Martyna Kaźmierczak - Poranek bez wieczoru

Mówią, że choroba nie wybiera, że tak musiało być i już. Słyszałam też, że rak to nie wyrok, że się z nim żyje, że to niczego nie przesądza To nieprawda- on zmienia wszystko, przewraca życie do góry nogami, zmienia spojrzenie na świat, uzmysławia ludziom wiele ważnych rzeczy. Na przykład - co znaczy życie

Trzeba dojrzeć, coś zrozumieć, coś zmienić, trzeba żyć szybko, bo czasu jest mało- można nie zdążyć. I kiedy myślimy, że nas to nie spotka, on już się gdzieś czai- knuje, jak nas podejść, żebyśmy nie zauważyli. To słowa- za tymi słowami kryją się przecież ludzie- rozgrywają się najważniejsze wyścigi, walka nawet wtedy, kiedy nie ma już siły- choćby nie wiem co, trzeba stać na nogach.

Do takiej potyczki ponad prawie rok temu przystąpiła moja babcia.

21 grudnia- tak przed gwiazdką jakoś, głupi nastrój, bo świąt nie znoszę, zimy nie lubię, a malkontentem nie jestem, choć niektórzy tak twierdzą. Denerwuje mnie ciemność, mokre buty i śnieg złośliwie zamarzający na nogawkach spodni. Tak samo jak to, że niebo jest zimą dziwnie różowe i to, że na wszelkich możliwych i tych niemożliwych powierzchniach użytkowych wiszą jakieś tandetne świąteczne dekoracje, co je wymyślili ludzie, którzy za grosz poczucia estetyki nie mają. Pełna tej świątecznej frustracji wchodzę do mieszkania babci. Jak na kulturalnego, młodego człowieka przystało (za takiego ma mnie babcia, mimo upływu lat) witam się, standardowo biorę psa na spacer. Wracam, siadam, duszkiem wychylam malinową herbatę, mówię, że się spieszę (bo ja się przecież zawsze spieszę). Zakładam te wszystkie ubrania, które się zwykło nosić chłodną porą, a których zakładanie należy raczej do tych bardziej czasochłonnych. Mówię, że wpadnę pojutrze, na co babcia, że jej nie będzie. Zdziwienie ogromne mnie ogarnęło, bo babcia ma raczej w nawyku siedzenie w fotelu, czytanie Tele- tygodnia i odpalanie papierosa od papierosa. 

-Wychodzisz?! Gdzie? -wymyka mi się znienacka, zupełnie odruchowo, instynktownie jakoś.

- Do lekarza, bo coś źle się czuję, kościska mnie bolą, wysiedzieć nie mogę.

Myślę sobie, że to jak nic grypa, więc dobrze, że babcia na starość zmądrzała i już się tak panicznie służby zdrowia nie boi.

Wychodzę.

5 stycznia- po Sylwestrze dopiero co, więc wszystkie postanowienia noworoczne jeszcze aktualne- tak zostanie jeszcze pewnie przez jakiś tydzień. Te moje są raczej standardowe i nad podziw uniwersalne- jak co roku- będę kimś więcej, kimś lepszym, wszystko naprawię i wszystko zmienię- banały, wiem. 

Zacnie i wspaniałomyślnie postanawiam odwiedzić babcię. Spacer i herbata z psem pozostają niezmienione. Siadam i jakaś niezręczna cisza zapada. Zaczynam jakąś nieznaczącą rozmowę o pogodzie, bo głupio tak siedzieć i słuchać jakiś serialowych dialogów. Niby normalnie, ale czuję, że coś wisi w powietrzu.

- Byłam u tego lekarza, zrobił badania - babcia niezgrabnie podaje mi szarą, szorstką kopertę.

Otwieram- gruby plik papierów, zdjęcie rentgenowskie, kilka małych świstków poprzypinanych spinaczami do tych większych. Zaczynam czytać pierwszą z brzegu kartkę- w rubryce rozpoznanie, jakieś łacińskie bzdury, nie wiadomo do kogo właściwie adresowane, bo ani ja, ani babcia łaciny nie znamy, ale wywnioskowałam, że to pewnie dla jakiegoś innego lekarza. Patrzę na babcię podejrzliwym, pytającym wzrokiem.

- Mam raka szyjki macicy 

Ciągle nie rozumiem powagi sytuacji, bo coś mi mówi, że definitywnie nie mam ochoty rozumieć i wiele bym dała, żeby tego, co już zostało powiedziane, nie usłyszeć. Nie chcę dać po sobie poznać, że coś jest źle. 

Razem z dziadkiem zapewniamy ją, że damy sobie z tym świństwem radę i wychodzę. 

14 lutego- wpadam do babci z ciastkami i się uśmiecham, chociaż to był raczej rodzaj tego uśmiechu, który jest pusty i zamiast radości ma w sobie jakąś niewyrażoną niepewność. Tak zwana dobra mina do złej gry. Rozmawiałyśmy przez telefon i wiem, że jest po wycięciu macicy i po jakiś tam badaniach. Do znania terminologii medycznej się nie poczuwam, bo ze mnie raczej humanista niż ścisłowiec.

- Wszystkiego najlepszego z okazji Walentynek gołąbeczki i miłości.

Wykładam ciastka na talerz, robię herbatę, z wdziękiem baletnicy poruszając się po kuchni o wymiarach 4x2 metry. Robię właściwie wszystko, bo nie chcę rozmawiać. Rozmowy chyba nigdy nie były moją mocną stroną, ale w ekstremalnych sytuacjach człowiek szuka sobie dziwnych usprawiedliwień i wszystkie wydają się być podejrzanie dobre.

- Jak się czujesz? - staję w drzwiach z tacą. Kiedy patrzę na babcię, dociera do mnie, że to pytanie było co najmniej nie na miejscu . Przecież widzę po twarzy, że ją niewyobrażalnie boli. Kiedy mnie coś doskwiera, nie chce mi się robić nic, a już w szczególności nie mam ochoty na rozmowę. Milczymy sobie więc tłumnie, pijemy herbatę i śledzimy przebieg któregoś tam odcinka Mody na sukces. 

Już chcę się zbierać, chcę właściwie zbiec, kiedy babcia zaczyna:

- Już się trochę lepiej czuję, pobrali mi wycinek do badania, za trzy dni mają mi ściągnąć szwy.


Ufff jest lepiej. Chociaż pewnie takie "lepiej" można sobie w buty wsadzić.

28 marca - dzwoni babcia, że przyszły wyniki, pyta, czy wpadnę. No i wpadam. Na wejściu dostaję kopertę z wynikami- czytam- rak jelita grubego- dalej jakaś abstrakcyjna łacińska nazwa, której nie jestem w stanie nawet przeczytać, oznacza zapewne odcinek, który rak już sobie zaadaptował na mieszkanie. Patrzę w kartkę, oczy zawieszają mi się na jakiś literach, nie czytam, odwlekam chwilę, w której spojrzę na babcię i dziadka. W końcu podnoszę oczy znad kartki. Zdejmuję buty i rozsiadam się w miękkim, skórzanym fotelu.

- Na razie nie będą operować, chcą mi podać chemię, ale się nie zgodziłam.

- Co?! Jak to się nie zgodziłaś?! - znowu ten pretensjonalny i naiwny ton, którego unikam jak mogę.

- Już ja wiem, jak to z tą chemią jest. Kilka miesięcy i do piachu. 

Słowa mi grzęzną w gardle, bo ja do takich stresowych sytuacji nie jestem przyzwyczajona

- Ale jak się nie zgodziłaś?! - myślę, że coś wskóram, powtarzając pytanie, które brzmi mi echem w głowie.

- Dlaczego się nie zgodziłaś?! - to jedyne na co wpadam.

- Bo mi włosy wypadną, będę łysa chodziła - w jej głosie czuć rozczarowanie- dziecinne, infantylne wręcz 

Myślę nad tym, jak jej wyperswadować, że wolę ją bez włosów, że w sumie jak się nie podda chemoterapii, to mi po niej tylko włosy zostaną. Nie mam pomysłu- rozpaczliwie szukam jakiegoś wsparcia w dziadku. Wsparcia nie mam, bo on tylko łzy z oczu wyciera. Wychodzę, trzaskając drzwiami, chociaż na ulicy zaczynam myśleć, że ten teatralny gest był raczej zbędny. 

Pada, klnę pod nosem, staram się jakoś prześlizgiwać między kroplami, próbuję nie myśleć, ale przed oczami ciągle mam ich obraz- takich razem, takich połączonych chwilą, z unoszącym się w powietrzu zapachem świeżo zaparzonej kawy wymieszanej z tytoniem, z psem leżącym pod stołem i mruczącym coś do innych psów w swoim śnie.

Idę chodnikiem, jak dziecko- nie mogę nadepnąć na linię- tylko na tym się skupiam. Zaczynam myśleć, że w tym kraju nawet chodnika nie potrafią równo położyć. W głowie mam jakiś kompletny mętlik, ze złości szumi mi w uszach. Przez myśl przelatują mi jakieś szlachetne gesty, żeby tak na przykład głowę ogolić, że wtedy babcia nie będzie miała wyjścia, że kupimy sobie jakieś szałowe czapki, a później będziemy się z tego tylko śmiać. 

Babcię mają położyć w szpitalu przy szkole. Może będę się wymykać z lekcji i czytać jej gazety? To nieprawda, jestem tchórzem, to tylko gesty, tak naprawdę nic więcej nie mogę zrobić, nic ponad to, co robię teraz. Mogę skoczyć do sklepu, na pocztę, rachunki poopłacać , ale to przecież jest nic A ja mogę tylko to nic 

14 kwietnia - babcia dzwoni i mówi, że zgadza się na chemię. Niemalże wparowuję do niej uradowana, daję jej aniołka nieporadnie zrobionego z masy solnej i pomalowanego moją mało artystyczną ręką. Szczęśliwa jestem, bo wreszcie coś się zmieniło. Gadamy o niczym przy herbacie i francuskich ciastkach, które mi zawsze (a przynajmniej od kiedy pamiętam) kupują. 

Będzie operacja wycięcia fragmentu jelita grubego, a później chemia. Zobaczymy, co będzie.

27 kwietnia - wbiegam do szpitala szybciej niż przeciąg, bo za 20 minut zaczynam lekcje, podrzucam babci gazety, sok i owoce. Korytarz całkiem ładny, a ja skradam się pod ścianą, żeby mnie pielęgniarki nie zobaczyły, bo jak piszą na karteczce przy drzwiach wejściowych: "odwiedziny od 14 do 16” -już nieraz mi się upiekło. Tym razem też się udało. 

Sala schludna, tylko ten szpitalny zapach i przesadna czystość jak zawsze doprowadzają mnie do szału. Babcia w sali czteroosobowej z trzema mężczyznami w średnim wieku wymieniają gazety i opinie. Babcia prosi, żeby jej "Politykę" kupić. O, zmiana upodobań literackich- śmieję się pod nosem i pędzę do kiosku. Podaję jej gazetę, jeszcze chwilę o czymś plotkujemy, patrzę na kropelki kapiące w kroplówce i powoli spływające gumową rurką prosto do jej żyły. Patrzę na zegarek i w pośpiechu, przeskakując po trzy schody, wybiegam ze szpitala. Mam zacne postanowienie, że dziś się za nią pomodlę i codziennie będę to robić.

Panie Boże, chociaż w Ciebie nie wierzę, ale jeśli istniejesz, daj babci wyzdrowieć, nie widzisz, jak się stara ? Co prawda, nie wierzę w Ciebie od śmierci dziadka, bo miałam wtedy nie więcej niż 7 lat i pamiętasz, jak Cię prosiłam, jak do Ciebie listy pisałam, a Ty i tak mi go zabrałeś. Nie wiesz, że takich rzeczy się takim małym dzieciom nie robi ? Ale mam nadzieję, że tym razem mi tego nie zrobisz W każdym razie, wracając do babci, jeśli nie możesz sprawić, żeby wyzdrowiała, to niech ją przynajmniej już tak nie boli. Amen

16 maja- babcia w domu. Wreszcie. Biorę psa na spacer, wracam i ze smakiem pożeram francuskie ciastko z jabłkiem i cynamonem. Babcia nie czuje się najlepiej. Ja biegam między apteką a sklepem. Środki przeciwbólowe mało pomagają, te przeciwwymiotne też jakoś leniwie działają, Patrzę na nią i uświadamiam sobie, że prawie jej nie ma, tak schudła. To będzie jakieś 15 kg jak nic. Kości bezwiednie wystają na przegubach palców, jakby chciały wyskoczyć z dłoni i pójść na spacer albo pojechać na wakacje na Majorkę. Z babcią nie da się rozmawiać, bo tylko leży. Mnie się przykro robi, ale nie płaczę. Jeszcze ani razu od początku jej choroby nie płakałam. Taka twarda jestem? Może to obojętność. Swoją drogą druga perspektywa jest przerażająca, bo kiedy ktoś jest nam obojętny, to nie budzi w nas żadnych emocji- jakby go nie było. A babcia niewątpliwie jest, więc szybko eliminuję drugą opcję. 

Drogi Panie Boże- przeginasz, wiesz? Mógłbyś połowę tego jej cierpienia dać komuś, kto sobie z tym lepiej poradzi. Nawet mnie mógłbyś to dać, bo jak się coś dzieli na dwoje, to zawsze jakoś to lepiej. Miało ją mniej boleć, a nie bardziej. Co Ty sobie myślisz? Ja Ci nie grożę. Ja Cię proszę, zrób coś z tym, bo podobno możesz. Amen

19 maja- babcia znowu w szpitalu, druga dawka chemii, za 10 dni ma być trzecia. Babcia zapewnia, że jej lepiej. I lepiej wygląda i wszyscy jacyś szczęśliwsi. Babcia daje mi prezent urodzinowy, a do moich urodzin jeszcze całe dwa tygodnie. Coś nie jest tak, jak powinno. Prezentu nie chcę wziąć, ale babcia się upiera, a ja nie chcę jej denerwować.

Panie Boże- nie można było tak od razu, tak z kilka miesięcy temu. Wiem, że pewnie masz dużo zamówień na tego rodzaju cuda, ale wiesz, tu u nas trochę krucho z czasem. Ale mimo wszystko dzięki za rozpatrzenie prośby. Aaaa! Mógłbyś jeszcze coś poradzić na to fatalne samopoczucie babci ? Amen

26 maja- coś koło czwartej i telefon. Oczywiście odrzucam, bo spać mi się chce, środek nocy, a ja mam jeszcze bite dwie godziny spania. Za drugim razem odbieram:

- Babcia nie żyje- dzwoni mi w głowie albo to może sygnał przerwanej rozmowy w telefonie. Co jest? Nie tak to miało być przecież! Gapię się w sufit przez godzinę, bo wiem, że spania nie będzie. Bo nie wierzę, nic nie czuję, tylko pustkę i zaciskający się żołądek. Ale nie płaczę. Myślę tylko, że babci już zabrakło siły na walkę, na to, żeby stanąć w progach i przebiec ostatni wyścig. I ja to nawet rozumiem, bo każdemu się kiedyś siły kończą. Czasami nie można sobie już pozwolić na nic prócz rezygnacji. Tylko przykro mi. Bo nie zdążyłam. Chciałam ją przytulić, powiedzieć, że ją kocham. Dlaczego zawsze jest więcej tego niezrobionego ?

Idę do szkoły- sprawdzian- zaznaczam przypadkowe kratki. Zwiewam z lekcji, łażę po ulicach- jest Dzień Matki. Ironia losu. Chcę zrozumieć, a nie mogę.

Panie Boże- chyba się rozstaniemy, bo dałeś ciała na całej linii. Drugi raz mi to zrobiłeś. Myślisz, że od tego mi lepiej? Że w takich sytuacjach ludzie robią się silniejsi ? Wiesz wszystko, to wiesz pewnie, że nie masz racji. Ludzie rozpadają się na miliony części. To, że babcia umarła, zmieniło wszystko. Wiesz, że to nie tak, że śmierć zmienia umierających. Ona zmienia tych żywych, bo to tak jakbyś z ułożonej układanki wyjął puzzla i wywalił go przez okno. Teraz to jak układanie rogalika z bułki tartej. Brakuje czegoś, tak jak teraz mi jej brakuje. Cholernie brakuje. Amen

29 maja- pogrzeb. Pogrzeb, na którym miało mnie nie być, bo pogrzebów nie znoszę. Ksiądz przypominający raczej King- Konga niż duchownego zaczyna kazanie. Jego słowa puszczam gdzieś mimo uszu. Gapię się na ludzi, którzy przyszli, na ich ubrania, na kwiaty które przynieśli. "Różnica między żywym, a umarłym jest taka, że nie można im podać ciepłej herbaty”- trafia do mnie zdanie księdza. Sprytnie kończę jego myśl- i taka, że umarli są zimni i nie odpowiadają, jak się coś do nich mówi. Wychodzimy z kaplicy. Ludzie rozmawiają o kołdrach, obiedzie i o tym, kto z kim i gdzie. Paranoja? Może raczej życie. Może to właśnie jest warunkiem powrotu do życia- zagłębienie się w codzienne czynności. Nie to jednak paranoja- wracam do domu.

Szanowny Panie Boże- to chyba nasza ostatnia rozmowa, bo nie widzę sensu kontynuacji. Strasznie szybko się to potoczyło. Chciałeś mnie czegoś nauczyć? Co Ty mi chciałeś powiedzieć. Wszystko się kiedyś kończy? Wiem. Wiem, że jak ktoś umiera, to trzeba żyć dalej, bo nasze życie się zatrzymuje, ale czas płynie. Że trzeba zamknąć konto w banku a rzeczy spakować do walizy i oddać do PCK? Wiem to przecież i bez Twojej pomocy. Pewnie chciałeś mi powiedzieć, że za słowami i myślami nie idą czyny, że tacy jesteśmy mądrzy i chętni do udzielania rad, póki nas to samo nie spotka, że łatwiej gadać, niż robić, że słowa to zawsze będą tylko słowa ? No to pokazałeś Amen

28 lipca- Długo szukałam sensu. Długo szukałam odpowiedzi- w różnych miejscach. Faktem jest, że na niektóre pytania najlepszą odpowiedzią jest milczenie. Wcale nie zadowalają mnie wytarte frazesy, które mówią, że wszyscy kiedyś umrzemy. Ale to przecież prawda- to prawa rządzące światem niezmiennie i choćbyśmy stawiali na głowie, to są rzeczy, na które wpływu nie mamy, że każda minuta przybliża nas do celu, do sensu do śmierci (?) Tylko że ja wciąż nie wiem, gdzie jest sens. Wiem, że muszą to przyjąć takim, jakie jest Ale życie to przecież właśnie jest szukanie 

Przypomniała mi się zabawa- rymowanka z dzieciństwa: "idzie rak- nieborak, jak uszczypnie będzie znak". Ten znak to chyba my; to, co w nas po kimś zostaje- może to kapcie ułożone na baczność przy łóżku, zdjęcia, na których wciąż jesteśmy żywi, bo zatrzymują nas w tamtej konkretnej minucie, nie pozwalają, żeby na naszej twarzy pojawiły się zmarszczki, nie pozwalają, żeby zmienił nas czas i to, co jesteśmy w stanie zapamiętać; to ,co nas kształtuje ; to, co daliśmy innym, a nie zdążyło do nas wrócić. 

A jeszcze później gdzieś przeczytałam, że kiedyś i tak nadejdzie taki dzień, w którym będzie poranek, a nie będzie już wieczoru.

2019  Ogólnopolski Turniej Reportażu im. Wandy Dybalskiej   globbersthemes joomla templates