Aleksandra Fiłonowicz - Za co jesteś?

Weronika myje włosy tylko w piątki. Zapytana dlaczego, odpowiada nerwowo - Nie starcza mi szamponu, aby myć je co drugi dzień albo jak niektórzy-codziennie. Wybrałam sobie piątki, bo w soboty zawsze ma przyjechać mama, a chcę dla niej wyglądać ładnie. Chcę, żeby myślała, że u mnie wszystko w porządku. Ostatnio wyszła taka Kaśka, to zostawiła mi nawet odżywkę. Mama mi nigdy nic nie zostawiła. Ale mówiła ostatnio, że niedługo zamieszka z takim Pawłem, jej nowym chłopakiem, to może mi coś przywiozą.

Na przyjazd mamy czeka już trzeci tydzień, ale jej zawsze coś wypada. A to zepsuła się komórka, a to nie miała pieniędzy, a to spóźniła się na pociąg - wylicza - ale staram się ją zrozumieć. Przyjechałam tu na własną prośbę, więc nie mogę oczekiwać, że będzie mnie tak często odwiedzać.

Na co dzień mieszkam w domu dziecka. - Tu jest jednak fajniej, wiesz? Tutaj jest zdecydowanie lepsze jedzenie i łóżka są wygodniejsze. Chociaż czasami, gdy wracam ze szkoły i akurat trafia się ktoś nowy na oddziale, trzeba spać na dostawce albo na ziemi.

Większość dzieci jest tutaj w podobnej sytuacji. W trakcie rozmowy podchodzi do nas ośmioletni Krzyś. Ostatnio zwiększyli mu dawkę chloroprotyksenu. Po brodzie cieknie mu strużka śliny i ma problemy z otworzeniem drzwi od łazienki. Wskazuje na nie rączką, mówi coś niewyraźnie i trzyma się za spodenki. Są z jednego bidula, więc Weronika otwiera mu drzwi i pomaga się załatwić.

Krzyś był pierwszą osobą, którą poznałam na oddziale. Już wtedy był dość niemrawy, ale dużo się uśmiechał i zawsze dzielił się słodyczami z innymi. Rodzice nieznani. Trafił tutaj z domu dziecka, bo był nadpobudliwy i nie potrafił nauczyć się pisać. Nie ma za wielu kolegów. Przez to że zawsze ma mokrą koszulkę od własnej śliny, nikt się nie chce do niego przytulać. A przytulanie tutaj ma ogromną wartość. Kiedy udaje mu się załatwić, przechodzimy z Weroniką do jej sali. Krzyś idzie za nami. Gdy tylko przekracza próg pomieszczenia, słyszymy wiązankę lecącą z ust jednej z dziewczyn: - Krzysiek, ile razy mam Ci k*rwa powtarzać, masz zakaz wchodzenia do tego pokoju! Nie dostaniesz ode mnie żelka ani Cię nie przytulę. Won.

Ta dziewczyna to Sandra, jest świeża. Próbowała skoczyć z okna, po tym, jak po zerwaniu z chłopakiem, matka zwyzywała ją od puszczalskich dziwek. Dziewczyna ma ósemkę rodzeństwa. Nabiera powietrza, aby powiedzieć jeszcze coś, gdy nagle przerywają jej głośne krzyki z korytarza. To dzieciaki z obserwa. Wybiła osiemnasta, więc mogą wyjść na ogólny, do sali z telewizorem, dzisiaj ma lecieć „Zielona Mila”.

Do naszego pokoju wpada Tymek - rudy, przy kości chłopak w moim wieku. - Dziewczyny, chodźcie, zaraz się zacznie. Wziąłem trochę kocy i poduszek, zmieścimy się wszyscy. – mówi, ściskając stare, gdzieniegdzie poplamione, szpitalne narzuty.

Rzadko udaje mi się trafić na niego w tak dobrym humorze. Gdy przez pierwszych parę dni leżałam na obserwie, jedyne co można było usłyszeć wieczorami, to rozmowy o śmierci między nim, a którąś z dyżurujących pielęgniarek. Trafił tutaj, bo wysłał go ukochany psychiatra. Ma do niego o to ogromny żal. W swoim rodzinnym mieście zostawił dwie siostry, 8 i 10 lat, z ojcem pijakiem. Wielokrotnie, gdy rozmawialiśmy, wspominał, jak bardzo się o nie martwi. Przez alkoholizm taty, któregoś październikowego wieczoru musieli uciekać z domu. Przez trzy dni błąkali się po mieście. W trakcie ucieczki był tak zajęty wzięciem odpowiednich butów i kurtek dla sióstr, że sam chodził tylko w klapkach. Jedyne pieniądze, jakie mieli, to te, które od ubiegłorocznej gwiazdki odkładał na nową grę komputerową. Na obserwie nie może dzwonić do rodziny, a żeby mógł trafić na ogólny, jego stan musi się poprawić, na co się w najbliższym czasie nie zapowiada. Tymek bardzo lubi pisać. Jego jedynymi narzędziami na oddziale mogą być ołówek i chusteczki higieniczne, bo książki są zabronione. To właśnie od niego, z okazji Dnia Kobiet, dostaję najpiękniejszy prezent, jaki było mi dane otrzymać w życiu. Na trzech chusteczkach narysował trzy serduszka różnej wielkości. Gdy odpowiednio złożone podstawiało się je pod światło, można było zauważyć moje imię oraz mały rysunek przedstawiający mnie i jego stojących w jednym z serc.

Idąc w stronę świetlicy, mijam swoją własną salę i widzę Zosię leżącą na swoim łóżku plecami do drzwi. Rozmawia z Kamilem, jej nowym chłopakiem, poznali się tutaj. On gładzi ją po włosach, ten gest zawsze działa na nią uspokajająco, gdy czuje się gorzej. Trafiła tutaj „z diagnozy” swojej psycholożki-depresja młodzieńcza. Mimo że to chyba najpopularniejsze schorzenie tutaj, pielęgniarki wyjątkowo surowo ją traktują. Od dwóch tygodni musi chodzić na obiad na obserwa, bo ktoś puścił fałszywą plotkę, że ma anoreksję. Dodatkowo, trafiła się jej najgorsza możliwa pani psychiatra. Burak, bo tak na nią mówimy, po paru dniach pobytu Zosi tutaj, wzięła ją na rozmowę i stwierdziła otwarcie, że dziewczyna może się pożegnać z wizją ukończenia pierwszej klasy liceum w tym roku, że szkołę powtórzy, a zdrowia nie. Zwiększyła też jej dawkę leków. Dziewczyna miała łzy w oczach, gdy mi o tym opowiadała.

- Przecież miałam tyle planów! Od zawsze chciałam zostać neurologiem, całe gimnazjum przygotowywałam się do egzaminów gimnazjalnych, aby móc dostać się do mojego wymarzonego liceum. I to wszystko na nic. - pociąga nosem - Wiesz Ola, bo tak właśnie to wszystko tutaj wygląda. Przyjeżdżasz, po miesiącach męczenia się z samą sobą, w nocy płakania tak długo aż zaśniesz ze zmęczenia, masz ogromne nadzieje, że wyjdziesz odmieniona, że coś się w tobie przestawi, że spojrzysz na świat inaczej. Przez pierwszych parę dni nawet zaczynasz dostrzegać dobre strony wielu rzeczy, ale jak masz się poczuć lepiej, skoro nie mamy nawet zapewnionych spotkań z psychologiem? Ciągle tylko podają nam leki i pilnują, żeby zupka mleczna była zjedzona na śniadaniu. To ona ma mnie wyleczyć? Może gdybym chodziła do szkoły, wiedziałabym o jej magicznych, nieznanych mi dotąd właściwościach. Boże, co ja tu robię? - zadaje sobie to pytanie i zanosi się szlochem.

Wstaję i idę do łazienki. Muszę ochłonąć. Patrzę w lustro, na swoje potargane włosy, pogniecioną piżamkę i zadaję sobie to samo pytanie. Trafiłam tu, bo jestem po próbie samobójczej. Nie mam pojęcia, kiedy wyjdę. Ordynatorka ostatnio rzuciła mi, ze leczenie może potrwać do 10 tygodni. Nie rozumiem, jak mam zostać wyleczona, skoro od mojego przyjazdu nie miałam ani jednej rozmowy z psychologiem. Jedną z psychiatrą, na przyjęciu. I  tyle. Leczenie może potrwać do 10 tygodni.Powtarzam sobie to stwierdzenie w głowie i zaczynam czuć, jakby każde poszczególne słowo miało mi wywiercać dziurę w sercu. Co zrobię po powrocie? Z rodzicami widzę się raz na parę dni, ale gdy wyjdę, to nie będzie to samo. A znajomi? Przecież wszyscy o mnie zapomną, nie będę miała nawet do kogo się zwrócić, jeżeli będę się znowu czuła gorzej. O szkole nawet nie chcę myśleć. Już widzę oczyma wyobraźni, jak mama zabiera wszystkie papiery z mojego ukochanego liceum, a ja siedzę tutaj. I gdzie pójdę? Nie skończę szkoły? Takich pytań zadaję sobie milion…

Najgorsza jest jednak samotność. Mimo ze wszyscy jesteśmy razem i staramy się wspierać, to właśnie ona jest nieodłącznym elementem szarej, szpitalnej rzeczywistości. Nie ma szansy, żeby o niej zapomnieć na dłużej. Nawet, jeżeli się z kimś zaprzyjaźnię, prędzej czy później stąd wyjdzie. A ja zostanę sama do czasu aż łóżko obok zostanie zajęte przez nowo przyjętego.

Julian Frysztacki - Bajzel na grubie

Śnieg zaczyna powoli topnieć. Można jeszcze  co prawda znaleźć miejsca, gdzie słońce operuje zbyt rzadko, pozwalając mu utrzymać się resztkami sił, ale nawet  te plamy są już bardziej szare niż białe, zabarwione ciężkim powietrzem Śląska. Węgiel znajduje się tutaj nie tylko pod ziemią, ale również w piecach i płucach mieszkańców. Niskie, najwyżej dwupiętrowe familoki, zbudowane z cegły i jasnego niegdyś kamienia potrzebują ogrzewania, a ciężko byłoby oczekiwać, że górnicy zdecydują się na inny rodzaj opału niż właśnie węgiel.

Starszy pan, którego spotykam na terenie dawnej kopalni Mysłowice nazywa go krzesiwem. Staruszek ma drobną, pomarszczoną twarz, delikatny wąsik, ciepłą czapkę   i spodnie. Z niewielkiej hali o ścianach czarnych węglem i podłogach brunatnych rdzą wyrywa go fiołkowy polar.

- Nie "pan" tylko Bogdan, a nie "pan".
- Proszę?
- Nie "pan" tylko Bogdan.

Mówi spokojnie, choć można w jego głosie wyczuć podejrzliwość. Przedstawiam się mu i podaję rękę:

- Przepraszam, że w rękawiczce, ale...
- A nie szkodzi. Ja tu sobie węgiel brać, krzesiwo.
- Dużo go tu zalega...
- No jest go sporo, przesieję to, no bo co, to się wszystko zmarnuje. Przyjdą, wyrównają ten teren i chuj je weźmie. A Bóg wie jak jest, trzeba sobie nawozić do domu, jeszcze dość zimno, palić trzeba...

Ciężko Bogdanowi nie przyznać racji. Jest luty, końca zimy nie widać, a obiekty dawnej kopalnianej przeróbki czeka pewne wyburzenie. Odkąd w 2008 roku wydobyto tu ostatnią tonę węgla, kolos rozciągnięty na obszarze ponad sześćdziesięciu hektarów i rozdarty na dwie części linią kolejową niszczeje pozostawiony bez opieki. Północna część kompleksu jest starsza, ceglane budynki górują nad okolicą od ponad stu lat. Zabytek ma szansę przetrwać, jeśli wcześniej nie rozbiorą go złomiarze. Część południowa, wybudowana za Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej z blachy falistej i betonu ma wątpliwe walory estetyczne. Dla niej ratunek nie nastąpi, zostanie zrównana z ziemią, być może jeszcze do końca tego roku.

- Widziałem, że tutaj ochrona chodzi po obiekcie.
- Chodzą cały czas, co pół godziny. Ale ci nic nie powiedzą.
- Jak się ich spotka to co robią?
- Jak im tu nie rzucasz się, nie trzaskasz, jak węgiel zbierasz to ci nic nie powiedzą.

Nie rzucam się więc i nie trzaskam, co rzeczywiście pozwala mi na niezakłócone poruszanie się po obiekcie. Zjawiając się w kopalni miesiąc później przekonuję się jednak, że zachowanie ciszy wcale nie jest niezbędne. W nadszybiu szybu Sas wita mnie łomot zrzucanych na niższe piętra stalowych belek, stukot młota i tynk sypiący się  z popękanego sufitu gęstymi chmurami. W powietrzu unosi się pył rozświetlany przez padające ostro promienie słońca, które wypalają na ścianach i podłogach kształty dużych, pozbawionych szyb okien. Ocieplenie i wydłużający się dzień ułatwiają zbieranie złomu.

Jestem z przyjaciółmi, więc bez obawy zbliżamy się do zgarbionego mężczyzny w ciemnym, brudnym ubraniu. Nie widzę jego twarzy, jednak ton głosu każe przypuszczać, że ma ponad czterdzieści lat. Zapytany, czy to on nas straszył tymi hałasami wybucha śmiechem, który brzmi przyjemnie, szczerze.

- Złom ciepałem.

Czuje się pewnie i nie przejawia agresji, a nawet stara się pomóc. Słysząc, że wybieramy się na wyższe piętra ostrzega nas, że nie warto tam wchodzić, bo wszędzie dziury. Również tę wypowiedź okrasza salwą śmiechu.

- W takim razie nie przeszkadzamy panu.
- Ja również nie, nie widzieliśmy się.

Osiem miesięcy później, w tej samej hali na mnie jednego przypada dwóch potężnie zbudowanych złomiarzy. Słyszę ich po raz pierwszy siedząc na dachu budynku, i mogę przyjrzeć się im przez okno. Ciemne spodnie, szare bluzy z kapturem - są dość młodzi a do pracy używają palnika acetylenowego i sporego łomu w roli dźwigni. Zaledwie pięć dni przed moją wizytą Hugo, mój znajomy, częsty bywalec kopalni i autor strony internetowej o fotografii industrialnej pisał:

"Złomiarze robią sie agresywni i niebezpieczni.

Wszelkim osobom, które planują robić zdjęcia w kopalni - lepiej już tego nie róbcie."
Zależy mi jednak na zdobyciu informacji i decyduję się zejść na dół. Chowam moją kamerę do plecaka i podchodzę do pracujących z rękami uniesionymi w obronnym geście.

- Cześć, nie mam wrogich zamiarów. Tylko przechodzę. Mogę zadać jedno pytanie?
- Słucham.- Mężczyzna brzmi stanowczo, spokojnie, trochę podejrzliwie.
- Skąd wiecie o tej kopalni?
- Mieszkamy tutaj niedaleko.
- Ochrona nie przeszkadza? - Pytam, jednak nie otrzymuję odpowiedzi. Następuje długa chwila ciszy, więc próbuję jeszcze raz. - B-boją się?
- Co, zdjęcia robisz? Nie będą cię gonić tutaj. Tutaj jest spoko, możesz chodzić.

Zdeterminowany ponawiam pytanie o brak ochrony, jednak znów jedyną reakcją jest cisza, która tym razem zdaje się wręcz pochłaniać wszystkie inne dźwięki pozostawiając tylko delikatny syk stygnącego metalu. Dalsze ryzyko nie jest wskazane, więc ruszam  do wyjścia, rzucając słowa pożegnania, które giną w szumie uruchomionego ponownie palnika.

Teren kopalni jest duży, jednak nawet w dniach świątecznych przebywa na nim przynajmniej kilku ochroniarzy. Grzeją się w niewielkich białych budkach wykonanych z tworzywa, rozrzuconych w odstępach około dwustu metrów. Przy głównym wjeździe  do części zabytkowej znajduje się szlaban i ceglany, pomalowany odłażącą płatami brunatną farbą budyneczek. Wewnątrz widzę starszą panią o siwych, delikatnie kręconych włosach. Ma głęboko pooraną zmarszczkami, piękną niegdyś twarz zdradzającą przyjazne usposobienie. Mimo to czarny strój ochroniarski dziwnie jej pasuje. Gdy podchodzę do okienka budki i proszę o rozmowę, pokazuje mi malutki lufcik i każe się do niego zbliżyć. Otwiera go ze zgrzytem zawiasów. Witamy się. Słyszę, że ma miły, delikatny głos, jakby oblany miodem. Od razu przechodzę do konkretów.

- Dużo osób wywozi złom z tej kopalni.

- Proszę pana, ja jestem tutaj od aut wjeżdżających i wyjeżdżających. Ja nie mogę portierni opuszczać, ktoś pyta o coś to odpowiem, auta wjeżdżają wyjeżdżają, ja to wszystko notuję. Tam dalej natomiast jest patrol. To są panowie patrolni i to oni mogą o tych złodziejach coś powiedzieć.

- Słyszałem, że złomiarze zastraszają ochronę, by móc stąd wynosić rzeczy.
- Ja nie mogę takich informacji udzielać, natomiast cokolwiek się dzieje na terenie kopalni - piszemy notatki. I tych notatek mamy cały zeszyt. - Wyciąga z szuflady czarny brulion z napisem notatki służbowe i wertuje przede mną kartki. - Tu jest wszystko  na temat, co się dzieje w kopalni. Ale to jest wewnętrzne. Są złodzieje, jak wszędzie są. Na ulicy pan zobaczy złodzieja. - Śmieje się szczerze.

- Nie szkoda Pani, że kopalnia jest rozbierana zamiast zostać przekształcona w muzeum czy strefę kultury?
- Nic nie możemy. To nie nasze zdanie. Nie powiem przecież, że trzeba zostawić.

Nie powiedzą tego również inni strażnicy. Wybieram spośród nich dwójkę, która od dłuższego czasu przygląda mi się, gdy spaceruję główną drogą wjazdową. Kobieta i mężczyzna, ona niska i młoda, on w średnim wieku i z kilkudniowym zarostem. Stoją przy jednej z budek ochroniarskich, na środku usłanego gruzami placu po już wyburzonych budynkach. Kiedy się zbliżam, widzę, że na twarzy mężczyzny pojawia się uśmiech. Ryzykuję i zaraz po przywitaniu przechodzę do rzeczy.

- A w kwestii złomiarzy?
- O jest tu ich naprawdę, można zarobić tutaj, tam się kręcicie gdzieś, na główkę mogą wam puścić, bo to nie są żarty. Sam tam pójdziesz a tam ich dwa, trzy.
- Czyli państwo się boją?
- No oczywiście, jak policja się nawet ich boi. W radiowozie tylko stoi, a co dopiero my.

Przerywa mi zanim zdążę zadać kolejne pytanie i prowadzi do budki. Wewnątrz jest ciepło i przytulnie, choć bardzo prosto. Jedynymi meblami są wypłowiały fotel, obszarpana kozetka, szafka pełna kluczy, gazów pieprzowych i pałek oraz stolik, na którym stoi włączone radio. Strażnik tłumaczy mi, żebym się schował, bo dyrekcja będzie wyjeżdżać, a on nie chce mieć kłopotów. Następnie przypina do pasa pałkę, bierze klucze i rusza na obchód. Zostaję sam z dziewczyną, która do tej pory nie powiedziała ani słowa. Dowiaduję się, że pracuje tu krótko, dorabia właściwie, nie zna zbyt dobrze terenu i z większością pytań odsyła mnie do swojego kolegi. Rozmowa się nie klei i każda wypowiedź poprzedzona jest dłuższą przerwą.

- Bardzo ciekawy obiekt.
- No, szkoda tylko, na przykład ten budynek, z tego co wiem jest zabytkowy. No i cały dach zawalony. Rozmawiałam z takim fotografem to mówił, że tam są zabytkowe schody. Takie zawijane. Ja lubię takie rzeczy oglądać, to szkoda takich schodów. Poniemieckie schody.

Opowiada mi o osobach, które spotkała na terenie kopalni - ludzie wynoszący złom, dziewczyna robiąca projekt do szkoły, fotografowie z profesjonalnym sprzętem. Szczególnie ten sprzęt ją fascynuje, wielokrotnie powtarza, jaki świetny był i ile musiał kosztować.

- Najgorsze jest jak intruzy tutaj chodzą, potem my mamy po dupie. No a wiadomo, że już tego się nie upilnuje. Dużo, dużo zniszczone jest. Nawet jak tu z panem rozmawialiśmy to szło tam z tyłu dwóch złomiarzy. Widziałam.

Zapada cisza, którą zakłóca jedynie radio. Zespół Pectus śpiewa właśnie "Szczęście jest tak bardzo blisko, jeśli tego chcesz". Ochroniarz wraca z obchodu, jednak nie chce rozmawiać, wyciąga mnie z budki i prowadzi w głąb terenu. Widać, że coś zmieniło się  w jego zachowaniu.

- Tylko żeby pod kamerami nie szedł. - Rzuca dziewczyna.
- To dobrze, to tędy pójdziemy.
- A złomiarze nie napastowali państwa?
- Na tamtej części za torami, to weszli nam na budę i nam zdemolowali budę i nóż do gardła przystawili. Na tamtej części się zdarzyła taka sytuacja. My cię tutaj zostawimy, tu już nie wchodź nam w paradę.
- Którędy mogę wyjść z terenu?
- Przez budynek. - Macha głową w jego kierunku. - Przez okienko sobie tutaj wyskoczysz.

Wskazany przez ochroniarza obiekt okazuje się być całkowicie pusty. Wyciągnięto z niego wszystkie sprzęty, meble, barierki, lampy. Mimo to można domyślić się jego przeznaczenia - jest to cechownia, miejsce, w którym organizowano msze, spotkania z osobistościami państwowymi, przyjęcia. Na starych zdjęciach z kroniki kopalnianej widać ubranych galowo górników siedzących tutaj podczas różnych uroczystości. Kawałek dalej docieram do łaźni łańcuszkowej. Ona również została pozbawiona wszelkich metalowych elementów, więc rozpoznać jest ją naprawdę trudno, jednak przy odrobinie wyobraźni wciąż można zobaczyć zwisające z sufitu tysiące haków i ubrań. Wychodząc na korytarz niemal zderzam się z niosącym zwój kabli mężczyzną, który na mój widok odwraca się i zaczyna uciekać. Podążając w kierunku, w którym tamten się oddalił trafiam do budynku basenu. Błękitne ściany, niewielka trybuna, podłoga wyłożona kafelkami. Słońce przedziera się zza chmur i odbija kwadraty okien na przeciwległej ścianie. Jest cicho i sennie, słyszę tylko cichy chrzęst szkła pod moimi butami. Piętro wyżej znajduje się lampownia, gdzie górnicy pobierali swoje lampy przed szychtą i zawieszonym kilka metrów nad ziemią łącznikiem udawali się do budynków szybów, skąd zjeżdżali pod ziemię. Kopalnia posiadała trzy szyby, nazwane przydomkami polskich królów - Jagiełło, Sas i Łokietek. Ten pierwszy został całkowicie zlikwidowany  po zamknięciu kopalni w 2008 roku, z drugiego ocalała wieża, natomiast trzeci nadal jest używany, odprowadza się nim wodę, wciąż zbierającą się w podziemnych chodnikach.

Historia KWK Mysłowice sięga 1837 roku, kiedy to powstała ona pod nazwą Danzig i szybko stała się najlepiej prosperującą kopalnią w okolicy. Obecną nazwę Mysłowice otrzymała w roku 1865 a pod koniec XIX i na początku XX wieku dominowała już nad kopalniami Górnego Śląska pod względem nowoczesnych rozwiązań i technik wydobycia. Miała wszystko, od potężnych pomp odwadniających i lokomotyw elektrycznych, przez innowacyjne urządzenia wyciągowe, stosowane obecnie na całym świecie, aż po własną elektrownię.

W sierpniu 1919 roku na dziedzińcu kopalni od kul niemieckich żołnierzy zginęło siedmiu górników, dwie kobiety i trzynastoletnie dziecko, co stało się jedną z bezpośrednich przyczyn wybuchu pierwszego powstania śląskiego. Pracownicy kopalni brali udział we wszystkich trzech zrywach powstańczych, dzięki czemu Mysłowice trafiły z powrotem do Polski, aż do nadejścia drugiej wojny światowej. Obiekt uznany przez Niemców za strategiczny został zachowany w dobrym stanie do roku 1945, kiedy to przejęła go Polska Rzeczpospolita Ludowa. Nastąpił wtedy intensywny rozwój kopalni, która w latach sześćdziesiątych uzyskała najwyższe wydobycie w swojej historii.

Przeglądając kronikę kopalnianą trafiamy na wycinki z gazet krzyczące: "Współzawodnictwo motorem osiągnięć", "Październikowy plan wykonany w 104,2%", "Nie tylko wykonamy, ale przekroczymy nasze zadania!", czy "Dobra praca bardzo się opłaca".

Gdy w 1987 roku w kopalni ginie dziewiętnastu górników, kronika poświęca im tylko półtorej strony tekstu. "Skutkiem wybuchu pyłu węglowego [...] śmierć na miejscu ponieśli:...". Dalej znajdują się dwie strony fotografii z pogrzebów. Długie korowody ubranych odświętnie współpracowników, płaczące kobiety i dzieci. Trumny niosą członkowie  oddziałów   ratunkowych   kopalni,  w   kaskach   i  z  aparatami  tlenowymi na plecach.                                                       

Kronika urywa się nagle w 2004 roku informacją o odznaczeniach dla wybitnych górników. Trzy lata później Mysłowicki zakład zostaje połączony z położoną kilka kilometrów dalej kopalnią Wesoła, by w 2008 roku całkowicie zakończyć wydobycie. Wraz z czerwcem 2015 roku władzę nad obiektem przejmuje Spółka Restrukturyzacji Kopalń i w związku z obniżeniem stopnia zabezpieczeń degradacja zaczyna postępować w coraz szybszym tempie.

Podczas mojej pierwszej wizyty niemal wszystko jest jeszcze na swoim miejscu: schody, tory, maszyny, tabliczki ostrzegawcze. Hale są prawdziwymi labiryntami podestów, łączników i mostów. W pomieszczeniach kontrolnych wiszą wielkie tablice i schematy naszpikowane przełącznikami i diodami, które przebijane promieniami słońca zdają się wciąż świecić. Opuszczona kopalnia robi  niesamowite wrażenie. Zbieraczy złomu prawie tutaj nie ma, a przed ochroną muszę się chować.

Kilka miesięcy później, w listopadzie 2017 roku nie mogę uwierzyć jak bardzo postępuje rozkład tego obiektu. Najpierw złomiarze wycinają tory i wynoszą nieprzymocowane przedmioty. W drugiej kolejności pozbawiają budynki najcięższych maszyn, które rozcinają na części lub wyrzucają przez wybite w ceglanych ścianach otwory. Gdy nie zostaje już nic nie integralnego, zabierają się za metalowe klatki schodowe i podłogi wykonane ze stalowych płyt. Hale pustoszeją, sprzęt elektroniczny znika ze względu na miedziane kable, ściany sypią się pozbawione podparcia, a po kopalni trudno jest się poruszać. Przychodzi kolej na stalowe belki konstrukcyjne, filary    i wsporniki. Odgłosy dobiegające z wnętrza budynków to już nie pojedyncze uderzenia zrzucanych niżej elementów a kakofonie obrywających się kilkumetrowych fragmentów pięter.  Nieczynna kopalnia  dogorywa  na oczach mieszkańców miasta, z których wielu jest jej byłymi pracownikami.

Spotykam go na przystanku tramwajowym, ma puchową granatową kurtkę, jasne dżinsy i pucułowatą twarz. Jest dość młody, ma na oko trzydzieści lat, jego głos jest miękki, życzliwy.

- Był pan może tutaj kiedyś na kopalni?
- Pracowałem tu. Teraz robię na Staszicu. Na kopalni drugiej. Jak zamykali tą, to poszedłem na Staszic.
- Długo pan tutaj pracował?
- Trzy lata.
- Co pan sądzi o jej obecnym stanie?
- O tym rozkładzie? To znaczy powiem tak, tego złoża co tu zostało, tego węgla, to jest masakra. Bo zostało mnóstwo węgla tylko holding nie chciał inwestować w tą kopalnię. Taka jest prawda. Wszystko było spróchniałe i woleli zamknąć niż inwestować, dostali  za to pieniądze z Unii. SRK wzięło pieniądze.
- A złomiarze, ochrona?
- Jak jest tak jest, jak pilnują tak pilnują.

Drugiego pracownika starej kopalni spotykam przy sklepie spożywczym, razem z żoną czekają aż sklepikarka wróci z przerwy i otworzy drzwi. Mężczyzna ma żółtą kurtkę przeciwdeszczową, mówi mało i cicho, zostawia odpowiedzi żonie.

- Mąż pracował tutaj na kopalni, teraz na Wesołej pracuje.
- A tutaj potworny rozkład. - Rzucam w jego kierunku.
- No zdemolowali tutaj wszystko, Łokietek jeszcze pracuje, tam jest przepompownia. Basen na kopalni dla wszystkich był, nie wiem jak on się teraz trzyma.
- Zamknięty jest, ma być wyburzany.
- Jak to wyburzany?
- Przed końcem roku.
- Szkoda basenu.

Słońce zbliża się ku zachodowi a temperatura powoli spada, by za kilka godzin zmusić wszystkich do ukrycia się w ciepłych wnętrzach domów. W południowej części kopalni jest już tylko jeden człowiek, widzę go jak schyla się raz po raz, znikając wśród dygocących na wietrze obumarłych zarośli. Słyszę ciche, metaliczne stukanie, gdy w dwusekundowych odstępach wbija w ziemię ostrze narzędzia przypominającego potrójnie zakończoną motykę. Zbliżam się do niego powoli, mniej z własnego strachu a bardziej z obawy by to jego nie wystraszyć. Nie zauważa mnie dopóki nie mówię dzień dobry. Prostuje się wtedy i widzę, że nie jest już młody, musi mieć ponad pięćdziesiąt lat, ale wciąż pozostaje w dobrej kondycji. Ma na sobie ciemne ubranie i wysokie buty, wyciąga z rozkopanej ziemi duże, błyszczące grudy węgla, którymi wypełnił już niemałą siatkę z marketu budowlanego i połowę wiadra. Jest bardzo miły, rozmowny, nawet gadatliwy. Ma mocny śląski akcent i mówi bardzo szybko.

- Pan uważa na ochroniarzy, chodził tutaj kiedyś facet, robił zdjęcia i go wygonili.
- A mogę spytać, co pan robi?
- Węgiel kopia. Były tory, wagony stały z węglem i tu węgiel jest wciąż.
- Pan tutaj pracował?
- Kiedyś, kiedyś, później mnie zwolnili. To było jeszcze za komuny. Przed zamknięciem.

Mam swoją praca inną teraz, stałą... Po co węgiel kupować jak tu jest? A nie każdy o tym wie! Tu jest jeszcze węgla a węgla. Jedni robią złom... To rozbierają i byli i nie byli pracownicy. Szkoda tej kopalni, szkoda. Wszystko rozbierom... A tam z drugiej strony dopiero jest ruina! Basen już zamknęli, rozjebali już, poszet!

- To basen też górniczy był?
- Też górniczy z początku, a potem już go miała szkoła i nie było chętnego na kupno i... Wszystko zmarnowali! Jak by się o tym mój ojciec,  dziadek dowiedzieli,  to  by się chyba w grobie przewrócili.
- To pan górnik z pokolenia na pokolenie?
- No, no.

Bierze zamach i wbija trzy ostrza w sypką ziemię, wyrywa trawę i chwasty, odsłaniając kolejne bryły. Są duże i całkowicie czarne, wydają się wręcz błyskać własnym światłem.

- Czyściutki węgiel. Nie każdy o tym wie, nie każdy się zna.
- Ochrona Pana nie niepokoi?
- Aaa, przyjdą, dzień dobry przy mnie, co mi mogą zrobić? Tych nie pilnują, co złom palą, butle mają, wszystko, a mnie będą pilnować? Jak to się marnuje!
- Spotkałem tutaj już kiedyś jedną osobę, która węgiel zbierała, tylko, że dalej, w budynkach.
- To tam drobny jest taki, szuterek, tu jest elegancki. Byłem raz sobie tam w środku pozwiedzać, a tam dziur wykutych wszystkiego w czort! Butle mają, wszystko, powycinali co się da, teraz się przerzucili zaś tam, ale to dobrze, że tu chodzą, a nie napadają ludzi, nie? Policja jedzie, też im nic nie powie, jadą dalej. Ma być wszystko tu zrównane z ziemią, tak żem słyszał. A tego basenu to szkoda, bo to był dobry basen! Ja tam się chodził jeszcze kąpać w latach siedemdziesiątych, bo tam wcześniej mieszkałem kiedyś. I to było darmowo. Ja żem jeszcze chodził od ojca na przepustkach, bo jeszczem był za młody. Teraz nie ma nic, już wszystko wyrąbane. Ale byle węgiel mam jeszcze z pola. Kiedyś jeszcze handlował tym, ale teraz nie ma już, do piwnicy i leży.

Losy kopalni mogły potoczyć się inaczej gdyby miastu udało się ją przejąć od SRK. Niestety negocjacje zostały zaprzepaszczone przez obie strony i obiekty po odpowiednim opisaniu i oznakowaniu pozostawiono same sobie. Dlaczego negocjacje upadły? Jak pisze Gazeta Wyborcza "Wojewoda Jarosław Wieczorek nie ma zamiaru wyjaśnić, dlaczego nie zgodził się na przejęcie przez miasto terenu po kopalni Mysłowice. Przypomina to niczym nieuzasadniony upór, którego skutkiem będzie wyburzanie budynków, w które można by tchnąć nowe życie." Pomysłów na KWK Mysłowice jest wiele, jednak gdy patrzy się na obecny stan tego obiektu ciężko jest w nie uwierzyć. Na jednej ze stron poświęconych kopalni czytam wypowiedź Olgi, która twierdzi, że były kiedyś plany utworzenia tutaj osiedla mieszkaniowego. Na prośbę o więcej szczegółów Olga nie odpisuje. Najbardziej popularną opcją jest zaproponowane kilka lat temu przez miasto utworzenie na terenie kopalni strefy kulturowej i muzeum, jednak dokładne plany tej inwestycji nigdy nie powstały, a wielka szkoda, bo istniała szansa stworzenia kompleksu podobnego do Starej Kopalni w Wałbrzychu. Dzięki wsparciu Unii Europejskiej odnowiono tam większość budynków i stworzono doskonale wyposażone i zaprojektowane muzeum przemysłu górniczego. Niedawno  na facebookowym profilu "Przypadki Mysłowickie" pojawiła się propozycja utworzenia w tym miejscu centrum nauki o klimacie. "To jest naprawdę ostatnia szansa na ratunek dla tej kopalni." - Czytamy na stronie.

Bez działania ze strony miasta nie można spodziewać się poprawy sytuacji. Część budynków już jest wyburzona, basen, szatnie łańcuszkowe i cechownia znikną jeszcze do końca tego roku, a południowej części kopalni też nie zostało dużo czasu. Nawet obiekty zabytkowe powoli ulegają destrukcji, pozostawione na pastwę zbieraczy złomu. Zabezpieczenia są bowiem fatalne a często jedynie teoretyczne. Nawet do hali czynnego szybu da się wejść bez większego problemu. W jednym z pomieszczeń znajduję stosy dokumentów z czasów funkcjonowania kopalni: książki raportowe, rysunki robocze konstrukcji stalowej. Wszystko to dostępne dla każdego, kto tylko będzie tym zainteresowany. A zainteresowanych ostatnimi czasy jest naprawdę dużo. Na terenie kopalni spotkać można nie tylko złomiarzy i zbieraczy węgla, ale również lokalną młodzież i żądnych przygód turystów z innych miast. W jednym z silosów natrafiam natomiast na wysuszone mumie ponad dwudziestu kotów, które wskoczywszy do środka nie dały rady wyjść. Ich kostki bieleją teraz na czarnej powierzchni pyłu węglowego.

Węgiel będzie prawdopodobnie jedynym, co pozostanie po tej kopalni, barwiąc tutejszą i zapewniając okolicznym mieszkańcom opał na zimę. Przynajmniej tym mieszkańcom, którzy o jego położeniu wiedzą, jak to podkreśla mój ostatni rozmówca. Zabiera się on właśnie z powrotem do kopania, więc nie chcąc mu przeszkadzać żegnam się i chcę odejść, ale zatrzymują mnie jego słowa.

- Może się jeszcze kiedyś spotkamy. Skąd pan jest?
- Z Krakowa.
- Oooo, fiu!
- Spodobała mi się ta kopalnia to tak jeżdżę.
- Powiem panu, przykro patrzeć na to! A jak tu człowiek od dziecka mieszkał, to była kopalnia najważniejsza. Ale trudno, tak się stało i... - Nie kończy. Opuszcza głowę i ponownie zabiera się do kopania.

Odchodząc odwracam się raz jeszcze, by przyjrzeć się temu okruchowi sylwetki ludzkiej, rżnącemu brunatną ziemię w poszukiwaniu resztek kiedyś ogromnej hałdy. Potężny taśmociąg przebiega niemal nad jego głową i znika w czeluści szarych budynków przeróbki. Po drugiej stronie torowiska wiatr obraca powoli kołami na wieży jednego z szybów. Jest cicho i spokojnie, zmierzch otula ziemię pierzyną miękkiego światła, rozbijanego przez drobinki dymu sączącego się z kominów domów i mieszkań. Gdzieś tam jest tłoczno i gwarno, tutaj powietrze przecinają tylko stęknięcia kolejnych fragmentów konstrukcji,  które spadając  na  ziemię rozpadają  się  pojedyncze cegły  i kawałki metalu. Okolica rozbrzmiewa dźwiękami śmierci węglowego giganta.

Ewa Chybin - Solo dios basta...

Idziemy przed siebie. Jedynym dźwiękiem przerywającym ciszę jest chrzęst liści pod moimi stopami. On porusza się bezszelestnie. Widzimy blade budynki pogrążonego w letargu seminarium. Spacerujemy wzdłuż wysokiego muru zarośniętego bluszczem. Kroczymy śladami tych, którzy wydeptywali podobną ścieżkę lata temu. Ścieżkę, która z zasady musiała być pusta. 

W świętym milczeniu próbujemy znaleźć echa ich głosów.  

W końcu stajemy u bram.  

*

Albert. Aktualnie żonaty, dwudziestokilkuletni mężczyzna. Dawniej kleryk. Znajomi mówią, że swoją radością i pozytywną energią mógłby zarazić ludzi w promieniu setek kilometrów.

- Chciałem być księdzem, bo spotkanie Boga to największe szczęście mojego życia. Chciałem nieść ludziom pomoc, radość, nadzieję. Zawsze gdzieś wewnętrznie czułem, że On mnie woła. Osiem lat temu wstąpiłem więc do seminarium, ale nie takiego zwykłego. Byłem w Redemptoris Mater, w seminarium misyjnym z inicjatywy Drogi Neokatechumenalnej. Z losowania trafiłem do Berlina. Miałem siedzieć tam około dziesięciu lat zanim święcenia by nastąpiły, a nie sześć jak w zwyczajnym. Z perspektywy czasu widzę, że w życiu nie zawsze jest tak, jakby się tego chciało. Nie zawsze w tym, co uważamy, że jest dla nas zbawcze, faktycznie będzie nam dobrze. Miałem nadzieję, że spotkam przyjaciół, jakichś ludzi podobnych do mnie. A spotkałem samotność, która najbardziej mnie tam wykańczała. Ciągle nam powtarzali, że najważniejsza jest prywatna relacja z Jezusem Chrystusem, więc samotność na ogół jest dobra dla seminarzysty... 

Na pytanie czy ktokolwiek pomagał w kryzysie i samotności, nie odpowiada od razu. 

- Ora et lebora. Módl się i pracuj... Było to. Bo czy ktokolwiek naucza kogokolwiek, gdziekolwiek, jak żyć? Jak radzić sobie ze smutkiem? Z depresją? Jeśli komuś było ciężko, zawsze byli inni klerycy. Był też rektor. Ojciec duchowny. Nigdy nie zostawili mnie bez odpowiedzi. Tyle że w naszym seminarium było około 15-20 kleryków. W zwykłym diecezjalnym jest ich kilka razy więcej. Poza tym, wiadomo, można było czasem zadzwonić do rodziców czy kumpla. Ale najlepiej szukać pomocy u Boga. On sam wystarcza.

Albert mówi wprost o zakończeniu swojej drogi w seminarium, niczego nie ukrywa. Bo, jak powtarza - nie ma po co.  

- Moi przełożeni mieli wątpliwości co do mnie i w 2011 roku odesłali mnie do domu. Modliłem się, prosiłem Boga o ukazanie Jego woli. To było dla mnie bardzo ciężkie, bo przecież chciałem być księdzem. Chciałem nieść Boga – największe szczęście każdego człowieka – a ktoś mnie powstrzymał. Mimo wszystko starałem się być posłuszny i z czasem Pan jakby uspokoił moją duszę w kierunku kapłaństwa. Na początku czułem się jak bezdomny. Bez celu, bez planów na życie. Ale w końcu przyszło błogosławieństwo. Bóg pokierował dalej moją ścieżką, właściwie cały czas mnie prowadzi. Ta podróż jest niesamowita. 

I dodaje: „Chwała Panu Jezusowi!”. Jak zwykle.  

Ścieżki życia mogą być różne. Ważne jest tylko to, by prowadziły do jednego punktu...

Aktualnie Albert jest sanitariuszem w jednym z wielkopolskich szpitali. Jak mówi, ta praca pozwala mu łączyć zarówno dawanie nadziei, jak i niesienie pomocy ludziom. Dodaje do tego przesłanie pokoju i miłości do bliźniego. Wszystko to, co chciał osiągać jako ksiądz, którym nie pozwolono mu zostać.  

*

Prymicje księdza Kamila1 były wielkim wydarzeniem w jego rodzinnej miejscowości. Gdy po raz pierwszy sprawował mszę świętą, w uroczyście przystrojonym, wiejskim kościele brakowało miejsc siedzących. W końcu nie co dzień parafia zyskuje nowego kapłana.

- Nasz Kamil od dziecka był pobożny, taki grzeczny, poukładany – mówi sąsiadka wyświęconego w zeszłym roku księdza. - Zawsze ciągnęło go do kościoła. Co tu się dziwić, że wstąpił do seminarium? Chociaż to taki ładny chłopak... Ale skoro chciał iść na księdza, to poszedł. Wszyscy się bardzo cieszyliśmy jak wrócił po ostatnim roku. Aż miło było słuchać jak tak pięknie dziękował rodzicom po swojej pierwszej mszy. Nadal trzymamy jego prymicyjny wieniec. Na pamiątkę. Pójdzie w nim na swoje 25 – lecie kapłaństwa...  Bo wytrwa, na pewno. Tutaj cała wieś go wspiera. 

Ksiądz Kamil już na początku szkoły średniej poczuł, że życie świeckie to zbyt mało. Chciał czegoś więcej. Rozwoju wiary, edukacji. Nowych, owocnych znajomości. 

- Nie przyjąłem powołania jako nagłej przeszkody w realizacji swoich planów. Po prostu je zaakceptowałem, z pokorą przyjąłem. Człowiek nie umie przecież walczyć z wiatrakami, a tym bardziej z wolą Bożą. Teraz widzę, że bez kapłaństwa czułbym się pusty, bezużyteczny... Po maturze zebrałem potrzebne papiery i zgłosiłem się do seminarium, kilkanaście kilometrów od rodzinnego domu. Wcześniej wiele czytałem, oglądałem filmy powołaniowe. Zafascynowała mnie radość bijąca od tych wszystkich alumnów. I fakt, że studia duchowne wcale nie hamowały ich pasji. Były życiem, jakiego od zawsze pragnąłem.

Istotnie, w materiałach promocyjnych seminarium próżno doszukiwać się czegoś negatywnego. Budzik dzwoni wcześnie rano. To znak dla wszystkich kleryków, by ubrać strój duchowny i oddać się kontemplacji Najświętszego Sakramentu. Co czynią z radością. Później śniadanie spędzone w gronie współbraci. Wykłady. Klerycy na nagraniach poza nauką i modlitwą grają w piłkę, ćwiczą na siłowni. Kiedy trzeba, sprzątają, gotują. Na pierwszy rzut oka wszystko, co wiąże się z życiem duchownym, jest wspaniałe, lekkie i interesujące. Nawet muzyka w tle – momentami coś stonowanego, czasami rock. Ale jeśli przyjrzeć się bliżej tekstom piosenek użytych w filmie, można wyczytać między wierszami coś, co przeczy tej błogiej atmosferze. Przypadek? Celowe działanie? Moja paranoja? „Pozostaw mnie pustym i może w nieważkości odnajdę jakiś spokój. W ramionach anioła odlecę daleko stąd. Z tego zimnego pokoju i z niekończącej się monotonii, której tak się boję (...) Jestem zmęczony prostym życiem i gdziekolwiek bym się nie odwrócił, wszędzie sępy i złodzieje. Burza cię otacza, a ty trwasz, budując swoje kłamstwa, z których tworzysz to, czego ci brakuje. Ale to i tak nie czyni żadnej różnicy. Uciekam ostatni raz. Łatwiej jest uwierzyć w to słodkie szaleństwo, w ten chwalebny smutek, który rzuca mnie na kolana2”. 

- Kiedy miałem wyjechać, byłem bardzo podekscytowany. Miałem rozpocząć drogę, o której marzyłem od dawna. Na początku, przed złożeniem papierów, nie brałem pod uwagę tych trudniejszych aspektów życia w seminarium, jakie pojawiły się później. Moja świadomość jakby je omijała. Liczyło się tylko to, że tam, wśród innych, podobnych do mnie, będę bliżej Boga. Głowę miałem pełną energii, dobrych myśli. Nastawiłem się na to, że przebrnę przez te sześć lat z radością i oczekiwaniem na święcenia – mój najwyższy cel. Na początku wszystko było jak należy. Wiadomo, wczesna pobudka, msza święta, adoracja Najświętszego Sakramentu i tak dalej. Czułem się jak ryba w wodzie. Oto stawałem się częścią czegoś wspaniałego. Każdej nocy szedłem spać z nadzieją, że kolejny dzień nadejdzie jak najszybciej.  

Młody ksiądz pokazuje mi kilka zdjęć z czasów seminarium. Widzę wszystkich kleryków z jego roku tuż przed obłóczynami, jeszcze w garniturach. Każdy uśmiecha się do obiektywu. Bije od nich duma. Później prostą tablicę korkową, gdzie wiszą wszystkie ich krawaty, zgodnie z tradycją obcięte na trzecim roku. Parę fotografii z biblioteki. Z diakonatu. I wreszcie z uroczystości święceń kapłańskich. Zanim one nastąpiły, Kamil musiał jednak przebyć długą drogę. 

- Taki pierwszy moment nie tyle zwątpienia, co dezorientacji, nadszedł dość szybko. Po kilkunastu tygodniach. To było takie nagłe wyhamowanie, otrzeźwienie. Stop klatka. Bo okazało się, że kontakt z rodziną jest, powiedzmy sobie szczerze, utrudniony. Nie mogliśmy kontaktować się z rodzicami według uznania. Nie mogliśmy jechać do domu tak często jakbyśmy chcieli. Oni mogli przyjeżdżać tylko w wyznaczoną niedzielę, raz na dwa miesiące. Na wszystko był czas, ale powtarzano nam, że to nie jest ważne. Że nie można być egoistą i poddawać się tylko swoim pragnieniom. Wierzyłem w to. Naprawdę w to wierzyłem, dlatego z czasem przestałem pytać o możliwość spotkania z mamą, tatą, rodzeństwem. Widywałem ich sporadycznie. Skupiałem się – tak, jak zalecano – na modlitwie, nauce, pracy. Ale nadszedł dzień Wszystkich Świętych na moim pierwszym roku. Wtedy, po parunastu tygodniach. wreszcie pojechałem do domu. I pierwszym, co mnie zdziwiło, był fakt, że poczułem ulgę. Zwyczajną ulgę, że oddalę się od seminarium. Zignorowałem tę myśl, bo przecież to był mój świadomy wybór. Moja ścieżka, która miała mnie zaprowadzić do kapłaństwa. Najtrudniejszy... czy może raczej najbardziej skomplikowany... był powrót. Przez ostatnie dni doskonale poznałem budowę i rozkład budynków seminarium. Tyle że wtedy tak naprawdę po raz pierwszy w oczy rzucił mi się wysoki mur. Wcześniej wiele razy go widziałem, ale dopiero w tym przeklętym listopadzie stał się dla mnie znaczący. Wtedy poczułem, że to miejsce mnie poniekąd przytłoczyło. Sprawiło, że na moment mentalnie przestałem oddychać, jakkolwiek źle to brzmi. Byłem wtedy dopiero na pierwszym roku, nadal pełen pasji, energii. Pamiętam, że zaraz po tym jak dokonałem tego „odkrycia” o murze, który fizycznie oddzielał mnie od świata, wręcz pognałem do kaplicy seminaryjnej. Długo się modliłem, bardzo długo. Przepraszałem Boga za moją słabość, za brak pokory. Jakoś nigdy nie byłem zbyt wylewny, więc nie wspominałem kolegom alumnom o moim „momencie”. Zamknąłem to w swojej duszy, żeby nigdy więcej się nie ujawniło. Zwyczajnie zamiotłem problem pod dywan zamiast się z nim zmierzyć i spojrzeć prawdzie w oczy. Może byłem tchórzem? Albo po prostu za bardzo chciałem wzbudzić w sobie tę radość, która stopniowo u mnie zanikała? – rozmyśla Kamil, składając ręce. - Nie wiem. W każdym razie to był epizod, żałosny pokaz mojej ludzkiej słabości. 

Na stole leży sfatygowane Pismo Święte. Otwiera je na zaznaczonej stronie, przez chwilę wpatruje się w kartkę. Dopiero potem kontynuuje.   

- Dni mijały mi na modlitwach, nauce, na budowaniu jakichś przyjacielskich relacji z innymi. To ostatnie było trochę trudne, bo niestety nie wszyscy przyszli tutaj z powołania. Trzeba mieć świadomość, że każdy z nas miał inny charakter. Były dwie osoby jawnie mówiące, że „wybrały” takie życie, bo jest po prostu wygodne, bo można się dzięki temu ustawić. Bo można wiele osiągnąć, a przy tym w pełni korzystać z uroków życia, gdy zajdzie taka okazja. Ze wszystkich uroków, tak dla ścisłości. Nawet tych teoretycznie zakazanych. Nie mogłem zrozumieć, jak można w tak perfidny sposób profanować sakrament kapłaństwa. Może byłem na to zbyt wrażliwy? – pyta sarkastycznie i odkłada Biblię, jakby nie potrzebował już oparcia. - W każdym razie, pomijając to, wydawało mi się, że osiągnąłem wreszcie spokój. Tyle że... nie było do końca tak, jak chciałem. Długo wmawiałem sobie, że życie, jakie wiodę, to radość i wyłączne chwalenie Pana. A tak naprawdę z dnia na dzień było mi ciężej. Pierwszy, drugi i trzeci rok zniosłem, wtedy jeszcze żyłem w takiej ułudzie, może nawet naiwności. Ale zaczął się czwarty i nie mogłem już udawać przed sobą, że jest dobrze. Nie wolno nam było wychodzić bez pozwolenia poza mur, ten wysoki mur, ten sam, który był powodem mojego pierwszego małego „kryzysu”. Brakowało mi rodziny. Żyłem rutyną. Dopiero teraz widzę, że byłem jak robot. I to jeszcze taki z żelbetonu, a w środku wypełniony piórkami albo i nawet niczym. Wstawałem rano, modliłem się, jadłem, spałem, chodziłem na wykłady. Ale pobyt w seminarium z dnia na dzień, z miesiąca na miesiąc coraz bardziej mnie niszczył wewnętrznie. Ja sam siebie niszczyłem. Najpierw podchodziłem do tego tak, że wiedziałem, na co się piszę. Na siłę próbowałem żartować, być duszą towarzystwa. Tyle że z czasem wpadłem w coś, czego nie umiem do końca nazwać. Jakiś letarg, dół, kryzys. Oddalałem się od kolegów. Na zajęcia chodziłem sam, za nimi. Nie potrafiłem już rozmawiać normalnie, używać czegoś więcej niż tylko monosylab w stylu „tak” i „nie”. Potrzebowałem być sam, by w Bogu znaleźć ukojenie. By odnaleźć jakąś wskazówkę, co zrobić, by było jak przedtem. Otaczali mnie ludzie, ale byłem sam. Tylko ja i Chrystus kroczący gdzieś przede mną. Ale mój problem polegał na tym, że coraz trudniej odnajdywałem Jego ślady. Gubiłem się. I wiesz jak to jest, czasem chciałoby się, by ten Towarzysz wędrówki się odezwał. Bym mocniej wiedział, że jest. Czy prosiłem o aż tak wiele? 

Kiedy się sądzi, że On jest nieobecny, można Go oglądać - kiedy jest obecny nie można Go zobaczyć”, pisze święty Augustyn, którego książkę obraca właśnie w dłoniach ksiądz Kamil. Książkę, którą cisnął o ścianę podczas jednego z trudniejszych, samotnych wieczorów.   

- Nie pamiętam, ile dokładnie to trwało. Na pewno jakieś kilka tygodni. Rzadko jadłem. Wstyd się przyznać, ale czasem zwracałem śniadanie ze stresu przed nie wiadomo czym. Zacząłem się bać, że to nie minie. Że może to jakaś choroba, która siłą rzeczy wykluczy mnie z moich marzeń o kapłaństwie. Widziałem w sobie słabość. Codziennie się modliłem. Żałowałem, że nie umiem być lepszym człowiekiem, klerykiem. Jakoś w połowie roku po zajęciach jeden z kolegów spytał mnie czy chciałbym zwyczajnie pogadać, wyrzucić to z siebie. Ale zbyłem go. Co miałem mu powiedzieć? Że sam nie wiem, co się ze mną dzieje? Że przerasta mnie dosłownie wszystko, chociaż kocham kierunek, jaki obrałem? Udawałem, że nie ma żadnego problemu. „Wszystko jest w porządku. Chwalmy Pana, bo jest dobry... Alleluja!”. Ale on był na tyle wytrwały, że parę dni później znów do mnie podszedł. Poradził mi, bym poszedł na rozmowę z ojcem duchownym albo z rektorem. A mi było już na tyle obojętne, co kto sobie o mnie pomyśli, że to zrobiłem. Nasz wychowawca przypomniał mi to, czym katowałem się każdego dnia. Że kryzysy się zdarzają, ale trzeba zrobić wszystko, by wytrwać. I że Bóg przynosi pocieszenie. Że jest jedyną Drogą. Spytał, czy jest coś, czego teraz potrzebuję. Poprosiłem o nadzwyczajną możliwość rozmowy z rodzicami. Poszedł więc ze mną do budki telefonicznej, nawet sam wybrał numer, bo mi trzęsły się ręce. Odebrał tata. A ja po prostu się popłakałem jak jakiś mały chłystek. Powiedziałem, co się dzieje. Mówiłem, że chciałbym przyjechać, ale będę mógł dopiero za miesiąc. Mówiłem, że jest mi ciężko, że nie mam tu nic do gadania. Są zajęcia, a ja muszę się zgodzić z tym, co mówi wykładowca. Nie mogę dzwonić do domu, kiedy chcę. Nie mogę wyjść z tych murów, kiedy chcę. Muszę robić, co mi każą, co ode mnie oczekują. Tata powiedział mi, że muszę znaleźć siłę, że muszę myśleć pozytywnie o tym, co osiągnę, o kapłaństwie, którego tak pragnę. Że przecież nie mogę teraz odpuścić, skoro niedługo skończę już czwarty rok. 

Ksiądz Kamil przez dłuższą chwilę nie odzywa się. Jakby w tym milczeniu szukał czegoś, co trudno mu odnaleźć. 

- Tyle że ja w ogóle nie chciałem odpuszczać. Chciałem kapłaństwa, ale po drodze pokonywały mnie trudności, rutyna. Izolacja. Ponad wszystko potrzebowałem pocieszenia, wsparcia. Chciałem, by ktoś mnie przytulił, choć brzmi to żałośnie. Po tej rozmowie było mi trochę lżej. Wróciłem do pokoju, przez jakiś czas nawet wydawało mi się, że powróciłem do tego stanu „sprzed”. W dużej mierze dzięki przyjacielowi z roku, na nowo zaczynałem się śmiać. Tyle że z czasem znów wróciło to, co mnie przytłaczało – fakt, że byłem sam, zbyt słaby, by podjąć jakąkolwiek decyzję. Wiosną, wieczorem, popracy na dworze i silentium sacrum, w mojej głowie znów pojawił się ten lęk, że wszystko zniszczę swoim zachowaniem. I – po drugie – że stracę powołanie, że nie będę na tyle silny, by wytrwać do święceń. Że w końcu stąd odejdę, bo nie będę w stanie znieść swojej samotności i hipokryzji tych, dla których kapłaństwo było niczym. Te myśli były grzeszne, zupełnie sprzeczne z tym, czego pragnąłem. Pamiętam tę noc, jak dziś. 

„Nie mam nic do powiedzenia. Nie mogę uwierzyć, że nie upadłem prosto na twarz. Byłem zdezorientowany, patrząc wokół i odkrywając, że nie jest tak, jak sobie wyobrażałem. Czymże więc jestem? Co posiadam prócz negatywności?(...) Chcę porzucić ból, który trzymałem w sobie tak długo. Wymazywać go, póki nie zniknie3”.   

- Leżałem krzyżem w swoim pokoju przez wiele godzin. Płakałem, przepraszałem Boga za swoją słabość. Błagałem Go, by dał mi znać, że jest obok. I myślałem o odejściu. O rzuceniu tego wszystkiego w cholerę, powrocie do domu, do rodziców. Do miejsca, gdzie czułem się bezpiecznie, dobrze. Sama myśl, że rano będę musiał powrócić do kaplicy, do stołówki, na sale wykładowe, wzbudzała we mnie smutek, bezradność. A samo odejście nie było proste. Wszyscy we wsi na mnie liczyli. Rodzina, sąsiedzi. Wszyscy czekali na moje prymicje. Poza tym kiedyś na zajęciach powiedziano nam wyraźnie, że życie po opuszczeniu seminarium bez święceń jest puste. I pozostawała czwarta rzecz – nie widziałem dla siebie innej drogi. Ta noc była moim upadkiem i teraz to widzę. Rano, gdy nie byłem w stanie pójść na śniadanie, a potem na wykłady i adorację, przyszło po mnie dwóch kolegów z roku. Myśleli, że zachorowałem. Chcieli mnie zabrać do przełożonych, żeby w jakiś sposób mi pomogli. Jeden z nich pobiegł po rektora, a drugi został przy mnie. Chyba tylko dzięki niemu nie zwariowałem, nie poddałem się temu, co było we mnie. Przyszedł rektor, zostaliśmy sami. Wyrzuciłem z siebie wszystko, co mnie bolało. A on mnie przeprosił za to, że żaden z prefektów czy ojców nie pomógł mi wystarczająco, gdy najbardziej tego potrzebowałem. To mnie poruszyło. Ale z drugiej strony żal miałem tylko do siebie, do nikogo innego. Jego słowa mnie pokrzepiały, a jak już nieco się uspokoiłem, wyspowiadał mnie, udzielił rozgrzeszenia. To ostatnie chyba mnie podniosło. Następnego dnia za jego pozwoleniem przyjechali po mnie rodzice. Radzili mi, bym nie podejmował żadnej decyzji w emocjach. Dwa dni spędziłem w domu, miałem czas, żeby na spokojnie pomyśleć. Oprócz tego było kilku kolegów. I tak jakoś z czasem zacząłem wracać do żywych. Nie wiem, co się ze mną wtedy stało. Ale jestem wdzięczny Bogu, że to minęło. Trochę się tego wstydzę, bo, powiedzmy sobie szczerze, nie zachowywałem się jak mężczyzna. Ale teraz jestem pewien, że takie kryzysy są potrzebne. To one w pełni pokazują jak to jest naprawdę z tą siłą woli, z powołaniem. Przebyłem taki dół, ale dzięki niemu zrozumiałem, że dla Chrystusa trzeba się wyzbyć niektórych rzeczy. I że to jest dobre. Ostatnie dwa lata w seminarium wspominam bardzo dobrze – zresztą podobnie jak pierwsze trzy. Jak już się pozbierałem, zacząłem żyć tak, by jak najlepiej przygotować się do kapłaństwa. I, co równie ważne, wróciła mi radość. Ogólnie ten okres dziwactw nie wpłynął na całość mojego postrzegania studiów duchownych. Na dobrą sprawę, z tym drobnym wyjątkiem, wszystko było jak należy. I myślę, że ten cały proces, można powiedzieć, depresji, był wynikiem mojego nastawienia. Nie zakładałem żadnych trudności, a chyba powinienem. Teraz z perspektywy czasu widzę, że nie można iść do seminarium z myślą: „Jakoś będzie”. Trzeba mieć w głowie świadomość, że nie istnieje nic doskonałego. Że formacja nie jest doskonała i że my sami tacy nie jesteśmy. Dobra, nie pisz o tej formacji. Albo pisz, jak chcesz. Tylko nie zapomnij o zmianie mojego imienia. Wiesz, jak jest. 

Nie zapominam. 

Kamil od ponad roku jest wikariuszem w niewielkiej parafii. Spełnia się w tym, co robi. Przewodniczy kilku grupom, a aktualnie jest w trakcie organizacji wycieczki do diecezjalnego sanktuarium. 

Mówi, że znalazł swój spokój. Choć nieświęty, nieidealny. Ale spokój. Teraz, gdy budzik dzwoni o 5:30, czuje tylko wdzięczność za to, że spędzi kolejny dzień jako kapłan. 

- „Chociażbym kroczył przez ciemną dolinę, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną4”. To moje motto. Tak więc idę, w noc i w dzień, tą moją ścieżką jaką mi Pan przygotował. 

Bez strachu. 

*

Kiedy ksiądz Gabriel1 wstępował do seminarium, nie odczuwał czegoś, co powszechnie nazywa się powołaniem. Nie usłyszał głosu nakazującego: „Idź za mną”. Chciał spróbować, dać sobie szansę. Przekonać się czy to właśnie kapłaństwo jest drogą przynoszącą mu szczęście. 

Najwyraźniej jest. Od nieco ponad pięciu lat. 

- Od zawsze byłem mocno związany z Kościołem. Najpierw jako ministrant, później też lektor. Jakoś w liceum zacząłem bardziej na poważnie myśleć o kapłaństwie. Oczywiście na początku nikt z nas nie zakłada, że wytrwa. Dopiero czas to wszystko układa. Chociaż właściwie nikt tak naprawdę nie wie, czy w życiu wybrał dobrą drogę, czy to jego życiowa misja. Tego dowiemy się pewnie dopiero na końcu... Seminarium wspominam na ogół dobrze. Wiadomo, nie zawsze było lekko. Taka chyba największa trudność polegała na tym, że trzeba było się do wszystkiego przystosować. Nie chodzi o wczesne wstawanie, bo to jest nic. Mam na myśli to, że po pierwsze, kontakt z rodziną nie jest zbyt częsty. Jak już się jechało do domu, to więcej czasu się spędzało na parafii niż z bliskimi. Poza tym, wiadomo, oglądanie tych samych twarzy przez sześć lat też nie jest do końca łatwe i przyjemne. Na początku było nas około trzydziestu, a święcenia przyjęło dwudziestu diakonów. 

Ten ostatni fakt może dziwić. Tak duża liczba alumnów na jednym roku jest już teraz praktycznie niespotykana. Aktualnie w seminarium przebywa łącznie nieco ponad 40 kleryków. Nasuwa się więc pytanie: co spowodowało taki spadek powołań? A może w dzisiejszym świecie jest zupełnie naturalne, że kapłanów ubywa?  

Ksiądz Gabriel mówi, że według niego seminarium duchowne nie przygotowuje w pełni do pełnienia posługi duszpasterskiej. Choć jest niezbędne i to fakt niepodważalny.   

- Seminarium ma nas formować, dać nam pogląd na kapłaństwo. Ale większość z tego, czego się w nim nauczyłem, w praktyce się nie przydaje. Wykłady trwały dosyć krótko, krócej niż powinny. Wiadomo - mieliśmy się skupiać na modlitwie i zadumie. Na zajęciach nie można było jakoś specjalnie dyskutować. Podejście było takie, że jak komuś się coś nie podoba, to nikt nikogo nie zatrzymuje, drzwi są zawsze otwarte, można wyjść. Oczywiście nikt z nas nie rezygnował, to nie miało sensu. Mieliśmy zbyt duży szacunek do wykładowców, żeby ich zignorować. Jeśli chodzi o psychologię to nikt nas nie uczył, jak radzić sobie z wszelkimi... trudnościami i wyrzeczeniami jakie niesie za sobą kapłaństwo. Trzeba się po prostu przystosować, jakoś samemu staczać z tym boje. Po pierwszym roku mieliśmy praktyki. Pod koniec roku dostaliśmy kartki z informacjami, kto, gdzie ma się zgłosić. I tyle. Rzut na głęboką wodę. Z kolegą trafiliśmy na oddział geriatrii w hospicjum. Oczywiście trzeba było się jakoś uodpornić na to, że starsi ludzie nie wyglądali zbyt dobrze, właściwie już byli na ostatniej prostej. Pomagaliśmy im we wszystkich prozaicznych czynnościach, w kąpieli, w jedzeniu. Ale dzięki temu mogłem się przekonać jak bardzo chorzy, umierający, samotni ludzie, potrzebują kapłana. Kogoś, z kim można porozmawiać o swoich lękach. Kogoś, kto doda otuchy. To było dla mnie dobre doświadczenie. Takie upewnienie się w przekonaniu, że jestem dla kogoś niezbędny. 

„Kapłan bowiem jest monstrancją, a jego rolą jest pokazywać Jezusa; musi sam zniknąć i Jego ukazać. Starać się pozostawić dobre wspomnienie w duszy każdego z tych, którzy do niego przychodzą. Stać się wszystkim dla wszystkich. Śmiać się z tymi, którzy się śmieją; płakać z tymi, którzy płaczą”, mawiał bł. Karol de Foucauld. 

Oby było jak najwięcej monstrancji wznoszących w powietrze tylko to, co istotne.    

*

- Już dosyć wcześnie, bo w gimnazjum, zacząłem myśleć o swojej ewentualnej przyszłości w kapłaństwie – mówi neoprezbiter, ksiądz Adam1. – Ale przyszło liceum, dość ciekawy czas... Pojawiły się dziewczyny... jakieś inne możliwości i gdzieś po drodze to odeszło na dalszy plan. Dopiero w klasie maturalnej koordynator oazy, w której uczestniczyłem, powiedział mi, że skoro kiedyś czułem wezwanie, to nie mogę go teraz ot, tak, porzucić dla rzeczy, które właściwie nie mają znaczenia. To była taka motywacja dla mnie, żebym zaczął na nowo myśleć, rozważać. 

Ksiądz Adam dał drugą szansę swojemu powołaniu. I – jak obiecuje – będzie dozgonnie wdzięczny starszemu bratu w kapłaństwie, który sprowadził go na drogę, z której poniekąd zbłądził. 

- Wstąpiłem do seminarium i to zaowocowało. Dzięki temu dziś mogę być dumny z tego, że otrzymałem święcenia. Moja rodzina nie miała żadnych większych obiekcji na ten temat. Pamiętam nawet taki dość wzruszający moment, kiedy tata, ze łzami w oczach przed moim wyjazdem, powiedział, że daje mi swoje błogosławieństwo na tę moją drogę. Rodzice i rodzeństwo bardzo mnie wspierali, akceptowali to, że chcę być księdzem. Odwiedzali mnie, kiedy był na to wyznaczony dzień. Ogólnie seminarium duchowne było miejscem, które bardzo dobrze wspominam. Wiadomo, że na początku ciężko jest się przestawić. Przed złożeniem papierów jeździłem tam na rekolekcje, ale trwały góra parę dni, więc w pierwszych tygodniach czułem się taki trochę przytłoczony, zamknięty. To zupełnie naturalne i z czasem mija. Później, po kilku miesiącach, zacząłem wreszcie czuć się w seminarium jak w domu. Choć nie obyło się bez trudności. Ale nie takich dotyczących stricte mnie samego. Były dwie takie, z którymi nie umiałem się do końca pogodzić. Po pierwsze, nasi opiekunowie mieli swoich, że tak powiem, pupilków. Ja do nich nie należałem i to dało się odczuć. Niektórym wolno było po prostu więcej niż nam, zwyczajnym, szarym klerykom. A drugą kwestią, której akceptacja przysporzyła mi sporo kłopotów było to, że formowali nas dużo starsi kapłani – można powiedzieć „seniorzy”. Z tym nie umiałem się zgodzić. Naprawdę, o wiele więcej trafnych rad mieli dla nas starsi koledzy, chociażby z roku wyżej. Pewnie dlatego że byliśmy mniej więcej rówieśnikami i nie traktowali nas z góry, jak jakichś uczniaków, których trzeba sprowadzić na właściwą drogę. Mam w pamięci sytuacje, kiedy to diakoni z piątego czy szóstego roku mówili nam, jak mamy się zachowywać, ale kiedy to już my pomagaliśmy w ten sposób młodszym alumnom, dostaliśmy reprymendę od przełożonych, za to że „próbujemy być formatorami”, a to nie nasza działka. 

Mimo tych przeszkód na niemal idyllicznej drodze, ksiądz Adam mówi o seminarium z uśmiechem. 

-  Najlepszą rzeczą, jaką pamiętam, były zdecydowanie praktyki, jakie każdy z nas musiał odbyć po pierwszym roku. Przydzielono nas do hospicjum i pobyt tam był najpiękniejszą rzeczą podczas nauki w seminarium. Mam stamtąd wiele wspomnień – pamiętam na przykład, że jeden pan zawsze przed posiłkiem czynił znak krzyża... Przebywanie wśród ludzi, z ludźmi i dla nich – to cała kwintesencja kapłaństwa, której zdążyłem wtedy doświadczyć. Byliśmy tam miesiąc i przez ten czas zmarło aż dwadzieścia pięć osób. Prawie jedna na dzień. To było nieco bardziej smutne, przygnębiające, ale z mijającymi dniami nauczyliśmy się, że po prostu taka musi być kolej rzeczy. 

Czy nie zawsze jest tak, że najtrudniej nam pogodzić się z odejściem tych, którzy odejść muszą? „Dla dobrych śmierć jest zaproszeniem do odpoczynku”, pisze święty Ambroży...

- Mimo drobnych trudności, seminarium było dla mnie w pewnym sensie drugim domem. Takim, do którego zawsze z chęcią się wraca...

*** 

Czekamy. Zrywa się lekki wiatr, ale go nie czujemy. Milczenie jest intensywniejsze od powiewów.  A cisza znaczy więcej niż najgłośniejszy krzyk. Naprzeciw nas wychodzi stróż. 

Ja nie zostaję wpuszczona, ale On wchodzi bez pukania, pozwolenia czy zbędnych pytań. W końcu jest tu najważniejszy. Stoi w hierarchii nawet wyżej niż sam rektor. Tyle że nie zawsze jest zauważany... Czasem zniża się go na drugie miejsce. Może dlatego że wiele oczu nie potrafi go dostrzec?  

Po raz ostatni patrzę na rozciągające się przede mną budynki. 

W końcu odjeżdżam. 

A On zostaje. 

I to wystarcza. 

Sylwia Korfanty - Uciekający pan Piotr

- I znowu go nie ma. Tym razem wyjątkowo długo. Wyszedł latem, a już jest prawie zima – opowiada Pani Róża, mama Piotrka. Piotrek to tak naprawdę sześćdziesięcioletni Pan Piotr.

Jednak jego problem zaczął się już, kiedy miał 20 lat. – Nagle zaczął uciekać z domu.  Na tydzień, miesiąc, a potem na więcej – mówi tata Pana Piotra. – Tylko teraz nie ma go już prawie pół roku. Ciekawe, czy w ogóle wróci. Nikt nie wie, dlaczego Pan Piotr ucieka.   Przecież w ten sposób zaniedbuje relacje, obowiązki. Z pracy wyrzucali go już wiele razy. Poza tym, jak żyć tyle czasu poza domem? Postanowiłam zapytać, co sprawiło, że zaczął wychodzić i nie wracać zbyt szybko. – Sam nie wiem. Lubię pobyć czasem sam. Mieszkam z rodzicami. Moja partnerka nie żyje. Nie chcę przebywać sam w pustym mieszkaniu – odpowiada. Z pozoru logiczne wyjaśnienie wydaje się być niezrozumiałe. Kto z nas wybrałby taką formę ucieczki? Jak da się żyć w taki sposób?

Szałas

Pan Piotr buduje sobie szałasy, pieniądze na przetrwanie zdobywa ze sprzedaży puszek i butelek. Co je? Gdzie przebywa? Tego nie wie nikt. Nie wiadomo, czy w ogóle kiedyś Pan Piotr opowie o swoim problemie. Za każdym razem, kiedy wraca, zachowuje się tak, jakby nic się nie stało. Pani Róża każdego dnia patrzy przez okna z tęsknotą za Piotrusiem. Na szczęście rodzina często widuje go w okolicy. Wtedy dają znać, co u niego słychać. Kiedy ktoś mówi, żeby wrócił, odpowiada, że jeszcze nie. Ucieczka daje mu spokój. Tylko jak przetrwać kilka miesięcy, żyjąc poza domem?

Ja już nie wrócę

Od dłuższego czasu był spokój, Piotrek nie uciekał – opowiada siostra. Pan Piotr pracował, pomagał przy obowiązkach domowych. Jednak pewnego dnia znowu wyszedł i… nie wrócił. Rzekomo bez powodu, nikt nie wie kiedy, dlaczego ani po co. Przecież jest zimno, jak on sobie poradzi – martwi się matka. To problem, który powtarza się właściwie co roku od 40 lat. – Za każdym razem, kiedy wróci, wiem, że znowu odejdzie – powiedziała Pani Róża. Zatem jest to coś, co już raczej się nie zmieni. Pan Piotr nie widzi problemu, a jego rodzice każdego dnia odchodzą od zmysłów. Tym razem to rekord. Pan Piotr przebywa poza miejscem zamieszkania już pół roku. Okazuje się, że popadł w długi. Spotykany na ulicy odpowiada: - Ja już nie wrócę, nie pytajcie. Temperatura każdego dnia spada. Jak sobie radzi? Jak to się dzieję, że potrafi przetrwać i jest zdrowy? Często jego siostra opowiadała, że zauważyła, jak mama szykuje dla niego ubrania i wystawia je w reklamówce przed domem. Raz na jakiś czas ktoś je stamtąd zabiera. Czy to jakaś tajemnicza umowa, forma pomocy? Może niezawodna intuicja matki i opiekuńczość? Poza tym Pan Piotr posiada chyba jakiś instynkt przetrwania i doskonale radzi sobie, żyjąc na łonie natury.

Mając dom, mieszka na ulicy

Raz policja przywiozła Pana Piotra do rodzinnego domu. – Myśleliśmy, że to bezdomny albo jakiś pijak – mówi jeden z policjantów. Kolejnego dnia i tak wrócił do koczowniczego trybu życia. Teraz podobno ma jakiegoś towarzysza  - mówi znajoma, która spotkała go niedaleko. Był bardzo zaniedbany i brudny – wspomina. Dlaczego w takim razie nie chce wrócić do domu? Czy naprawdę woli żyć w takich warunkach? Najwidoczniej skoro od tylu lat nic się nie zmieniło, to chyba już się nie zmieni. Dziwne. Nie znam drugiego takiego przypadku.

Śmierć przyczyną powrotu

Dwa tygodnie temu zmarł towarzysz Pana Piotra. Ten zawiadomił więc policję. Zabrali go na przesłuchanie. – Spaliśmy pod gołym niebem, a on już się nie obudził – opowiada policji Pan Piotr. Potem zabrali go do szpitala. Umyli i doprowadzili do porządku. – Teraz zawieziemy go do Domu dla Bezdomnych – mówi jeden z lekarzy. – Ale ten Pan ma rodzinę i piękny dom – dodaje drugi z lekarzy, który zna Pana Piotra. To był szczególny dzień – urodziny Pani Róży. – Wystraszyłam się, gdy przyjechała karetka. Nie wiedziałam, o co chodzi. Nagle zobaczyłam, że Piotruś czysty i pachnący wchodzi do domu. To najlepszy prezent, jaki mogłam dostać – wspomina matka Pana Piotra. Teraz trafi do Wojewódzkiego Szpitala Neuropsychiatrycznego w Lublińcu . Jednak, jak stwierdza lekarz: - to już nic nie da, jest wędrownikiem z wyboru. Dlaczego? Tego nie wie nawet sam Pan Piotr. Może kiedyś opowie swoją historię od początku. Może kiedyś wszystko się wyjaśni…a może nie.

Amelia Pudzianowska - Upadł anioł

Upadł, ponieważ był upadłym aniołem. Upadł, bo gleba go wzywała i przyciągała do siebie. Matka natura za wszelką cenę pragnęła, aby ta jego cera koloru ziemistego, ziemią się stała na zawsze, a trawa przykryła tę wstydliwą tajemnicę jego pijanego ciała. Prawdopodobnie ludzie już od dawna po nim deptali. Myślał, że będzie upadać wieczność, lecz leciał tylko chwilę, jak posąg spadający z piedestału w kościele. W końcu spadł rozbijając się na głowie swojemu synkowi, żonie, matce i wszystkim dobrym ludziom, którzy z miłości upominali go życzliwie, gdy pijany wchodził na podwyższenie. 

Gdy już tak leżał, nikt nie pomógł mu wstać. Ludzie śpieszyli do swoich domów, by w ukryciu kontynuować rozkład swojej duszy. Brzydzili się wielce takim roztrzaskanym, już nawet nie aniołem, już nawet nie człowiekiem. Ludzie. Bo człowiekiem, jest się tylko wtedy, gdy się stoi prosto. Gdy leżysz, jesteś błotem. 

Wydaje mi się, że Bóg na to patrzył i płakał. Zapach wieczornych łez wywabił mnie wtedy z mieszkania. W mojej pamięci obraz tamtych chwil jest bardzo wyraźny, jakbym wciąż przeżywała to na nowo. Jedną ręką trzymam potłuczonego smartfona, a w drugiej smycz, która prowadziła do agresywnego sznaucera. Idę tak w tę zimną dżdżystą noc i sprawdzam gdzie ukryło się moje szczęście.

We mnie zamarza krew, a w leżącym pijaku wódka jest przyjemnie chłodna. Napotkałam jego istnienie na murku pod moim blokiem i kompletnie nie miałam pojęcia co z tym faktem uczynić. Pochylam się nad nim z przerażeniem i patrzę w tą nieludzką twarz, szukając w niej swojego odbicia. Pijak leży na brzuchu, wystawiony do mnie zadem. Widziałam tylko jedną część jego twarzy. Może ta druga była zupełnie ludzka? 

Schylam się nad nim i nic nie mówię, a on nagle na to wrzeszczy i natychmiastowo zakazjuje mi zwracać się do niego w ten sposób. Słysze jak gwiazdy śmieją się z nas, bo niczym one świecą wygasłym światłem, tak i my promieniejemy wygasłymi wspomnieniami. Czuję w sobie obecność innej kobiety, bo wszystkie kobiety na świecie łączy jeden schemat ciała i duszy. Właśnie ta obca kobieta skorzystała z chwili mojej nieuwagi, by się we mnie wedrzeć. Myślę, że może to być sąsiadka z pierwszego piętra. Ta wysuszona smutna kobieta, której zmarszczki na twarzy układają się w wieczny grymas. A teraz on patrzy na mnie i jakby sobie przypomniał pewne zapomnienie. Żona. Może pomyślał wtedy o swojej biednej żonie? 

Anioł jest zły i bezsilny jeszcze bardziej. Upada wciąż co raz niżej, zapada się pod ziemię ze wstydu, przekracza kolejne kręgi piekieł schowane pod betonem. Im dalej leci, tym słabiej słyszy, lecz bardziej go boli. Chwytam w ostatnim momencie jego rękę. Trochę się brzydzę, ale całe szczęście mam na sobie rękawiczki mojej matki. Myślę o tym w czym je wypiorę. Wokół mojej dłoni oplata się niemalże brązowa łapa z poczerniałymi paznokciami. Ciągnąca mnie ręka co chwila rozkurcza się i ściska na nowo, jakby dalsze życie miało być niezwykle ciężką decyzją. Przestraszona niewiadomym powodem, pytam dość głośno: 

-Nic panu nie jest? 

On nie odpowiada, ponieważ cały czas spada. Spada, bo kiedyś mu przyprawiono skrzydła. Poprawny ojciec. Frasobliwy mąż. Głęboki mężczyzna. A on wziął skrzydła i przehandlował za wódkę. Teraz nawet nie chce mi grzecznie udzielić odpowiedzi.

Lecz nagle krew spada mu do głowy, a wódka jakby wypływa z uszu strumieniami. W chwili przytomności, odpowida mi grzecznie:

-Nie. 

Więc ja go puszczam z wesołością. Nić wspólnoty spleciona w chwili zadumy, natychmiastowo pęka z trzaskiem. Jakby mi ten upadły anioł właśnie zeskoczył z pleców w akcie samobójczego skoku. Mogę odejść w spokoju, a on umrzeć w spokoju. Sumienie higienicznie postrzępione, lecz gołym okiem, bez lupy i okularów, możnaby rzec, że nie ucierpiało wcale. Przecież sam przyznał, że sobie poradzi na tym betonie. 

Już odwracam się z radością i kieruję wzrok w stronę mojej klatki schodowej. Nagle słyszę jakieś słowa za sobą i z ciekawości znów spoglądam w stronę pijaka. W tym momencie przybiega jakiś inny człowiek i wyciąga anioła z wnętrza ziemi jednym zamaszystym pociągnięciem. Kładzie go na ziemi z brutalnością i ruga wzrokiem, jakby mówił ''Nieładnie, wszyscy chcieliby tak umierać sobie, kiedy chcą.''. Następnie wyciąga telefon i mówi: 

-Czachowskiego, nieprzytomny mężczyzna. Tak, proszę przyjechać. 

Ja niepostrzeżenie osuwam się w cień mojej duszy. Cofam się do przodu, bo czas wciąż leci,. a więc wchodzę powoli w moją przyszłość naznaczoną tym wydarzeniem. Akcja dzieje się w zimną jesienną noc. Oni są już tam dwoje: prawdziwy człowiek i upadły anioł. Mnie nie ma bo poszłam z duchem czasu. Poszłam do domu i zjadłam kolację, obejrzałam telewizję, wzięłam prysznic. Tylko po zmyciu z siebie tamtejszego dnia, długo dość patrzyłam na odpływ. Zastanawiałam się dość długo, dokąd tym razem ściekło moje człowieczeństwo i czy gdy sięgnę w otchłań to je odzyskam. 

Wtedy zobaczyłam Boga.

2019  Ogólnopolski Turniej Reportażu im. Wandy Dybalskiej   globbersthemes joomla templates