Proba

AAA

Anna Janiszewska - Kto nie przeżył, nie zrozumie

 

Schuliz, marzec 1943

Nad Schuliz, niewielkim miasteczkiem położonym w Kraju Warty, powoli zapada zmierzch. Schuliz leży na obszarze, który od prawie czterech lat znajduje się pod okupacją III Rzeszy. Przed wrześniem 1939 roku Schuliz nazywał się bardziej swojsko – Solec Kujawski i leżał w granicach Rzeczpospolitej Polskiej. Jednak przyszła wojna, a z nią całkiem odmienna rzeczywistość. Inne obyczaje, prawa, nazwy, słowa. Zostali tylko ci sami ludzie, choć z nowymi problemami.

Do drzwi jednej z chat znajdujących się przy głównej drodze prowadzącej do miasta Bromberg (dawniej Bydgoszcz) puka mężczyzna. Gospodyni, starsza kobieta, jest zaniepokojona. Czasy trudne, godzina późna, któż to może być?  Stukanie wywołuje u niej dreszcz. Od pamiętnych wydarzeń sprzed trzech lat każdy, nawet najdrobniejszy, dźwięk przy drzwiach przypomina jej tamten straszny dzień. Gwałtowny łomot do drzwi, wyrzucane niecierpliwie niemieckie słowa. I to, co wydarzyło się potem. 

Stukanie powtarza się. Najwyraźniej ten, który stoi u progu chaty, nie ma zamiaru ustąpić. Kobieta nieznacznie uchyla solidne drewniane drzwi. Przed sobą widzi mizerną postać. Przygląda się przez chwilę nieznajomemu mężczyźnie. Nie wie, nie rozumie. Za chwile zapyta. Czeka. Nieznajomy pierwszy przerywa milczenie:

„Mamo… nie poznajesz mnie?”

Solec Kujawski, kwiecień 2015

Jedziemy z wizytą do Solca Kujawskiego, rodzinnej miejscowości mojego nieżyjącego już dziadka. Odwiedzamy jego młodszego brata, czyli mojego wujka-dziadka i jego rodzinę. Nie znam ich zbyt dobrze, widzimy się rzadko – zwykle raz w roku , ale czuję się przy nich  zawsze bezpiecznie i swobodnie. Witamy się bardzo długo. W końcu minęło sporo czasu od ostatniego spotkania. A potem odbywa się coroczny rytuał: częstowanie kawą, herbatą i domowym ciastem. Gdy na stół wjeżdżają słodkości, a w niewielkim pokoju roztacza się aromat kawy, zaczynają się klasyczne rodzinne wspominki. Opowieści o dawnych czasach w Solcu, wybrykach dziadka, kiedy był w moim wieku. Jak wyleciał ze szkoły i jak moja prababcia, a jego mama, przebłagała dyrektora, żeby został ponownie przyjęty. Coroczny repertuar tych samych historii, które choć znane, wciąż poprawiają mi humor. 

A po kawie przejażdżka po mieście. Nasza rodzinna starszyzna cieszy się jak dzieci. Pokazują palcami przez szybę, krzyczą: „ O, a w tym domu mieszkał ten kolega, a w tamtym ten drugi... podobno on teraz... a ta jego żona...“- i tak przez półtorej godziny. Pod koniec podróży mijamy dom rodzinny dziadka. Starsi zaczynają wspominać Edmunda - mojego pradziadka. To dla mnie tajemnicza postać. Dziadek, kiedy jeszcze żył, niewiele mówił o swoim ojcu. Zazwyczaj wspominał drobne zdarzenia, epizody. Czasem zabawne, czasem budzące lekką grozę. W tamtych czasach syn, który się ojcu zbytnio stawiał, dostawał od niego w pysk. Mój dziadek wspominał nie raz historie, kiedy na twarzy lądowała ciężka ręka ojca. A ręka musiała być ciężka – pradziadek Edmund był kowalem.  Ciekawe, że mimo iż mój dziadek był nie raz tłuczony, zawsze dobrze mówił o swoim ojcu i zawsze podkreślał, że kiedy obrywał, obrywał zasłużenie.

Z tych strzępków informacji zbudowałam w swojej głowie obraz Edmunda. Małomównego, zamkniętego w sobie mężczyzny, o silnym charakterze, który całe swoje życie poświęcił ciężkiej pracy i rodzinie.  Taki obrazek do powieszenia na ścianie, w galerii rodzinnych portretów, rysowany z zawodnej ludzkiej pamięci. Jednak ten obrazek przestaje mi wystarczać. Chcę dowiedzieć się więcej. Zaczynam zadawać pytania.

Choć dużo pytam, nie dowiaduję się wiele. W moim domu wielką wartością jest znajomość przeszłości, ludzi przed nami, swoich korzeni, historii przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Jednak informacji o Edmundzie jest zadziwiająco mało. Mój zmarły dziadek nie zdążył mi o nim wiele powiedzieć, babcia ledwo znała pradziadka, bo zmarł, gdy z dziadkiem byli w klasie maturalnej. Zaczynamy przeglądać stare dokumenty i zdjęcia. Po twarzach rodziny widać, że to nie jest najprzyjemniejszy temat do rozmowy. Naciskam. W końcu trzeba znać swoje korzenie. Opowiadają mi o jego losach w czasie  II wojny światowej. 

Już pierwsze usłyszane zdania sprawiają, że postać Edmunda zaczyna mnie intrygować. Zastanawiam się, co takiego musi się wydarzyć w życiu człowieka, jakiego cierpienia musi doznać, aby w drzwiach rodzinnego domu nie poznała go własna matka? Co tak odmienia ludzi? Jakie wydarzenia, traumy? Chcę to wiedzieć i otrzymuję odpowiedź. Edmund trafił do obozu koncentracyjnego w Sachsenhausen; wiadomo, że był tam około 3 lat. Koniec, kropka. Chwila,  a czego tam doświadczył? Co tam robił? Dlaczego tam trafił? Kiedy dokładnie został zwolniony? Coraz więcej pytań rodzi się w  mojej głowie z minuty na minutę. Coraz bardziej mnie męczą. Rodzina bezradnie rozkłada ręce. O tamtych czasach nie wiedzą prawie nic.  Była wojna, jakaś działalność konspiracyjna i tyle. Edmund nie chciał o tym opowiadać. Jestem trochę zła, sama nie wiem na kogo.            Z tej złości postanawiam, że nie odpuszczę i pozbieram z tej układanki jakąś całość. Mój obraz pradziadka Edmunda właśnie wylądował w mentalnym koszu na śmieci, a ja potrzebuję nowego. Zastanawiam się, gdzie i od kogo mogę się dowiedzieć więcej. 

Poznań, początek września 2015

Przypomina mi się, że jakiś czas temu mama opowiadała babci o swojej wizycie w Instytucie Pamięci Narodowej w Warszawie. Słuchałam tego jednym uchem, ale coś tam zostało. Mama, która była w IPN-ie służbowo, chwaliła się, że trafiła do archiwów niedostępnych dla szerokiej publiczności. Widziała autentyczny podpis Hitlera i … skórkę z kota, którą grzał sobie nerki jakiś nazistowski dygnitarz, zamknięty po wojnie w polskim więzieniu. Nazista został osądzony i zgładzony – skórka leży do dziś w państwowym archiwum.

„IPN... to jest to”- myślę sobie. Cała baza dokumentów w zasięgu ręki. Niedawno otworzyli cyfrowe archiwum. Słyszałam, że mają tam kilometry dokumentów. Z drugiej wojny światowej muszą mieć ich tysiące. Każdy wpis, wypis z obozu. Kończę osiemnaście lat piątego września, stanę się pełnoprawnym obywatelem, będę mogła się wybrać do IPN-u w Warszawie i jakoś dostać się do tych dokumentów. 

Jeszcze przed urodzinami rozmawiam z mamą o możliwości wyjazdu do IPN-u. Mówię jej, że chcę wiedzieć więcej o Edmundzie, że rodzina raczej nic więcej już nie powie, pewnie nie mamy większości dokumentów, informacji. Wyjazd do archiwum jest szansą na rozwiązanie, na odpowiedź na dręczące mnie pytania. Mama nic nie obiecuje, ale zobaczy, co da się zrobić. Podejrzewa, że mają tam jakieś dokumenty. Była tam już raz, niestety wróciła z pustymi rękoma. Mam nadzieję, że sprawa rozwiąże się szybko.

Poznań, 11 września 2015

Jestem w drodze do lekarza. Dostaję telefon od mamy. Odbieram nieco zaskoczona. Przecież wie, że mam wizytę za kilka chwil, jak mi będą badać oczy, to nie będę mogła rozmawiać. Dowiaduję się, że mama zadzwoniła już do IPN-u , że chętnie ze mną tam pojedzie w jakiś dzień roboczy, jak ona znajdzie moment wolny od pracy, a ja dzień bez sprawdzianu w szkole. Łatwo nie będzie, ale wiadomo że jeszcze w tym miesiącu czeka nas ekscytująca wycieczka. Jestem bardzo szczęśliwa, zżera mnie ciekawość i jednocześnie trochę strach.  Nie wiem, co tam znajdziemy i co dokładnie kryje się za historią Edmunda.

Poznań, 13 września 2015

Postanawiam odwiedzić babcię w sprawie historii pradziadka. Wiem, że nie znała go długo, ale może się czegoś wartościowego dowiem. Po drodze do babci odwiedzam znajomego. Antoni ma sporą wiedzę historyczną, szczególnie z zakresu II wojny światowej i działań nazistów.  Pytam go, co wie o Sachsenhausen. Mówi, że był to obóz koncentracyjny, ale jak to zwykle bywało, przy obozach koncentracyjnych mieściły się również obozy pracy. Zaczynam się zastanawiać nad dziadkiem. Przecież z obozów nie wypuszczali tak łatwo, w ogóle tego prawie nie robili. Koncentracyjny? Pracy? Eh, to wszystko jest bardzo pogmatwane. 

Teraz biegiem do babci. Biedaczka jest chora na anginę, więc nie witamy się czule ze względu na wszechobecne zarazki. Pytam ją o zdrowie, o humor, czy może nie mam iść po coś do sklepu. Mówi, że wszystko jest w porządku, że niebawem wyjdzie z domu, bo został jej jeden dzień na antybiotyku. U babci zawsze jest włączony telewizor,  rozmawiamy chwilę o tym, co się dzieje w kraju. Patrzę na zegarek. Jeszcze tyle do zrobienia, a miałam podpytać o pradziadka. Pytam o jakieś zdjęcia Edmunda, po czym wychodzę na moment na balkon. Gdy z niego wracam, widzę jak babcia szpera w jakiejś torbie. Ma coś lepszego niż zdjęcia, mianowicie dokumenty. Podrzuca mi legitymację z Izby Rzemieślniczej i legitymację Stronnictwa Demokratycznego z wydartym zdjęciem. 

Gdzie jest to zdjęcie? Babcia, szukając dalej, natrafia na swoją legitymację studencką. Była bardzo piękna. Mówię jej to, ale  ona nie przyznaje mi racji i ubolewa nad swoją fryzurą na zdjęciu. Po dłuższym szperaniu wręcza mi książeczkę wojskową pradziadka Edmunda. Jest w niej zdjęcie i bardzo wiele podstawowych informacji. Na samym końcu książeczki wklejone jest zawiadomienie o zwolnieniu z powszechnej obowiązkowej służby wojskowej. Data zwolnienia: 1 stycznia 1962 rok. Pytam babci, w którym roku zmarł pradziadek, pokazując jej datę zwolnienia. Smutnym głosem odpowiada, że w 1964. Nie żył zbyt długo. Babcia daje mi dokumenty do zeskanowania, prosząc, bym na nie bardzo uważała. Boi się, że je zniszczę, więc idę do kuchni po foliową siatkę z zamknięciem, aby na pewno się nic nie stało. 

Żegnam się i w rytm dawno zapomnianej playlisty w telefonie biegnę do domu. Jestem podekscytowana. Mam motywację do pracy, a popołudniowa dawka kawy jeszcze nie opuściła mojego krwiobiegu. Dodatkowo nikogo nie ma w domu, więc święty spokój zapewniony. Zajmuję pracownię ojca i szykuję się do pisania. Ten pokój ma artystyczną aurę i zawsze wygodniej pisze mi się tutaj jakiekolwiek prace lub robi muzykę. Mam nadzieję, że i tym razem się doskonale sprawdzi. 

Warszawa, 24 września 2015. 

W tygodniu trudno jest się wyspać. Tego dnia, mimo iż nie idę do szkoły, nie będzie inaczej. Dzisiaj jadę do Instytutu Pamięci Narodowej w Warszawie w poszukiwaniu informacji na temat przebywania dziadka w obozie i warunków jego wcześniejszego zwolnienia. Pociąg ma opóźnienie. Opuszczam Poznań chwilę po 7:30. Wizyta w IPN-ie jest umówiona na 10:30. Widzę ,że mama, która jedzie ze mną, jest zdenerwowana, boi się, że nie zmieścimy się w czasie. Staram się ją uspokoić. Wzięłam specjalnie lekcje do pociągu, ale oczywiście w drodze do Warszawy nic nie robię. Gdy docieramy do stolicy, jest pięknie, słonecznie i ciepło. Czeka nas jednak niemiła niespodzianka - strajk taksówkarzy. Jakiego trzeba mieć pecha?

Na szczęście kilka taksówek właśnie podjeżdża pod dworzec. Łapiemy jedną i jedziemy. Budynek IPN-u wydaje mi się niezwykle mały i skromny, jak na tak ważną instytucję. Przy wejściu do Instytutu sprawdzają nasze dokumenty.  Budynek ukazuje teraz przede mną swoje drugie oblicze. Okazuje się, że niepozorne, szare bloczki kryją w sobie setki korytarzy i rozległe, pełne dokumentacji podziemia. Wraz z mamą witamy się  z  zastępcą dyrektora, który kieruje nas do kogoś, kto nam pomoże. Jacek, jeden z pracowników IPN, pomaga nam przejrzeć bazę Sachsenhausen.

Szukamy długo, a Jacek jest bardzo dokładny i cierpliwy. Jednak wyników brak - ani śladu Edmunda. Czy to nieporozumienie? Dlaczego nie ma tych dokumentów? Jacek twierdzi, że nie wszystko zostało zdygitalizowane, i tu może leżeć przyczyna. Mówi też, że znajomość numeru obozowego Edmunda wiele by ułatwiła. Niestety. Numeru nie znamy.

Słuchając Jacka, uświadamiam sobie, że musi wydarzyć się to, co już wcześniej chodziło mi po głowie. Skoro IPN nie posiada potrzebnych mi informacji, to trzeba jechać do źródła. Do Sachsenhausen.  Mówię o tym Jackowi. Jest podekscytowany i chętny do pomocy. Proponuje,  abym przed wyjazdem napisała mail do archiwum Sachsenhausen. Powinni mieć listy wszystkich więźniów przebywających na tym terenie od momentu powstania obozu pracy i obozu koncentracyjnego. Dziękuję mu za podpowiedź. Choć wyjadę z IPN-u z pustymi rękami, wiem, co robić dalej. 

Zostajemy jeszcze chwilę w Instytucie. Widzę przed sobą niekończące się korytarze pełne starych dokumentów. Na tych wszystkich kartach zapisane jest jakieś ludzkie życie i jego wszystkie tajemnice. Ogrom podziemi i monstrualna ilość papierów bardzo przytłacza. Czy gdzieś w tych szpargałach są ukryte informacje o Edmundzie Czarneckim? Czy czekają na odkrycie? 

Poznań, 29 września 2015.

Na wyjątkowo nudnej lekcji wracam myślami do reportażu. Zaczynam myśleć o Edmundzie. Wiadomo, że Edmund prawie wcale nie mówił o swoich przeżyciach w obozie. Nie mówił, bo pewnie chciał zapomnieć. Nie mówił, bo pewnie nie chciał zarażać swoim cierpieniem innych. Zaczynam się zastanawiać, czy takie piętno może się odcisnąć na kolejnym pokoleniu. Czy da się zachować tak silne przeżycia tylko dla siebie? I dlaczego ja, siedemdziesiąt pięć lat od tamtych wydarzeń, znów do nich wracam i zaczynam w nich grzebać? Czy Edmund by sobie tego życzył?  

Wciąż mam nadzieję, że dowiem się, co tam się wydarzyło.  Tajemnica Edmunda ciąży na kolejnym pokoleniu. Milczenie na temat lat 1940-43 nie ocaliło nikogo przed cierpieniem. Pytania bez odpowiedzi, zagadki wręcz nie do rozwiązania. Jakby on w ogóle nie istniał. Jakby w 1940 na chwilę zniknął z powierzchni ziemi. I zdaje się, jakby nie wrócił w 1943.

Na dużej przerwie wychodzę na spacer z Maksem, znajomym z klasy. W czasie lekcji zauważył, że zapisuję coś, co na pewno nie dotyczyło zajęć. Pyta, co się ze mną dzieje. Mówię mu, co mnie dręczy w związku z historią, o której piszę reportaż. Chwilę o tym dyskutujemy. Jestem na granicy ekscytacji i zdenerwowania. Mówię głośno, szybko, głowa mnie boli od tych wszystkich myśli. Maks zwraca mi uwagę. Stara się mnie uspokoić, ale to mnie jeszcze bardziej irytuje. Zdaję sobie sprawę z ciężaru, jaki przedsięwzięłam. Szukanie śladów Edmunda, wszystkich dokumentów, informacji, może potrwać bardzo długo. Jak człowiek urodzony prawie 100 lat przede mną może wzbudzać u mnie takie emocje? A ja się martwię maturą? Czuję, że poznanie prawdy o sobie i swoich przodkach, pozbycie się ciężaru, to coś znacznie ważniejszego. Dociera do mnie, że mój reportaż nabiera nowego znaczenia. Mam nadzieję, że w czasie poszukiwań dowiem się również czegoś o sobie, może trochę dojrzeję. Ta sprawa wzbudza we mnie wiele emocji. Decyzja o wyjeździe do Sachsenhausen to zderzenie z wielką odpowiedzialnością. Wyjazd do obozu to nie jest zwyczajna wycieczka. To zderzenie z nieskończonym cierpieniem zatrzymanym na zawsze w murach obozu. Boję się tego wyjazdu i czuję jednocześnie, jak mocno przyciąga mnie to miejsce.

Około godziny 22. sprawdzam skrzynkę mailową. Czeka tam na mnie niespodzianka. Jest odpowiedź z archiwum. Podekscytowana, kieruję kursor na nieprzeczytaną wiadomość. Pierwsze zdania napisane po angielsku to rozczarowanie. Akta osobowe Edmunda zaginęły. Prawdopodobnie wywieźli je Rosjanie. Jednak dalej są wreszcie jakieś konkrety. Jest informacja o pobycie Edmunda w obozowym szpitalu od 1 października do 8 listopada 1941. Zawsze coś. Dalej dostrzegam w wiadomości coś bardzo porządnego. Numer obozowy! Z tym numerem wszystko będzie o wiele, wiele prostsze. Na tym kończą się informacje z  Sachsenhausen. 

Choć godzina już późna, dzwonię do babci. Chcę, żeby wiedziała o mailu z obozu. Babcia przypomniała sobie, dlaczego mogli zwolnić Edmunda. Był on rzemieślnikiem. Kowalem artystycznym. Podobno moja praprababcia, czyli matka Edmunda, dowiedziała się, że jakiś Niemiec zamieszkały w Schuliz poszukuje takiego kowala do pracy. A ponieważ Niemiec miał kontakty z SS, wydostanie Edmunda z obozu było znacznie prostsze. To sporo informacji jak na jeden dzień. Elementy układanki zaczynają do siebie pasować.

Solec Kujawski, lata 50.

Gertruda gotuje obiad dla męża i dwójki ich dzieci. Zapach brukwi roznosi się po całym domu. Posiłek nie zostanie podany, dopóki Edmund nie wróci z warsztatu. Odgłos otwieranych drzwi. Ciężki oddech i skrzypienie drewnianej podłogi pod stopami. Edmund przechodzi przez próg pokoju i bierze głęboki wdech. Jest zdenerwowany.  Jeszcze jeden wdech. Edmund nie mówi ani słowa. Idzie szybkim krokiem do kuchni. Energicznie chwyta garnek z gotowym obiadem. Hamulce puszczają. Edmund bez opamiętania otwiera na oścież drzwi na ogród i wyrzuca zawartość gara na dwór. „Już nigdy więcej nie będzie tego w moim domu. Nigdy już, nigdy tego nie zjem”- krzyczy, zostawiając wszystkich w osłupieniu.

Poznań -  Sachsenhausen – Poznań, 1 października 2015

Jest wcześnie rano, dopiero zaczyna świtać. Na dworze jest bardzo zimno. W naszym kraju istnieją tylko dwie pory roku, lato i zima. Zawsze jest albo nieznośnie gorąco, albo ekstremalnie zimno. Ubieram się, idę na dół wstawić wodę na herbatę do termosu. W czasie, gdy woda się gotuje, załatwiam poranną toaletę i makijaż. Wsiadam do samochodu, rzucam plecak na tylne siedzenie, tata odpala.  Codzienny rytuał.  Jedziemy spokojnie przez centrum miasta trasą do szkoły, lecz gdy mijamy budynek mojego liceum, tato się nie zatrzymuje. Dzisiaj jedziemy w inne miejsce. Czeka nas wizyta w Sachsenhausen.

Jadąc przez miasto, siedzę z tyłu z laptopem na kolanach. Moje palce ledwo trafiają w klawisze, bo trzęsą się z zimna. Gdy kończę pisanie, przesiadam się na miejsce pasażera. Wjeżdżamy na autostradę. Droga jest spokojna, warunki idealne. Mamy przed sobą trzysta kilometrów, jest wiele czasu na rozmyślanie, wymianę zdań. Tata podsuwa mi jedną myśl. Kiedy mój pradziadek Edmund siedział w obozie, w tym samym czasie moja prababcia Halina też była uwięziona. Jej więzienie było parę tysięcy kilometrów na wschód od Sachsenhausen. Nazywało się, i po dziś dzień nazywa, Kazachstan. 

Więzienie Edmunda miało solidny mur, druty kolczaste pod wysokim napięciem i strażników z karabinami. Więzienie Haliny nie miało ani strażników, ani murów. Haliny pilnował surowy klimat i niekończący się step. Dwie dusze wywiezione na dwa krańce świata, prababcia Halinka i pradziadek Edmund. Oboje doznali cierpienia w tym samym czasie, a dziś spotykają się we mnie.  Ta historia przypomina mi opowiadanie J. L. Borgesa pt. „Dwaj królowie, dwa labirynty”. Można kogoś uwięzić za murem, można też w niekończącej się przestrzeni. I tu jest pewien paradoks, bo pewnie łatwiej wydostać się z niewoli, kiedy wiesz, gdzie jest wyjście. Może kiedyś wybiorę się do Kazachstanu.

Patrząc przez okno na drzewa, zastanawiam się, czy pamiętają one czasy nazistów. Czy widziały ludzi jadących tym samym szlakiem co my, do Sachsenhausen. My dzisiaj w komfortowych warunkach, siedząc wręcz beztrosko. Oni wtedy stłoczeni pewnie w towarowych wagonach pociągu. Jestem zmęczona rozmową z tatą i pisaniem. Włączamy muzykę w samochodzie. Pokonujemy kolejne kilometry autostrad w rytmie „Nights in white satin” , „Heartbeats”-Jose Gonzalesa czy nawet Satie i Beethovena. Wszystko, żeby poczuć się nieco spokojniej przed wejściem do obozu. 

Przejeżdżamy przez Berlin. Oboje z ojcem uwielbiamy to miasto, jego klimat, architekturę, uporządkowanie, po prostu jego życie. Patrzę z uśmiechem przez okno. Jeszcze 30 km. Docieramy do Oranienburga. GPS pokazuje jeszcze 3 minuty jazdy, a obozu ani śladu. Mijamy osiedla pełne willi, które ciągną się bez końca. Obóz znajduje się na końcu ulicy. Jestem w szoku. Większość tych willi jest pewnie przedwojenna. W latach 40. tutaj toczyło się słodkie rodzinne życie, a dosłownie 300 metrów dalej dokonywano masowych mordów. Mijamy tabliczkę upamiętniającą Todesmarsch, czyli marsz śmierci więźniów ewakuowanych z obozu tuż przed wejściem Rosjan, i lądujemy na parkingu. Gdy samochód staje, dociera do mnie, gdzie jesteśmy. Trochę się boję tam iść, ale już nie ma odwrotu.

Na miejscu  jest kilka wycieczek szkolnych uczniów w moim wieku. Odnoszę wrażenie, że spośród młodych, rozbrykanych, hałaśliwych ludzi tylko ja biorę na poważnie to miejsce. Widok tych ludzi budzi we mnie przygnębienie i wielką niechęć. Nie mogę patrzeć na ich roześmiane twarze, dziecinne zachowania. Przecież oni są dorośli! Połowa z nich kopci przed wejściem do obozu, mając wszystko w tyłku. Z drugiej strony ten obóz to dla mnie osobista sprawa, a dla nich kolejna obowiązkowa wycieczka. Nieważne.

Dziesięć głębokich oddechów i ruszamy za tłumem. Od czasu do czasu przystajemy na moment obok jakiejś anglojęzycznej grupki z przewodnikiem i podsłuchujemy. Docieramy do części muzealnej. Część muzealna została wybudowana w latach 60. Wszędzie widzę socrealistyczne witraże i obrazy... eh, co za okropny okres dla sztuki. W muzeum powalają mnie zwinięte druty kolczaste i resztki słupów. Wyglądają przerażająco. Dostrzegam pasiastą piżamę. „Edmund miał taką samą, ale z innym numerem i trójkątem, chodził w identycznej 3 lata” –myślę. Widok tej piżamy i drutów kolczastych bardzo mnie przygnębia. 

Przed wejściem do obozu wchodzimy na chwilę do kafejki muzealnej. Zaciekawiona dziwacznym językiem, jakim się posługujemy, ekspedientka pyta nas, skąd jesteśmy. Tata odpowiada, że z Polski i podaje cel naszego pobytu tutaj. Ekspedientka wykazuje zainteresowanie i poruszenie faktem, ze mój pradziadek przebywał w tym obozie. 

Wychodzimy na zewnątrz. Zmierzamy ku bramie „Arbeit macht frei”. Brama i jej zabudowanie rzucają wielki cień na przechodniów, którzy po jej przekroczeniu spotykają się z jaskrawymi promieniami słońca. Wszystko jest białe, jest bezchmurny dzień, a sucha jałowa ziemia wraz z otaczającym nas blaskiem oddaje martwotę opuszczonego obozu. Rozglądam się dookoła. Stoję na wielkim placu w kształcie półkola. To tu odbywały się  zbiórki i publiczne egzekucje. Na szczycie znajduje się wielka kolumna, owoc propagandy komunistycznej lat 60.  Ma upamiętniać ofiary Sachsenhausen.

Spacerujemy po terenie obozu. Widząc drzewa za płotem, patrzę na najsmutniejsze drzewa, które obserwowały zbrodnię wobec natury, która dokonywała się przez wiele lat po drugiej stronie płotu. Chodząc po trawie, po ścieżkach, mijam szlaki tysięcy zmarłych tu istnień. Chodzę po jednym wielkim grobie. Mimo iż od masakry minęło około 70  lat, atmosfera jest bardzo nieprzyjemna. Świat w tym miejscu nie wrócił do dawnego porządku.

Na terenie obozu zachowało się tylko kilka baraków: zabudowania szpitalne, jadłodajnia, pralnia, oddzielny barak dla Żydów i więzienie. Zaczynamy zwiedzanie od jadłodajni, znajdują się tam mapy, mundury, narzędzia tortur, trumny, przedmioty codziennego użytku pozostałe po więźniach, takie jak listy czy prace artystyczne. Dostrzegam, ręcznie robiony, bardzo skromny modlitewnik należący kiedyś do pewnej Zosi oraz piękny rysunek ”dla mojego sowieckiego przyjaciela” . Jacy piękni ludzie stracili życie lub doświadczyli traumy w tym okropnym miejscu. Na końcu sali znajduje się lista osób, które zginęły w obozie, grubość tej listy możemy porównać z grubością Pisma Świętego. Mój tata siada przy wielkiej księdze. ”Co za zbieg okoliczności! Akurat jest otwarte na nazwisku Czarnecki…” . Podchodzę do niego, nie czuję się dobrze przeglądając te listy, jest tu  kilkanaście tysięcy nazwisk. Czuję się źle, patrząc na dwóch Czarneckich w księdze. Z czystej ciekawości sprawdzam moje nazwisko. Nosiło je trzech mężczyzn zmarłych w obozie. Przechodzą mnie dreszcze, czuję się, jakbym to ja była na tej liście.

Schodzimy na dół do jadłodajni. Widzimy chłodnie. „ A więc jedli tu od czasu do czasu mięso”. W jadłodajni na środku znajduje się wielkie koryto do mycia ziemniaków.  Następnie kierujemy się do części, w której odbywały się masowe egzekucje. To specjalna część obozu. Oddzielona od reszty. Niewielkie, wręcz dyskretne drzwi w murze. Drzwi prowadzące do śmierci. W wielkim dole w ziemi, wyłożonym kamieniami i obitym drewnem, znajduje się mały budyneczek z kominem… pewnie komora gazowa. Niepewnie zaglądam przez okienko do środka. Przed małym budyneczkiem w dole znajduje się plac. Dokonywano na nim masowych egzekucji. Wszędzie są tablice upamiętniające ofiary w różnych językach. Schodząc do tego dołu i obchodząc go dookoła, stawiam kroki w miejscu, gdzie wiele ludzi stawiało je po raz ostatni. Ile tysięcy schodziło tą ścieżką w dół. Gdy jestem w dole, wydaje się, jakbym była w nim razem ze wszystkimi duszami, które tu zginęły. Jakby nie mogły się wydostać z tego dołu. 

Parę metrów dalej czeka mnie jeszcze gorsze. Fundamenty krematoriów i pomieszczeń, w których dokonywano zagłady więźniów. Przed fundamentami tabliczki. Objaśniają, co się dobywało w określonym pomieszczeniu budynku. Jest korytarz, którym przechodzili ludzie, następnie gabinet lekarski, w którym „ badano” ofiary – sprawdzano, kto ma złote zęby. Takie osoby były specjalnie oznaczane, dla późniejszej lepszej identyfikacji ciał. Następnie więźniów kierowano do pomieszczeń, w których byli zabijani strzałem w głowę. W całym pomieszczeniu rozlegała się głośna muzyka, aby zagłuszyć jakiekolwiek odgłosy. Ciała ofiar natychmiast palono. Mam łzy w oczach, gdy patrzę na piece w krematorium. Na fabrykę śmierci, gdzie produkowano trupa za trupem. 

Szpital obozowy. Niepozorny barak, a pod nim wielkie podziemia. Nie ma tam już łóżek ani żadnych oznak tego, że kiedyś to był szpital. Są wystawy poświęcone eksperymentom przeprowadzonym w obozie śmierci. W baraku jest też wystawa poświęcona badaniom na tle rasowym. Maski obrazujące rysy twarzy dla określonej grupy etnicznej, próbki koloru włosów, oczu, skóry. To wszystko tu jest. 

Wychodząc z baraku szpitalnego, kierujemy się naprzeciwko, do baraku żydowskiego  Nie wiem, dlaczego, ale pachnie tam suszonymi śliwkami i świątecznym kompotem. Jest  niewielka sala tortur, łazienka, toalety i trzypiętrowe łóżka. Więźniowie obozu mogli korzystać z toalety wyłącznie dwa razy dziennie. Dwa razy. Nie mogli wstawać w nocy. Musieli spać w niewyobrażalnym ścisku. Łóżko obok łóżka. Zero przestrzeni, zero prywatności. Łazienka była również miejscem zagłady. SS-mani topili więźniów, wsadzając im głowy do toalet.

Tuż przed wyjściem przypominam sobie o jednej bardzo istotnej dla mnie rzeczy. Znów wtapiam się w grupę turystów i pytam przewodnika o to, czy nie wie, gdzie przypadkiem znajduje się miejsce baraku o numerze 63. Jest zaskoczony, gdy podaję mu mapkę obozu, na której na biało zaznaczone są miejsca, w których kiedyś były baraki, a na szaro miejsca, w których nadal one stoją. Przewodnik nie jest pewien, ale kieruje mnie na drugi koniec obozu. 

Idę szybkim krokiem, tata za mną. „Musi gdzieś tu być, tak, wiem - jest ich cała masa, ale chyba dzisiaj obok niego przechodziliśmy”. Nawet nie idę po ścieżce, jestem prawie pewna, że nogi kierują mnie we właściwe miejsce. Jest. Staję przed regularnym prostokątem ze stalowym obramowaniem, wysypanym kamieniami. Pamięć po baraku. Na obramowaniu widnieje numer. Potrzeba chwili, aby się upewnić, że to właściwe miejsce. Po szóstce pozostał tylko niewyraźny ślad. Może ktoś ją zabrał na pamiątkę? Kucam na dłuższą chwilę obok kamieni. Kucam w miejscu, które zapewne Edmund wydeptywał tysiące razy. Kucam obok przestrzeni, w której spędził prawie trzy lata. Cały czas patrzę się na kamienie, czuję na sobie wzrok innych turystów. 

Dostrzegam między kamieniami źdźbła trawy, wyrastające sporadycznie. To, co widzę, przypomina mi o Doris Salcedo, kolumbijskiej artystce. Tworzy ona nietypowe konstrukcje, które mają wyrażać cierpienie. Są poświęcone milionom skrzywdzonych istnień, odwołują się do tragicznych wydarzeń. Jedna z jej konstrukcji przedstawia właśnie źdźbła trawy wyrastające ze szczelin w stołach. Najwyraźniej jedyne, na co stać tę jałową ziemię, to właśnie pamięć i smutek. 

Na tym etapie nasza wycieczka dobiega końca. Jestem aż zdziwiona, że nie czuję się bardzo przytłoczona tym miejscem. W drodze powrotnej głównie śpię, oglądam zdjęcia zrobione podczas wycieczki. Nie mam siły robić lekcji, mimo iż wzięłam je ze sobą. Nawet nie mam ochoty czytać. Dopiero, gdy wracam do domu, siadam do obowiązków. Jestem nieprzytomna, ale szkoła niestety zobowiązuje. To był bardzo wyczerpujący dzień.

2 października 2015.

Od rana jestem przygnębiona, wszystko przychodzi mi z wielkim trudem, czuję się, jakbym  miała na plecach wielki kamień. No cóż, może to tylko kwestia tego, że muszę iść do szkoły. W szkole staram się zachować normalną twarz. To nie chodzi o niepokój związany z lekcjami. To niepokój związany z wczorajszym pobytem w Sachsenhausen. Moje ciało dopiero dzisiaj zdało sobie sprawę z wczorajszych zdarzeń. Jest mi zimno, siedzę w kącie na korytarzu i wiem, że zaraz wybuchnę. Potrzebny mi tylko impuls. Otrzymuję od Maksa niezbyt miły komentarz na mój temat. Normalnie puściłabym go mimo uszu.  Obracam się plecami i idę do damskiej toalety. Siedzę tam z 5 minut. Z trudem się uspokajam i idę ze szklanymi oczami, czerwoną twarzą na lekcję. Przed salą zaczepiam Maksa, mówiąc, że mój wybuch to nie jego wina. „Domyśliłem się, że to przez wczoraj”.  Przez resztę dnia stara się mnie rozweselić.

Między szkołą a korepetycjami  z matmy idę na szybki obiad. W międzyczasie wykonuję telefon do babci. Są dobre wieści. Babcia znalazła dokument zwolnienia Edmunda z obozu. Na to właśnie czekałam! Oryginalny dokument! Niestety, w fatalnym stanie. Szukając dokumentów w promieniu 300 kilometrów na wschód jak i na zachód, znalazłam je w swojej dzielnicy, 5 minut od domu. Miałam dzisiaj pisać mail do archiwum w Sachsenhausen. Dręczy mnie jedna myśl, bez przerwy. Zastanawiam się, czy przebywanie w obozowym szpitalu przez ponad miesiąc było normą. Czy z każdym więźniem tak się obchodzili jak z Edmundem? Czy może był obiektem eksperymentów? 

W Sachsenhausen naziści testowali na więźniach substancje psychoaktywne, w tym kokainę. Osobom poddawanym eksperymentom wstrzykiwano różne środki pobudzające i w ten sposób badano ich skuteczność. Jeden z więźniów, któremu wstrzyknięto kokainę, w ciągu kolejnych pięciu dni przespał tylko dwie godziny. Następnie testowano wytrzymałość naszprycowanych. Byli oni zmuszani do tego, aby maszerować po kilkanaście godzin bez przerwy po specjalnie wytyczonej ścieżce z piętnastokilowym plecakiem. W ten sposób testowano potencjalne specyfiki dla wojska, a przy okazji sprawdzano wytrzymałość żołnierskich butów. 

Pisząc mail do archiwum, oprócz mojego pytania dodaję załącznik z zeskanowanymi dokumentami. Może przydadzą się im w archiwum. Chwilę się zastanawiam, czy nie lepiej by było podarować archiwum w Sachsenhausen lub IPN-owi tych dokumentów. Jednak coś we mnie nie pozwala na oddanie tak cennych pamiątek w obce ręce. Mimo wszystko będą bezpieczniejsze ze mną.

Okolice Sachsenhausen, lato 1941?

Idą jak co dzień do pracy w kamieniołomie. Długi szereg więźniów, prowadzony pod eskortą strażników. Nagle jeden z eskortujących nachyla się do Edmunda i mówi mu do ucha: „Nie idź dzisiaj do pracy, schowaj się w tych krzakach i nie wychodź stamtąd, dopóki nie wrócimy. Jak będziemy wracać i zobaczysz mnie, wyjdź i idź obok mnie”. Edmund ma chwilę na podjęcie decyzji. Jeśli to prowokacja, Edmund zostanie powieszony za próbę ucieczki. A jeśli nie? To walka o życie. Zaufać strażnikowi czy to śmiertelna pułapka? Edmund znika w krzakach.  Siedzi tam cały dzień. Gdy dopada go głód, je jagody. Po wielu godzinach dostrzega kolumnę. Wracają. Edmund jak gdyby nigdy nic dołącza do więźniów. Nikt nic nie zauważył. Nic się nie stało. Edmund jest bezpieczny. 

Tego dnia z pracy w kamieniołomie wróciła jedna trzecia więźniów.

Poznań, 14 października 2015. 

Minęły prawie dwa tygodnie od mojej wizyty w Sachsenhausen. Z powodu natłoku obowiązków szkolnych (o ironio) dopiero w Dzień edukacji Narodowej mogę spokojnie pomyśleć o mojej pracy, nad tym, co już mam, a czego mi brakuje w sprawie Edmunda. Wciąż jestem nieco zagubiona, nie czuję już jednak takiego niedosytu jak wcześniej. Obraz Edmunda w mojej głowie jest pełniejszy, zdecydowanie bardziej czytelny. Dzięki podróży poznałam realia życia w obozie. Znam powody zwolnienia. Analizując epizod szpitalny i historię z kamieniołomu, mogę się domyślać, że Edmund był cennym pracownikiem. Możliwe, że jego artystyczny, kowalski fach i znajomość niemieckiego uratowały mu życie. 

Czuję się  znużona. Nie wiem, czy to nagła zmiana pogody, czy teraz naprawdę nie ma już czego szukać? Męczy mnie to. Czegoś mi brakuje, ale nie wiem czego.  Siedzę dłuższą chwilę i patrzę przez okno na szare niebo. Oczy mi się kleją. A może wystarczy? Nie wszystkie tajemnice muszą przecież zostać odkryte. Im dłużej zajmuję się Edmundem, tym bardziej cofam się w czasie. Jednym z moich początkowych celów było znalezienie dokumentów zwolnienia. Szukałam powodu końca, gdy nie znam początku. 

Przy kolacji z rodzicami zaczynamy rozmawiać o pradziadku. Mama nawiązuje do relacji między moim dziadkiem a Edmundem. Dziadek i jego brat często pytali swojego tatę, o to, co się działo w obozie. Edmund na każde z pytań o czas między 1940 a 1943 rokiem odpowiadał: „Kto nie przeżył, nie zrozumie.” 

Post Scriptum.

Przedstawiając historię mojego pradziadka Edmunda, celowo ominęłam jedną istotną informację. Informacja ta nie zmienia niczego w przebiegu zdarzeń, a jednocześnie zmienia wszystko w ich zrozumieniu. Jest zarazem nieważna, jak i najważniejsza. Dlatego odważam się ujawnić ją dopiero teraz, kiedy opowieść dobiegła już końca.   

To nie Edmund był zamieszany w działalność konspiracyjną. To nie Edmund został skazany na pobyt w obozie Sachsenhausen. Cała afera dotyczyła jego o dziesięć lat młodszego brata, Leonarda.  Wówczas mojego rówieśnika.  

Gdy żandarmi przyszli po Leonarda, Edmund podał się za niego. Najwyraźniej żandarmów nie interesowały szczegóły. Ważne, że zgadzało się nazwisko i że mają winnego. Starszy brat poszedł za młodszego.

Nigdy nie dowiem się, co stało za tą decyzją. Czy Edmund podjął ją spontanicznie, czy długo ją rozważał. Jaką rolę spełniła tu matka? Nakłaniała starszego syna do poświęcenia, sugerując, że jej młodsze dziecko nie ma szans na przeżycie obozu, czy też zachowała milczenie? A może próbowała go odwieść od tej decyzji? Co czuł Leonard i jak to wpłynęło na jego braterskie relacje po wojnie?  Mnóstwo emocji. Odpowiedzialność. Poczucie winy. Rozdarte serce matki. Może złość? Może zawiść? Nic dziwnego, że to historia, o której w mojej rodzinie mniej się mówi, a więcej milczy. Nikt nie jest w stanie pojąć, co oni przeżyli. Więc ja też zamilknę.

Edycja I

W I Turnieju Reportażu jury postanowiło przyznać:

Grand Prix za reportaż "W szufladzieJoannie Bilińskiej (uczennica V Liceum Ogólnokształcącego e Wrocławiu, nauczyciel - Wojciech Bonarski);

I nagrodę za reportaż "Tu jestem u siebie" Agnieszce Zając (uczennica ZSO im. II Armii Wojska Polskiego w Trzebnicy, nauczyciel - Kamila Możdżeń-Berbeć);

II nagrodę Hannie Żeglińskiej za reportaż "Dobrze jak w niebie" (uczennica I Liceum Ogólnokształcącego w Oleśnicy, opiekun – Ewa Obara-Grączewska);

III nagrodę Beacie Kryk za reportaż "Jak brat z bratem" (uczennica I Liceum Ogólnokształcącego w Oleśnicy, opiekun – Ewa Obara-Grączewska).

Maria Majkowska - Trzy lata wieczności

„Z chorobą jest tak jak ze śmiercią. Jest faktem. Nie jest żadną karą.”

~„Oskar i Pani Róża”Éric-Emmanuel Schmitt

Jest wiosna. Słońce wygląda zza chmur i lekki wiatr porusza od czasu do czasu liśćmi drzew. Właściwie jednego drzewa. Jesteśmy „na trzepaku”  - tak się mówi, chociaż nikt na nim w tym momencie nie siedzi, ani tym bardziej stoi. Obok jest piaskownica i pomimo iż lubię piaskownice, to teraz się w niej nie bawię (i tak jest dość płytka). Rzadko wychodzimy na spacer wszyscy razem i nawet teraz nie ma z nami taty, bo w końcu musi pracować. Ale za to jest mama z wózeczkiem i wszystko wydaje się takie piękne i właściwe.

Wiosna. Wszystko będzie dobrze. Kwitnące kwiaty w niezwykły sposób napełniają człowieka optymizmem. Magicznie. Obok rośnie koniczyna i gdy rozprawiam radośnie na jakiś temat, mama znajduje tę czterolistną. Z zachwytem i lekką zazdrością (mnie nigdy się nie udało takiej znaleźć, a zawsze chciałam!) patrzę, jak kładzie ją na kocyku w wózku i czule głaszcze drobną rączkę wystającą spod warstw materiału. Nasze małe szczęście. Wszystko będzie dobrze.

Niedługo musimy wracać, bo z wózeczka znowu rozlega się płacz i sielankowy nastrój pryska jak bańka mydlana, ale zielona koniczyna jest niezaprzeczalnym dowodem. Dowodem, że wszystko się ułoży. Szczęście. Wszystko będzie dobrze. Wracamy do domu w pośpiechu.

***

Dzwoni domofon, krótki, urwany w połowie dźwięk, byle tylko dać znać, że ktoś stoi pod drzwiami i że trzeba mu otworzyć. Potem lekkie stuknięcie i do mieszkania wchodzą dwie osoby. Nie. Tym razem jest tylko jedna, druga nie da rady przyjść.

- Maryniu czy możesz nam pomóc? – Mogę. W telewizji leci teraz ulubiona bajka (ta o bohaterze, który ratuje świat), więc z największym żalem, ale pomagam.

- A mogę rączki i nóżki? – pytam jeszcze zanim zaczniemy, bo to wydaje się fajniejsze, niż główka.

- Nie. Masz za mało siły. – pada odpowiedź i bardzo chcę krzyknąć „Wcale nie!”, ale wiem, że trzeba być cicho albo przynajmniej ciszej niż gdzie indziej, bo teraz śpi i to jest w jakiś sposób ważne, nawet jeśli nie rozumiem do końca dlaczego. Z protestem na końcu języka wydymam policzki i wypuszczając powietrze daję ujście mojej w pełni zrozumiałej frustracji, z cichym westchnieniem „mamooo…”. Nie jestem już dzieckiem, niedługo skończę dziesięć lat.

Staję na podeście (takim zabawnym, fioletowym, który wcześniej stał w łazience, ale teraz znalazł inne użycie, bo wciąż jestem za niska, żeby sięgnąć do stołu bez niego) i zaczynamy, odgłos kliknięcia timera rozpoczyna kolejną serię. W lewo, w prawo, w lewo, w prawo; i raz, i dwa, i raz, i dwa, i tak dalej. Ciocia, która dzisiaj przyszła, rozmawia z mamą, albo obie rozmawiają z Maksiem. To ważne, żeby z nim rozmawiać, mówić wierszyki, śpiewać, opowiadać. Ja też coś mówię, ale wciąż jestem trochę zbyt nieśmiała przy tej nowej cioci, dlatego niezbyt wiele.

Po dłoni zaczyna spływać mi ślinka, skapuje na pomarańczową powierzchnię stołu i pewnie będzie to trzeba wytrzeć przed kolejną serią, ale o tym teraz nie myślę. Maksiu znowu płacze. Robi się trochę trudniej i nie mogę kręcić główką tak, jak powinnam, bo się wyrywa i robi się sztywna i gdzieś głęboko do mojego żołądka wkrada się zimny, obślizgły strach. Coraz więcej śliny skapuje na blat, miękkie policzki są całe mokre i lepkie, czuję że muszę wytrzeć dłoń, bo zaczyna swędzieć. Ale to nie jest w tym momencie ważne, bo płacz jest coraz głośniejszy i mama próbuje go uspokoić i wcześniejsze „hej o co się dzieje?” całe owite czułością i w różach i pomarańczach, zabarwia się teraz czarnym, wiążącym język zmartwieniem. Mimowolnie marszczę brwi i przygryzam wargę.

- Mamo, co jest nie tak? –  mój niepewny, słaby głos przebija się przez płacz, brzmi głośniej niż myślałam.

Timer pika. Koniec serii. Chcę zejść z fioletowego podestu, wdzięczna, że to już koniec, ale zanim to zrobię, trzeba zająć się Maksiem. Mama go przytula i jej uspakajające „cii… cii… już dobrze” zlewają się z płaczem. Na dziś kończymy.

***

To już prawie nigdy się nie zdarza, mama z rzadka odprowadza mnie do szkoły, dlatego dzisiaj jest specjalne. Idziemy naszą ulubioną drogą, przez korzenie przydrożnych drzew, które dają dziwną namiastkę lasu. Mama mówi, że wolałaby iść schodami, bo się potyka, ale zawsze tędy szłyśmy, więc teraz też idziemy. Wiem, że jest coraz lepiej – słyszałam, jak rodzice o tym rozmawiają.

- Mamo, a czy jak Maksiu będzie miał już 3 latka, to będzie mógł chodzić? – pytam radośnie, przeskakując wyjątkowo gruby korzeń.

- Nie wiem kochanie – i z jakichś dziwnych przyczyn mama wydaje się smutna, co jest przecież dziwne, bo była poprawa, sama tak mówiła.

- No to, cztery, albo trzy i pół! Albo chociaż raczkować, może nie chodzić, raczkować. – próbuję dalej.

- Nie wiem, daj już spokój! To nie takie proste!  – teraz jest zła.

Reszta drogi mija w ciszy a ja zastanawiam się co poszło nie tak, bo przecież chciałam dobrze.

***

Siedzimy w pokoju z Marcinem, w telewizji leci naprawdę zabawny serial, co prawda z rodzaju tych raczej głupkowatych. Główny bohater jest mało rozgarnięty, ale ma przyjaciół, którzy mu zawsze pomogą. Gra muzyka, a obsada śmieje się właśnie z jednego z mniej inteligentnych gagów, gdy z pokoju za ścianą dobiega nas krzyk. Straszny, przerażający krzyk. Przeszywa powietrze jak strzała i przez chwile oboje jesteśmy sparaliżowani. Telewizor zanika gdzieś w tle i słychać tylko krzyk i płacz i odgłos gorączkowej bieganiny mamy. Atak. Teraz już nie zrywam się, by pomóc i tak bym tylko przeszkadzała. Marcin jest gdzieś obok, ale chwilowo go nie widzę. Zaraz wszystko wróci do normy. W drugim pokoju mama zakłada maseczkę. To minie, powtarzam w myślach, zawsze mija. Telewizor znowu gra.

***

Pierwsze święta w nowym domu. Przeprowadzka była straszna, mimo że tylko kilka bloków dalej, więc praktycznie nic się nie zmienia. Oprócz mieszkania, oczywiście. Teraz jest większe, więc jest gdzie postawić stół i zjeżdżalnię (taką ładną, ręcznie robioną i pomalowaną przez wujka w 3 duże czerwone kwiatki, Maksiu dochodzi już zwykle do drugiego i na pewno kiedyś uda mu się i do trzeciego, ale chyba jeszcze nie teraz) i wózek, i wiele innych rzeczy, potrzebnych do rehabilitacji. Ostatnio jest ciężej, coraz więcej ataków, rodzice wciąż się kłócą, chociaż starają się jak mogą. Ale za parę dni będą święta, a święta wszystko naprawiają. Mam nawet prezenty dla wszystkich.

Mamy gości. Ostatnio przychodzi ich bardzo wielu – wszystkich ogarnia duch świąteczny, składają życzenia i tym podobne. Do Maksia przychodzi strasznie dużo osób, na patterningi – rehabilitację, dlatego jest tak wiele cioć i wujków, którzy mogą nas teraz odwiedzać. Ja też pomagam, w patterningach oczywiście, teraz już coraz częściej i nawet ćwiczę z rączkami i nóżkami, a nie tylko główką, i nie muszę już używać fioletowego podestu, w trym roku skończę podstawówkę i jestem wystarczająco wysoka.

Jest miło, rodzice wreszcie się śmieją, a Maksiu jest w wyjątkowo dobrej formie. Siedzę we własnym pokoju (wreszcie nie muszę dzielić go z bratem!), gdy z drugiego końca mieszkania dobiegają mnie jakieś krzyki. Zapanowuje poruszenie, bo to woła tata. Przybiegam i widzę coś niezwykłego. Mama i tata klęczą obok Maksia, po chwili przybiega też Marcin, aby sprawdzić co się dzieje. Mama ponagla tatę, aby wyjął szybko aparat i nagrał film, ale nie może go znaleźć, wiec telefon musi wystarczyć. Maksiu, po raz pierwszy się śmieje. Głośno i szczerze, śmieje się całym sobą, ale jego oczy są daleko. Mama mówi, że nie śmieje się do nas, ale przecież do kogo innego mógłby się śmiać. A śmieje się, śmieje jak nigdy dotąd, bo wcześniej okazjonalny pół-uśmiech był wszystkim, na co można było liczyć, a to i tak, tylko w najlepszym wypadku. Śmiech, prawdziwy śmiech. Świąteczny cud. Zadowolona wracam do swojego pokoju, zostawiając roztkliwionych rodziców z Maksiem.

Następnego dnia przychodzi do nas wujek. Ostatnio bardzo rzadko się z nim widujemy, a to chyba mój ulubiony, jak byłam młodsza często chodziłam do niego i do cioci, głownie dlatego że mieszkali tuż obok, balkon przy balkonie, zawsze robili kanapki z margaryną, a u nas w domu było tylko masło, miła odmiana. Rozmawiają z tatą, pewnie pokazuje mu teraz wczorajsze nagranie końcówki, co prawda, śmiechu Maksia. Wszystko układa się jak najlepiej. Święta.

Powinnam wiedzieć, że myślenie takich rzeczy nigdy nie prowadzi do niczego dobrego. Maksiu dostaje kolejnego ataku. Ale tym razem jest inaczej. Pomimo maseczek wciąż nie może złapać oddechu. Przyjacielska wizyta przeradza się w koszmar.

-Dzwoń po karetkę! – krzyczy mama. Rozpaczliwie. Desperacko.

Serce przestaje bić.

Przerażające poczucie bezużyteczności i bezsilności ogarnia mnie, gdy mama wykonuje kolejne wdechy i uciski, chyba płacze, ale nie jestem pewna. Ja też chyba płaczę. Zamykam się w swoim pokoju i próbuję, o tym nie myśleć. Czekam na karetkę, wszyscy czekamy.

Upływa cała wieczność, zanim do naszego mieszkania wpadną panowie ze służby zdrowia z całym oprzyrządowaniem i wszystkimi ratującymi życie sprzętami. Przez chwilę pojawia się we mnie myśl „jak coś, co ma pomagać, może wyglądać tak przerażająco”. Nie patrzę, kiedy przykładają to ustrojstwo do Maksia. Nic nie rozumiem. Było przecież tak dobrze. Gdzie ten cud świąteczny? Gdzie choinka? Gdzie prezenty? To nie tak miało być. Miałeś się śmiać. Miało być inaczej. Lepiej. Przecież tak było. Gdzie są te radosne święta?

Zabierają Maksia do szpitala. Próbuję się modlić, ale mam taką pustkę w głowie, że jedyne co potrafię, to bezwiednie powtarzać „Ojcze nasz”. Jak mantrę, przeplataną jedną myślą – „niech on przeżyje”. Słone łzy skapują na moje łóżko, ale jest tak ciemno, że ich nie widzę, ledwo rejestruję, kiedy mama wchodzi do pokoju i mówi żeby się modlić o ulgę w cierpieniu, nawet jeśli... nie kończy. Nie wiem o co jej chodzi. Nie rozumiem. Ale i tak to robię, bo skoro mama tak mówi to pewnie ma rację. Gdzieś pomiędzy płaczem, a bezmyślnym powtarzaniem formułek modlitewnych i tych samych krążących myśli zasypiam. Jest ciemno.

***

Maksiu urodził się 26.02.2008 roku z tak zwanym wielowadziem, obejmującym między innymi chorobę serca – przełożenie wielkich naczyń, przykurcze i wiotkość mięśni. Od razu po urodzeniu przeszedł operację, której sukces niósł ze sobą nową nadzieję. Po ośmiu miesiącach nadeszło czarne widmo epilepsji – zespół Westa. Choroba nieuleczalna. Codziennie przychodzili do niego wolontariusze, starający się pomóc w rehabilitacji. Ludzie zupełnie ze sobą nie związani, nie znający się wcześniej, różni na tak wiele sposobów - zjednoczeni przez kogoś tak małego. Codzienne patterningi były pełne radości i śmiechu, śpiewania piosenek i rozmów z Maksiem, każdy robił, co mógł.

„Maksiu przyciągał ludzi z podobną wadą serca, wszyscy oni chcieli pomagać innym” mówią jego rodzice.

Zmarł w wigilię 2011 roku. Był kochany przez wiele osób i na zawsze pozostanie w ich pamięci.

„Maksiu mnie rozpoznawał, na sto procent, tego jestem pewna.”

„On po prostu rozumiał, na swój sposób, ale komunikował.”

„Maksiu był po prostu kochaniutki, no. Zawsze chciałam, żeby Sylwia go ładnie ubierała. Oczka miał śliczne i był taki podobny do Marcina!”

„Pomimo ciężkiego okresu w moim życiu, to dzieciątko dawało mi taką radość… Tam było bardzo radośnie.”

 

Dziękuję ci, Maksiu.

 

Edycja II

W II Turnieju Reportażu jury postanowiło przyznać:

I nagrodę za reportaż "Wiejski harem" Katarzynie Hermanowicz (uczennica III Liceum Ogólnokształcącego w Ząbkowicach Śląskich, nauczyciel - Magdalena Kotowicz);

II nagrodę Natalii Żabie za reportaż "W studnię patrz! W studnię..." (uczennica IV Liceum Ogólnokształcącego we Wrocławiu, opiekun – Robert Chmielewski);

III nagrodę Mirosławie Białaszczyk za reportaż "Furtka" (uczennica Zespołu Szkół Ponadgimnazjalnych im. W. Reymonta w Bierutowie).

2018  Ogólnopolski Turniej Reportażu im. Wandy Dybalskiej   globbersthemes joomla templates