda jej pieniędzy, wszystkie ciuchy szyje sama, każdy skrawek materiału umie dobrze wykorzystać. Łapie dziewczynki za ręce i siada wśród białych róż w ogrodzie. Miga lampa błyskowa. Pierwszy raz od dawna czuje się jak kobieta.

FURIA

            Krzysztofa zwalniają w końcu po tym, jak przyszedł pijany do pracy o jeden raz za dużo. Marysia musi przez to pracować dwa razy ciężej. Dzieci wychowuje babcia.

           Kobieta nie myśli już o powrocie do rodziców, a to, co dzieje się w jej domu, zaczyna być dla nich tajemnicą. Krzysiek wkurwia się częściej. Czasem ją uderzy, ale nic nie szkodzi tak długo, jak nie rusza dzieci. Kiedy jest bardzo źle, Maryśka ucieka do sąsiadów.

           Dziewczynki chodzą własnymi drogami, ale matka niezbyt się tym przejmuje. Nie ma na to czasu. „Pamiętam jak poszły się ślizgać na tą rzekę za dom. Lód był słaby to pękł pod Hanią. Na bandażach starych jakichś ją wyciągnął sąsiad. Parę dni może minęło jak do gnojówki wpadła. Cud, że ją wyratowałam.”

           Umiera mama Krzysztofa. Pije więcej, nie wraca na noce. Poza matką nikt nie miał na niego wpływu. Niedługo po pogrzebie w sąsiedniej wiosce znalazł sobie pocieszenie - kochankę. „Po jednej takiej nocy kiedy go nie było, drzwi na klucz zamknęłam. To była sobota. Przyszedł nad ranem. Krzyczał okrutnie i szybę wybił w drzwiach i tak sobie otworzył. Dzieciom kazałam na strych uciekać. Wszedł do domu z kawałkiem szkła. Gotowałam żurek na zapas, bo to święta chyba miały być. W kuchni ściany bieliłam przy okazji. On wziął ten garnek, zupę rozlał po ścianach. Ochlapał je krwią też, prawą rękę miał tą szybą rozharataną tak, że mu mięso ze skórą zwisało.”  Takie epizody często się powtarzają. Maryśka znosi wszystko, już przywykła. Za dyskusje leje ją w twarz, parę razy łamie żebra. Przychodzi moment, w którym łapie ją za szyję. Wyczerpana wszystkim nawet nie próbuje go odepchnąć. Młodsza z dziewczynek zaczyna krzyczeć. Biegnie po sąsiada, który przychodzi z nożem. Krzysiek wyciąga nauczkę z sytuacji. Następnym razem zaklucza główne drzwi.

SUKIENKI

            Przyglądam się jej uważnie, kiedy szuka w szafie prezentu na urodziny córki. Dziewczynki wyprowadziły się już prawie dwadzieścia lat temu. Spakowały wszystko, co miały. Ona została przy mężu.

Zaglądam jej przez ramię. Wieszaki ledwie się mieszczą. Sukienki są poukładane kolorami. Większość znajduje się na dolnej półce. Nie zauważam ani jednej w grochy…

Michał Mańkowski - Płomień

 05 kwiecień 1989 roku

      Trwa najcieplejsza wiosna od czasów II wojny światowej. Obrady Okrągłego Stołu dobiegają końca. Lech Wałęsa, Jacek Kuroń, Adam Michnik, Tadeusz Mazowiecki i jeszcze wiele innych nazwisk… Zaraz wymienią uroczyste uściski dłoni, poklepią się wzajemnie po plecach. Być może kilku uśmiechnie się w przypływie niepohamowanej euforii. Inni zachowają powagę, wiedząc, że prawdziwe wyzwania dopiero przed nimi. Wszyscy wrócą do domów, dzieci, monotonii jeszcze długo komunistycznej codzienności. W Pałacu Namiestnikowskim, przyszłym Pałacu Prezydenckim, w ciemnej sali kolumnowej pozostanie jedynie stół. Czternaście płyt stolarskich, pokrytych okleiną dębową, niepolakierowanych od spodu. Wyprodukowany przez dwadzieścia osób w Zakładach Wytwórczych Mebli Artystycznych w Henrykowie. Ponoć wszyscy pracownicy otrzymali wysokie premie za tempo pracy. Dzisiaj stół stoi za szklaną szybą. Czasem odbywają się przy nim lekcje historii. Stał się jedynie ciekawostką, eksponatem, wspomnieniem tego, co pozornie nieaktualne.

04 czerwiec 1989 roku

    Paradoksalnie z „Zachodu” wędruje do Polski chłodny front atmosferyczny, który przynosi ulewne deszcze i burze. Ale nie ma to znaczenia dla Polaków. Wychodzą z domów, żeby wziąć udział w pierwszych częściowo wolnych wyborach. Mój brat ma pół roku i 10 tetrowych pieluch z przydziału, które tato codziennie „gotuje” przed wyjściem na wykłady. Mama za kilka dni będzie bronić pracę magisterską i jeden z oceniających zapyta ją, czy wie, co to jest Unia Europejska. Dzisiaj czasem to wspomina i mówi, że wtedy łatwiej jej było odpowiedzieć na to pytanie.

20 lipca 2017 roku

     Gorące lato, wakacje przed trzecią klasą Gimnazjum. Myślę o dziewczynach, smukłych nogach, wymalowanych twarzach, książce od Agaty, serialach. Święcą triumfy ,,Narcos „i „Bojack Horseman”. Młodzież rozsmakowuje się w brutalności, wyimaginowanej potędze i syntetycznej depresji. Wszyscy chcemy być jak gwiazdy sitcomów z lat dziewięćdziesiątych. Wypaleni, znający obrzydliwą, bolesną prawdę o bezlitosnej rzeczywistości.

 Włócząc się po mieście, nieograniczeni czasem i szkolnymi zajęciami, snujemy z Kubą opowieści, przemierzając utarte szlaki. Do domu wracam wieczorem.

-Cicho!- wzdrygam się od stanowczego tonu mamy. Salon wypełnia półcień, jedynym źródłem światła jest ekran telewizora. Tłum ludzi zgromadzony pod Pałacem Prezydenckim. Transparenty, ruch, kolorowe światła. Atmosfera w domu staje się podniosła. Kamera lata nad tłumem, ukazując morze ludzi, nieograniczone ulicą, formułą marszu, rozlane na dużej przestrzeni.

- Ludzie wyszli dziś na ulice Warszawy oraz kilkudziesięciu innych polskich miast zaprotestować przeciwko zmianom w ustawach o Krajowej Radzie Sądownictwa i Sądzie Najwyższym – zaczyna relację reporterka stojąca tuż przy zaimprowizowanej scenie.

Siedzimy z rodzicami pogrążeni w ciszy, przejęci chwilą. Kamera znowu odlatuje, pozwalając nam ujrzeć ogrom tłumu. Nikt nie wykrzykuje podniosłych haseł. Jest tylko ilość, niepohamowana, niepowstrzymana, emanująca potęgą. Z kolorowego ekranu telewizora wylewa się nieznane mi dotąd poczucie wspólnoty, jedności. Nieważne kto stoi w tej anonimowej masie, opatrzonej niebieską ramką telewizyjnej animacji. Ważne, że jest Polakiem. Ważne, że ma prawo do wystąpień, z którego czynnie korzysta.

Przez chwilę nikt z nas się nie odzywa. Gdzieś w duchu, w myślach, nadajemy temu wydarzeniu personalny wymiar. To nie kilka transparentów na krzyż, głos wąskiej grupy ludzi. Dzisiaj na ulicę rzeczywiście wyszła Polska.

Podest przed Pałacem Prezydenckim, na podeście tłum. Ktoś podnosi mikrofon do ust. Szanowni Państwo, pan Wojciech Pszoniak w wierszu ,,Który skrzywdziłeś” Czesława Miłosza. Pszoniaka widziałem wcześniej w ,,Dantonie” Wajdy. Emocje ściskają serce, kręgosłup sam się prostuje, policzki płoną wzruszeniem. Jeśli ktoś ma powiedzieć coś uniwersalnego, prawdziwego, apolitycznego, to właśnie On. Zbliżenie… ,,Który skrzywdziłeś człowieka prostego, śmiechem nad krzywdą jego wybuchając, gromadę błaznów koło siebie mając, na pomieszanie dobrego i złego, choćby przed tobą wszyscy się kłonili cnotę i mądrość tobie przypisując…”. Pszoniak czyta z kartki, dosyć teatralnie, akcentując koniec każdego wersu. Sprawia wrażenie nauczyciela, który gani uczniów. Nie wiem dlaczego, ale wracają sceny z Dantona. Czuję niepokój. 

24 lipca 2017 roku

     Od wydarzeń pod Pałacem Prezydenckim mijają zaledwie cztery dni. Zdążyłem w tym czasie pojechać na wieś do dziadków, skończyć ,,Ptaśka” Whartona i rozpocząć nowy zapis w dodatku do trzeciego Wiedźmina. Spaceruję z dziadkiem, który rozmawia z prawie każdym napotkanym przechodniem. Zna tu wszystkich. Ich życiowe historie, usposobienie, przyzwyczajenia, poglądy. Rozmawiają o nowej drodze do Bielawy, o renowacji basenu miejskiego, o dzieciach, wnukach. Czasem ktoś wspomni protesty, Andrzeja Dudę, decyzję, którą musi dziś podjąć. Dziadek, zwykle skory do rozmów o polityce, odgradza się niewyszukanym: ,,zobaczymy jak to będzie” albo ,,czego by nie zrobił, my już nie mamy na to wpływu”. Wszyscy ostrożnie „omijają” ostatnie wydarzenia. Bardziej ożywiają się mówiąc o upale. Podnoszą głos, akcentują: ,,Panie Piotrze, ja to tam jeszcze wytrzymuję, ale z psami to jest prawdziwy koszmar. Pan popatrzy na mojego, język wywieszony, ledwo się może podnieść, tak mu gorąco”. W gruncie rzeczy z Polską łączy ich tylko mniej lub bardziej wyimaginowane poczucie przynależności. Wszystko inne jest… tutejsze, oderwane od tamtych haseł i wydarzeń. To jedno z tych miejsc, których nie sposób poznać, nie stając się ich częścią. Mam wrażenie, że tutaj nie ma tej Polski rozdartej, podjudzanej. Ludzi łączy dziurawa droga i niedziałający basen. Cała reszta to tylko odległe, teoretyczne problemy. Ten nastrój również mnie się udziela. Aż do południa.

Razem z babcią jemy obiad. Włączam telewizor. Szara mównica, granatowa kurtyna w tle, flaga Polski na lewo od mównicy. Przez pierwsze kilkanaście sekund panuje zupełna cisza. Na pasku informacyjnym widnieje pogrubiony napis ,,ANDRZEJ DUDA ZARAZ OGŁOSI DECYZJĘ W SPRAWIE USTAW O KRS I SN”. Babcia rzuca: ,,No to teraz się dowiemy… Kurcze, zaraz zobaczymy, Jezus Maria”. Podnoszę do ust kolejną łyżkę rosołu. Na mównicę wchodzi Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej. Idzie zdecydowanym krokiem, z podniesioną głową. Szybko zajmuje swoje miejsce, zaczyna mówić. Niemal od razu padają najważniejsze słowa. Reszta to już tylko niepotrzebne tłumaczenia.

-No popatrz, popatrz… Ale go zjedzą teraz za to, no popatrz, popatrz…- babcia podpiera brodę lewą ręką, nachyla się do telewizora, wiem, że czuje ulgę. Zaczyna rozmawiać z dziadkiem, jak może być dalej. A we mnie znów niepokój.

05 października 2017 roku

Pochmurny dzień. Strasznie wieje. Jak w każdy czwartek miałem po lekcjach powłóczyć się po mieście, zjeść pączka z nadzieniem różanym, odprowadzić Karolinę na trening. Poczuć jak lubię z nią rozmawiać i nic więcej. I poczuć jakie to ważne, że nic więcej. Ale aura zmieniła plany. Rozmyślam leżąc na kanapie.

 -  Zrób coś sensownego. Zacznij w końcu coś działać, nie trać tyle czasu na głupoty! Znów coś czytasz w necie?! Jak już marnujesz czas, to czytaj chociaż coś po angielsku!- mama potrafi przerwać myśl!

Głowa zaczyna boleć od myśli, gniewu. Już nic tutaj nie udowodnię. Zamykam drzwi pokoju. Miękka kanapa nieco uspokaja aksamitnym dotykiem. Absolutna bezsilność. Czuję się, jakbym został gwałtownie wybudzony z głębokiego snu. Serce wali jak oszalałe, spojrzenie biega po białej teksturze sufitu, z trudem ruszam kończynami. Mięśnie wydają się zwiotczałe, niemal bezużyteczne. Trochę z przekory a trochę przez wzgląd na słabe samopoczucie, odpalam youtube’a. Najpierw karta na czasie, później subskrypcje. Ator dodał kilka filmów, Abstra w końcu wrzucili coś nowego, Pyta.pl dodał relacje z czarnego protestu. Wybieram ostatnią pozycję. Kobiety kultywują tradycję marszów wymierzonych przeciwko ustawie antyaborcyjnej z 2016 roku. Na takiej manifestacji nie może zabraknąć znanych z prowokujących pytań i nonszalanckiego podejścia dziennikarzy kanału Pyta.pl. W międzyczasie przewijają się kadry z zeszłorocznego protestu. Grupa młodych ludzi śpiewa piosenkę zespołu El Banda ,,Wściekły Szpaler”. Jedna z dziewcząt uśmiecha się jakoś tępo, bez wyrazu. Twarz chłopca stojącego obok niej wykrzywia wyraz radykalnego niezadowolenia. Wygląda trochę jak niesforny uczeń podczas szkolnej akademii. Ktoś krzyczy, ktoś skanduje. Wszyscy trzymają się za ręce. Nie chcę tego oceniać. Nie dzisiaj. Dorośli po raz kolejny powodują, że się boję, że czuję konieczność oceniania, stawania po którejś ze stron. A ja chcę tylko słuchać jak gwiżdże wiatr i cieszyć się, że gwiżdże za szczelnie zamkniętym oknem.

20 listopad 2018 roku

       Spadł śnieg. Przypomniałem sobie, że jeszcze niedawno cieszyłem się tą zmianą koloru za oknem. Ta biel budziła jakieś nadzieje, budziła ciekawość dziecka. Dzisiaj wolę zasłonić rolety, wskoczyć pod kocyk i dokończyć „ Zmierzch Bożyszcz”. Później spotkam się z Julką, która budzi we mnie ciekawość, ale już inną niż śnieg… Szukam w sobie możliwości, chęci. Właśnie dostałem z Empiku wiadomość, że mogę odebrać „ Rzeczy, których nie wyrzuciłem”. Wicha zrobił na mnie duże wrażenie jak odbierał nagrodę Nike. Był taki niby nieśmiały, niby zawstydzony, niby wycofany. Taki „Niby” a jednak bardzo naprawdę! To właśnie jego osoba bardziej zachęciła mnie do kupna książki niż sama nagroda.

W piątek jedziemy do Warszawy na koncert. Spotkam się z bratem. Mieszka w Warszawie i jak się mówi w mojej rodzinie, poradził sobie. Nie chciałbym robić tego co on, ale w przewrotny i zaskakujący dla mnie samego sposób, podziwiam go. Ale myślenie, że nie powinienem  być od niego gorszy, napawa mnie lękiem.

Z salonu dochodzi donośny głos dziennikarza, informującego o aferze z KNF. I znów dylematy…

21 listopada 2018 roku

Nadal zimno i śnieżnie. Czuję się trochę zamrożony. Nie tylko chłód w ciele. Myśli też jakieś sztywniejsze. Brakuje mi słońca i motywacji. Pomyślałem o nartach, o słonecznym dniu na stoku, o atawistycznym pociągu do prędkości i jazdy „na krechę”… I o Agacie.

 - I ten wykładowca zaczął opowiadać historyjkę o mrówce. Najpierw opowiedział, jak to było kiedyś.  Mrówka pracowała sobie całe lato, zbierała zapasy, budowała domek. Gdy nastała zima, zaszyła się bezpiecznie w swoim schronieniu i miała co jeść. Natomiast konik polny, hulaka, przebalował całe lato. Biegał po łące, chodził za pannami, imprezował. Gdy przyszła zima, nie miał gdzie się schować, zamarzł i umarł. Tak było kiedyś. Dzisiaj konik przebalowałby całe lato a na zimę stanąłby pod drzwiami mrówki. Spojrzałby na jej domek i zobaczył, że ma ciepło, bezpiecznie. Uznałby to za niesprawiedliwe i domagał się od mrówki zadośćuczynienia.                                                

 -Mamo, nie dam rady dłużej tego słuchać, naprawdę…                                                                                           

-Ale czego nie dasz rady słuchać? Przecież tak jest, dokładnie tak. Ty nie wiesz w jakim świecie żyjesz. Mama milknie na chwilę. Rozmowa toczy się dalej podczas jazdy samochodem. Zostałem odebrany z prywatnej lekcji angielskiego, zajęcia dwa razy w tygodniu. Jestem szczęściarzem. Jestem mrówką. Nie pozwolą mi być konikiem polnym.                                                                                                 

-Rynek został zdominowany przez korporacje i to one ustalają warunki. Kontrolują płace i koszty prowadzenia przedsiębiorstwa. Dlatego należy odgórnie korygować lub blokować ich działania- nie poddaję się.

-No dobrze, ale jakbyś chciał to zrobić?- tato włącza się do rozmowy.

- Kontrolować duże firmy, sprawić, by nie miały takiego wpływu na rynek. Uszczelnienie systemu podatkowego itd. Można zastosować program podatkowy proponowany przez „Razem”, chociaż to już niekoniecznie dotyczy korporacji a ogółu gospodarki. Cały czas powtarzam też, że skorzystalibyśmy na rządzie niezwiązanym ze środowiskami bankowymi albo szerzej pojętą finansjerą.

-Masz rację, ale większość tych firm jest zbyt mocna, by jakoś na nie wpływać. Poza tym dyrektywy unijne gwarantują im pewną nietykalność a wyższy podatek dla najbogatszych spowodowałby jedynie, że wszyscy zaczęliby wyjeżdżać za granicę albo lokować swoje majątki w rajach podatkowych- tato wciąż z tą samą argumentacją.

-Nie możemy wciąż myśleć tak samo!!!- podnoszę głos.

-Michał, nie krzycz. Można spokojniej?- prosi mama.

Nie reaguję.

-A  model skandynawski, a Polska po odzyskaniu niepodległości, a etatyzm gospodarczy?! Przecież to wszystko to socjalizm w najczystszej postaci! Ja nie mówię o komunizmie, nie chcę absolutnej równości majątkowej albo kolektywizacji, ale nie uważam, żeby jeden człowiek mógł zarabiać…

-Michał, nie krzycz, rozmawiaj normalnie- mama nie odpuszcza

-...tyle a  innym nawet na podstawowe rzeczy nie wystarcza. Przyjęło się już, że w Polsce zwyczajny pracownik ledwo wiąże koniec z końcem. Ograniczyli rynek właściwie do dwóch, trzech intratnych zawodów! Sama mówisz, że powinienem iść albo na informatykę albo zostać lekarzem. Czy to jest sprawiedliwe? Czy sprawiedliwe jest to, że tylko warto być prawnikiem,  informatykiem, ewentualnie lekarzem?!

-Michał, ciszej!- teraz tato.

Uspokajam się nieco. Oczy szczypią od natłoku emocji. Schemat powtarza się jeszcze kilkakrotnie. Wykrzykuję coś o Rewolucji Francuskiej, złej sytuacji ludzi wchodzących na rynek pracy. Niestety znów mnie ponosi.  Jestem przekonany, że tak trzeba. Tylko wtedy czuję przynależność i wspólnotę. Wtedy czuję się Polakiem.

Tylko w agresji odnajdujemy płomień, który rozpala dumę, pozwala wierzyć, pracować. Widzę go w politykach, moich kolegach, w feministkach, w nacjonalistach i antyfaszystach. Płomień polskości, który trawi wolność, niepodległość, jedność, zgodę. Niedługo nie zostanie tu nic, jedynie pogorzelisko. Płomień pochłonie drzewa, lasy, gniazda. Na czerwonym niebie pojawi się cień. Dumny, rozłożysty. Jedni uznają go za samolot, innym przywoła na myśl rakietę bojową. Ale na pewno ktoś zobaczy Orła nadziei. Wszyscy poznamy go po koronie, spadającej gdzieś obok.

 

A okrągły stół wciąż będzie stał za szybą.

 

Mam szesnaście lat. Słucham brytyjskiej muzyki, oglądam francuskie i amerykańskie filmy, lubię włoską wizję życia.

 

Czytam po polsku.

Agnieszka Winiarska - Humanitarny odruch w sercu każdy przecież ma

Bóg dał nam kawał sznura. Jedni pną się na nim ku górze, a drudzy się na nim wieszają. Wolność. Bóg dał nam wolność.

Przedstawię wam Radka. Radek ma 19 lat.  Jest jedynakiem. Radek trenował boks.  Już nie trenuje.

                                                                        Trening I

-Kurwa! Na tej klatce schodowej zawsze jest tak zimno.

-Racja.

-  A ta wycieraczka znowu ujebana błotem. Radek nie przebiera w słowach. Nauczył się tego od ojca. Weszliśmy do środka. Ciepło. W domach zawsze czuć ciepło. Usiedliśmy. Jego mama zapytała, czy zrobić nam herbatę. To taka miła kobieta.

-Wtedy ta wycieraczka była tak samo ujebana. Wtedy...

- Aga ile słodzisz? - Jedną proszę Panią.

 - Wróciłem ze szkoły. Dom do sprzątania, z kranu znowu ciekło. Tata był przecież w domu. Naprawił, na pewno. Taty nie było. Kran jaki był, taki został. Poszedłem po żmijkę - musiałem przecież odetkać ten kran. Tata prowadził dość dużą korporację. Zawsze miał wszystko uporządkowane. Zawsze. Zabrałem się za robotę. Poza odpadkami po śniadaniu z rury, wypadło kilka zmiętych i przemokniętych papierów. Z obrzydzeniem odwinąłem kartki.

-Kurwa! Rozlałam herbatę.

                                                                           Trening II

 

Nie zdążyłam nawet wypić.

- Nie przejmuj się kochanie zrobię Ci nową. Naprawdę kochana kobieta. Radek masz cudowną mamę. - Wiem-  Co to były za faktury? Radek?

Radek patrzył w jeden punkt na suficie.

- To tam. Na tym haku, na moim pasku. Sam mi go kupił.

-Były to nie zapłacone faktury. Nie znam tego bełkotu dla mózgowców, ale wypatrzyłem coś. Coś, przez co te faktury znalazły się właśnie tam. W zlewie. Mój tata się zadłużył. Zadłużył na ponad 900 tys. Coś mi wtedy jebło w uszach. Zignorowałem. Zacząłem szukać planu B. Chciałem pomóc, musiałem. Kredyt. Tata mógł spłacać cyklicznie. Komornik też człowiek, musi się zgodzić. Humanitarny odruch w sercu każdy przecież ma…

- Potaknęłam. Wzięłam łyk herbaty.

- Coś liczyłem, rachunkowałem. Potrzebny mi był kalkulator. Był w pokoju. Ale w pokoju było coś jeszcze. "Było", bo to nie był już mój ojciec. Brudny menel, z rozpiętą koszulą. Jebało od niego wódą na kilometr. A i coś jeszcze…  Wisiał na haku z moim paskiem na szyi. Tym samym, na którym wisiał mój worek treningowy. Burdel w mojej głowie.

                                                                            Nokaut

Tak, moja mama to cudowna kobieta. Poradziła sobie ze wszystkim. Poradziła sobie z długami, poradziła sobie po stracie męża. Poradziła sobie ze mną. Nie miała lekko. Zachowywałem się, jak rozwydrzony bachor. Zarzygane żółcią szmaty, tępe próby żyletki.

- Powietrze, jakby jakieś takie cięższe. - Życie zrobiło jej jakieś jebane moralne salto. Powoli przyzwyczajam się do tej nieobecności. Odpoczywam.

Przestałem trenować. Na haku, gdzie wisiał, wisiał mój worek. Z każdym pierdolonym uderzeniem, go widziałem. Widziałem, jak się kołyszę. Widziałem, jak wisi, jak knot z świecy, która się już wypaliła. Która się wypaliła i spaliła pół domu. Mama wzięła kredyt. Ciągnie dwa etaty. Sam sobie przyłożyłem w twarz. Zrozumiałem. Zrozumiałem, że powinienem być dla niej opoką, a nie stwarzać więcej problemów. Konwekcje horrorów i kryminałów - nawet takich gdzie były tylko zwłoki i ani kropli krwi, tak lubianych przez nią - okazały się tak cholernie realistyczne.

Za tydzień mija druga rocznica. Już nie brakuje mi powietrza. Mama kupiła piękny wieniec. Piękny. Czasem myślę, że dla takich ludzi nie ma zbawienia. Tata nas zostawił. Nie wiem, jak Bóg... zresztą. Nie ma Boga. Są tylko krzyże przy drogach, krzyże na ścianach i krzyż, który musi dźwigać moja mama. Gdzie jest mój Bóg…

No tak, mama. Mama miała przejebane, co tu kryć. Jej dzień zaczynał się od kawy i na niej kończył. O ile można mówić o jakimś 'zakończeniu" dnia, co było jedynie umownym pojęciem. Bo tak. Połamane paznokcie, połamane włosy, złamane życie i załamana ona.

Tęsknie, chociaż to takie nie męskie. Nie za nim- tęsknie za nią. Za moją uśmiechniętą, pełną życia mamą. Często się uśmiechała, była naszą różyczką, którą on zerwał wraz ze swym odejściem. Ona więdnie.

Przez tyle lat żyła z szaleńcem, ale skąd ona mogła to wiedzieć? Jego obłęd nie pojawił się od tak. Był niczym podziemne morze.  Nad nim zlegała warstwa skał, na niej warstwa ziemi, rosły kwiaty. Można było iść między nimi nigdy nawet nie pomyśleć, że pod spodem jest kipiel szaleństwa... a była. Zawsze była. 

Dobieg.

 Dokończyłam herbatę. Pożegnałam się z Radkiem, podziękowałam. Wyszłam.

- Kurwa, zimno na tej klatce schodowej.

Marzyła mi się podróż, potem włączyłam GPS. W końcu tak naprawdę nie wybierałam się w żadną podróż, wracałam po prostu do domu. A tę drogę sama potrafiłam odnaleźć. 

Wiktoria Całus - Nie wiem, jak będzie w tym ciągłym pędzie

Według danych Departamentu Rynku Pracy MRPiPS młodzież to grupa najbardziej narażona na problemy rynku pracy, bezrobocie oraz mająca najmniejsze perspektywy awansu. Wydaje się to absurdalne. Miejscem młodzieży jest szkoła średnia, uczelnia wyższa. A jednak w Polsce pracuje co czwarta osoba z grupy wiekowej 15-24 lata. Jestem jedną z nich. Mam osiemnaście lat. Pracuję od czterech lat.

- Zrobi mi pani loda? – słyszę chyba po raz czternasty tego dnia. Zrobię. Pewnie. Za to mi płacą. Im więcej zrobię, tym więcej zarobię. Pracuję tak już od dwóch, może trzech lat. Wcześniej robiły to moje siostry. Praca w budce z lodami przechodziła u nas w rodzinie, rzec można z pokolenia na pokolenie. Dzisiaj zaczęliśmy o 7:00. Jest niedziela. Pierwsi klienci pojawiają się zwykle około południa, ale trzeba zająć miejsce, rozstawić budę, niekiedy ją umyć i posprzątać. Potem zaczyna się coś, co ja nazywam „kwitnięciem”. Siedzę i czekam, aż ktokolwiek się pojawi i pączkuję nudą. Czasem czytam, czasem przeglądam Internet w komórce, choć mój pracodawca tego nie lubi. Czekam też aż wstanie Magda, czy Aśka, one zwykle odsypiają weekendowe imprezy i na pierwsze „niusy” mogę liczyć w porze obiadowej. Wcześniej nie ma co, rówieśnicy żyją nieco innym trybem, niż ja. Oni żyją na garnuszku rodziców. A ja decyduję o sobie sama. Coś za coś.

Życie

Piątek, 14:00. Kończę lekcje i wybiegam z sali. Biegnę na pociąg, który na dworcu powinien być za 16 minut. Jak się spóźnię, dostanę drugie upomnienie i zwolnią mnie z pracy. Tym razem pracuję w markecie oddalonym od mojej szkoły o 35 km. W weekendy przyuczam się do pracy kasjera. Zmiana w markecie zaczyna się punkt 15:00 i  muszę być na odprawie. Pracuję tam już trzy miesiące, ale wciąż noszę plakietkę z napisem „Uczę się”. Mogłabym jej nie zdejmować. Od poniedziałku do piątku uczę się też w trzeciej klasie technikum na profilu technik organizacji reklamy. Nocami odrabiam lekcje, uczę się do klasówek. Często zasypiam. Niewiele znam osiemnastolatek żyjących w takim tempie jak ja. W zasadzie żadnej.

Dom

Właśnie się z niego wyprowadziłam. Niespełna cztery miesiące po uzyskaniu pełnoletniości. Dojazdy do szkoły, mimo, że trwały stosunkowo niedługo mocno uszczuplały zasób mojego czasu wolnego, snu, życia towarzyskiego. Małe miejscowości mają to do siebie, że nic się
w nich nie dzieje. „Pekaesy” kursują rzadko, a młodzież włóczy się po ulicach lub siedzi
w Internecie. Nuda.

Z rodzicami też ciężko znaleźć wspólny język. Inne potrzeby, inne oczekiwania. Presja na oceny, czerwone paski, brak entuzjazmu z powodu osiągnięć. Podcinanie skrzydeł, ciągłe porównywanie do innych. Nikt nie chce słuchać takich rzeczy.

Do wynajętego mieszkania wprowadzam się z chłopakiem. Mamy dwa pokoje, własne meble i od miesiąca tkwimy w remoncie. Wszystko robimy sami, oboje pracujemy, ja jeszcze się uczę. Nie ma kiedy, padamy ze zmęczenia.

Szkoła

Technikum to nie przelewki. Matura to nie przelewki. I życie to nie przelewki. Ciągle wpajane nam słowa przypominają o tym, że przed nami egzamin maturalny, egzaminy praktyczne, że musimy się życiowo określić, zdecydować, co chcemy robić w życiu, gdzie chcemy studiować, kim chcemy być. Nie wiemy. Ja też nie wiem. Trudno myśleć o przyszłości, gdy dostało się banię z gegry, matma kuleje, a ja nie mam kiedy przeczytać biblii dziennikarstwa, którą pożyczyłam od polonistki. Nie interesuje mnie 70% wpajanych mi treści. Nie czuję się ignorantką, oceny mam dobre, po prostu nie potrafię znaleźć praktycznego zastosowania większości wiedzy stanowiącej podstawę programową. Podobnie jak moi rówieśnicy, nie znam się na podatkach i nie potrafię samodzielnie rozliczyć PIT-u. W tym roku będę to robić pierwszy raz. Zapewne z darmową płytą z „Wyborczej” lub innej gazety.

 W szkole idzie raz lepiej, raz gorzej. Nauczyciele mają swoje sympatie i antypatie, jedni rozumieją, inni nie. Jedni doceniają, inni nie. Siłą rzeczą sympatyzuję z tymi, którzy we mnie wierzą, dodają otuchy, motywują, wspierają w obliczu porażek. Trudno o dystans emocjonalny, gdy tkwi się w tym wszystkim razem.

Konkursy

Nie wiem, ile z nich wygrałam. Zaliczyłam kilka podium, tytułów mistrza, jakieś wyróżnienia. To jak skok na bungee, chwila adrenaliny i chcesz więcej. Nie wiem, kiedy to się zaczęło. Jakaś ambicja i entuzjazm tkwiły we mnie zawsze. Trzeba tylko trafić na kogoś, kto je ze mnie wydobędzie. Wsparcie ze strony polonistki, jej prywatne poświęcenie, kontakt. Nieocenione. Ale i nerwy, i presja. Bo każdy się kiedyś wypala, a ona nie pozwala odpuścić. Jeszcze to, jeszcze tamto. A ja lubię i pisać, i recytować, czasem zrobić prezentację. „Zaplusować” to tu, to tam. Żebym mogła kiedyś powiedzieć, że „z wielu pieców się jadło chleb”.

Pierwsze zwycięstwo ogólnopolskie. Euforia. To był totalny haj. Piszczałam do słuchawki wiedząc, że w ogóle zapraszają mnie na rozdanie nagród, że jestem w gronie finalistów. Pierwsze miejsce było daleko poza zasięgiem moich marzeń. Nie pamiętam, jak odbierałam nagrodę, co mówiłam, kto mi ją wręczał. Totalny odlot. W niedługim czasie kolejny sukces, na miarę pierwszego. Wow.

I nagle nie chcesz już robić tego, co dotychczas, tylko szukasz tematów, ludzi, inspiracji, czytasz
i bierzesz udział w jednej rywalizacji za drugą. Porażki budzą srogi zawód. Każdy konkurs to wiele pracy, nauki, konsultacji. To poświęcenie jakiejś klasówki, „położenie” jakiegoś tematu, bo przecież nie da się łączyć wszystkiego naraz. Nikt nie jest w stanie żyć z minutnikiem w ręku, budzić się we właściwej fazie snu i funkcjonować na najwyższych obrotach. Z czegoś czasem muszę zrezygnować.

Emocje

Totalna huśtawka. Dużo złości, dużo zmęczenia, bo presja. Bo rosnące oczekiwania względem siebie
i samoocena budowana na dobrze wykonanych zadaniach. Porażki, to długa droga w dół, ale na krótko, bo gonią terminy. Trzeba właściwie ustalać priorytety, nie zawsze jeszcze potrafię.

Rówieśnicy

Rzadko rozumieją. Niewielu jest takich, jak ja, to nie kwestia wyjątkowości, a warunków. Nie wszyscy muszą pracować. Nie każdy ma ambicję, by się uczyć. Pomysł na siebie. Potrzebę rywalizacji. I nie wiem co jeszcze. Większość skupia się na imprezach, życiu w sieci, „ajfonie”, snapach i Instagramie. Dziewczyny chcą wyglądać. Chłopaki – sama nie wiem, na tym etapie chyba po prostu potrzebują luzu i wszystko robią dla „beki” lub „funu”. Ja żyję poważnie. Staro. Dorośle. Czasem mnie to uwiera

Ja

Czuję, że warto. Właśnie zakwalifikowałam się do olimpiady – niedbale pisanym w nocy tekstem. Nawet nie pamiętam o czym. Publikuję w lokalnej gazecie oraz dwutygodniku ogólnopolskim. Dostaję pierwsze pieniądze za swoją dziennikarską pracę. Za zdobyte stypendia urządzam wynajęte mieszkanie. Po godzinach. Babcia zawsze mówiła, że cierpliwością i pracą ludzie się bogacą.

Nie narzekam. Nie mam na co. Mam solidny bagaż doświadczeń, którego koledzy i koleżanki mogą mi zazdrościć. Marketowe anegdoty, opowieści o namolnych czy podpitych klientach, amory pryszczatych blondynów. Co za różnica, gdzie ich spotykam. Praca, szkoła, łączenie ról. Wcześniej czy później czeka to każdego.

Owszem, bywa ciężko. Mówią, że co nas nie zabije, to nas wzmocni, choć psycholog  Jacek Walkiewicz mówi, że to nieprawda. „Co nie zabije to, nie zabije( …). Potrafi sponiewierać
i zostać na całe życie.” Może tak być. Może kiedyś poczuję, że coś straciłam. Że coś ważnego mnie ominęło i ten żal zostanie na całe życie. Ale niektóre rzeczy wcale nie muszą być kwestią naszego wyboru.

P.S.

Od polonistki:

Wiktoria właśnie napisała mi smsa: „Nie ma mnie w szkole. Jak coś poprawki naniosę
w domu. Nie mogę się ruszyć. Chyba mnie zawiało. Za trzy godziny przychodzi do mnie rehabilitant, by mnie rozmasować. Wczoraj wróciłam z pracy o północy. Poszłam spać o trzeciej. Jestem nieżywa. Nie mam już siły”.

Często mi tak pisze, ale zawsze znajduje siłę, energię, by wziąć udział w konkursie, złożyć gazetę,  napisać projekt, by działać w Samorządzie Uczniowskim i zarażać - mimo wszystko - swoim optymizmem.

Magdalena Skawina - Nie umieram

Starsi ludzie cierpią dużo i odchodzą cicho. Nikt nie chce słuchać ich historii. Nikt nie chce oglądać i opatrywać odleżyn. Nikt nie rwie się do zmiany pieluchomajtek. Nikt nie marzy o pilnowaniu, żeby brali właściwe setki tabletek. Starsi przypominają o tym, co czeka każdego. Zmuszają do patrzenia w oczy śmierci.

OPOWIEŚCI

Czasem tylko zdarza się, że ktoś spoza rodziny zauważa. Może nawet jakaś lokalna gazeta napisze, może ksiądz szepnie z ambony o zdrowaśkę za duszę zmarłego.  Tak jak przed kilkunastoma laty u mnie na wsi. Zmarł pan Henryk. Przez dwa tygodnie nikt nie zauważył. Może dlatego, że nie miał żony ani dzieci. Dzisiaj jego dom jest wyremontowany. Ktoś go kupił, ale w nim nie mieszka. Pewnie wie, że w ich salonie kot odcięty od jedzenia i picia zjadł twarz martwego właściciela.„Ale Henryk pijak był straszny. Codziennie w sklepie był, on na wino wszystko wydawał. Nie było mi go szkoda.”

Babcia kończy opowieść. Uśmiecha się i zawiesza smutny wzrok na studni za oknem. Zastanawiam się, czy nie było jej szkoda też dziadka. Zginął potrącony przez samochód zanim się urodziłam. Był z Ukrainy. Też pił. O nim nie opowiada nigdy. Od osiemnastu lat ani razu nie była na jego grobie. Na ścianie nad łóżkiem wciąż jednak ma ich zdjęcie ślubne. Uśmiechają się. Trzymają za ręce.

Zaczyna opowiadać. Wraca do czasów dzieciństwa. O nim nie słyszałam wiele. Tyle tylko, że jej tata walczył na froncie, tam zachorował. Zdążył wrócić i zmarł. Mama umarła na raka. Brat mieszka po sąsiedzku. Nie utrzymują kontaktu. Rozmawiają tylko przez siatkę. „Siedziałyśmy z Marynią tam gdzie transformator jest teraz, wiesz gdzie, tam takie schodki były do szopy. Żydów wtedy wywozili. Pełno ich było na tym samochodzie. Dwóch Niemców ich pilnowało. Jeden Żydek tak krzyczał okropnie, i kiwał się na boki. Miał cukierki w ręce. Niemiec nie wytrzymał, strzelił mu w głowę. I te cukierki mu się wysypały na drogę. Pierwszy raz w życiu wtedy jadłam cukierki.” Skacze kilkanaście lat do przodu. Opowiada o tym, jak pracowała w sklepie. Sprzedawała papierosy na sztuki za jajka. Opowiada o tym, jak przeszła kilkadziesiąt kilometrów po krowę do sąsiedniego województwa. Opowiada o zimie stulecia. Opowiada o wizycie cyganki. To pamięta wyraźnie. „Przyszła taka baba, okręcona była jakimiś chustami. Siadła tu gdzie ty teraz. Kazała dać sobie jajko. Dałam jej takie świeże, a ta go rozbiła w rękach. Z żółtka moje włosy wyciągnęła. Powiedziała że straszna choroba mnie spotka. Ukradła mi czterysta złotych. Ale ja wtedy...”Przerywa jej trzaśnięcie drzwi. Wchodzi tata. Babcia bierze laskę i idzie do swojego pokoju. W końcu mogę wziąć głęboki oddech. W kuchni coraz mniej czuć odparzeniami i moczem.

UKOCHANY SYN

Wujek wchodzi niezauważony. Zdejmuje buty w przedpokoju. Czasem rzuca krótkie cześć. Dni jego wizyt są wyjątkowe. Tylko wtedy babcia myje się i zakłada czyste ubrania. Ma na sobie nawet bieliznę. Śmierdzi jednak bardziej. Perfumy mieszają się nieprzyjemnie z pozostałymi zapachami.

Babcia przez te pięć minut w tygodniu odżywa. Bardzo kocha swojego syna. Jest starszy od mojego taty o dwa lata. Wyprowadził się do sąsiedniej miejscowości. Wyjeżdża z portfelem grubszym o kilkaset złotych. Wszystko co ma, zapisała w testamencie na niego.Kawałek lasu, pole uprawne, dom, w którym mieszkamy.

Nigdy nie dzwoni. Za to babcia codziennie. Nie zawsze odbiera. Rozmowy też są krótkie.  Dzień przed jego imieninami siedzę z nią w salonie.„Janek był zawsze mądrzejszy. Pięć lat miał to już sam pojechał na rynek autobusem. W szkole zawsze wyróżniony był, co roku po list pochwalny szłam. Dziewczynę szybko znalazł. Pracę miał po technikum zaraz. I dom wybudował.” Na pytanie o pierwszą dziewczynę mojego taty nie potrafi odpowiedzieć. Z trudem przypomina sobie jego datę urodzenia.

TO JEST WE MNIE

Do domu wchodzę oknem. Zapomniałam kluczy. Dobijanie się do drzwi i pukanie w okna nic nie dają. Od razu biegnę do jej pokoju. Krzyczę czy wszystko w porządku. Babcia podnosi głowę z łóżka. Nie rozumie o co mi chodzi. Idzie za mną i przygląda mi się kiedy sprzątam rozbitą doniczkę. Cały czas mówi coś półgłosem. „To wszystko ten rak. To jest we mnie. Zjada mi wnętrzności, pcha mi wszystko. Matko Boska, te kości wszystkie chore. Ręce połamane. Wszystkie dzieci chore.” Wracam z nią do pokoju. Z pudełka po butach stojącego na szafie wybieram tabletki i kładę je na stole. Przybywa ich po każdej wizycie w szpitalu. Na liście jej chorób brakuje chyba tylko jednej. Tej, której najbardziej się obawia. Odkąd dwa lata temu upadła przed domem, pogłębiła się jej hipochondria. Złamała wtedy obie ręce. Długo nie wstawała z łóżka. Śmierdziało piekielnie. Na brzuchu i udach miała ropiejące rany. Nie chciały się goić. Niektóre ma do dzisiaj. Często popuszczała po drodze do łazienki. Wciąż to robi. Nie nosi pieluchomajtek, bo uważa to za niegodne.

Młodzi umierają, młodsi ode mnie, mnie pan Bóg nie zabierze z tej ziemi. Muszę żyć na zmartwienie innym. Mama umarli na raka a ja nie mogę. Co ja poradzę że ja nie mogę umrzeć. I to boli i boli, i łazi we mnie, i ja nie umieram. Ja wciąż nie umieram.”

2020  Ogólnopolski Turniej Reportażu im. Wandy Dybalskiej   globbersthemes joomla templates