Marta Stympin - Z literką "P" na piersi

Pociąg stanął na stacji  Falkenburg, dzisiejszym Złocieńcu. Była noc.  Kobiety ustawiono  w szeregu. Na dworcu czekali już  gospodarze, u których miały pracować…
          
Irena Szpak, znana wśród znajomych i rodziny jako Zofia Czarnecka, zmieniła imię zaraz po wojnie, a nazwisko przejęła po mężu, Edmundzie Czarneckim. Zmieniła nie tylko imię. Zmieniła całe swoje życie. Nie wierzy, że to był przypadek, przypadki nie istnieją.  Bo chociaż urodziła się w 1925 roku w Warszawie  i mieszkała w pięknej kamienicy  przy ulicy Madalińskiego,  miała trafić do oddalonego od stolicy o niemal 500 km Drawska Pomorskiego i zamieszkać  w poniemieckim domku. Dziś ma 90 lat, ale nadal jest dzielna i odważna tak jak wtedy, kiedy jako szesnastolatka uciekała od Niemców z Falkenburga [Złocieńca].  Jej życie płynie spokojniej: bawi się z kotem, pisze wiersze, które później chętnie recytuje z pamięci, robi zakupy, spotyka się z synem. Na starym kredensie w pokoju poukładała zdjęcia w ramkach, z pożółkłych fotografii patrzą na nią  krewni. Wielu z nich już dawno nie żyje. Tylko ona została.  Nić pamięci prowadzi  ją do dzieciństwa spędzonego w Piasecznie, tam wychowywała ją ciotka Helena. Kiedy się urodziła, matka została z nią sama, ojca nigdy nie poznała, umarł, zanim Irena przyszła na świat. Helena wzięła ją na wychowanie, mimo że sama miała jeszcze czworo dzieci. Mama dziewczynki pracowała w Warszawie od świtu do nocy, a zarobione pieniądze odkładała dla dziecka.

Piaseczno to dla pani Ireny miejsce święte, bezpieczne. Kiedy o nim myśli, widzi duży, wiejski dom, czuje zapach świeżo pieczonego chleba,  słyszy śmiech. Jakże piękny był świat bez trosk i obowiązków:  sielski krajobraz, czyste niebo, słońce, bawiące się dzieci, a wśród nich ona - czternastoletnia dziewczyna. W pamięci zapisały się także inne obrazy. Na przykład ten związany z marszałkiem Józefem Piłsudskim.
- Pamiętam jak  jego trumnę umieszczono  na platformie kolejowej, zatrzymała się na stacji w Piasecznie, tłumy go żegnały. Niektórzy w milczeniu, inni owacjami. Ludzie płakali. Potem kolej pojechała w stronę Krakowa.
To było jej pierwsze spotkanie ze śmiercią. Nie czuła wtedy lęku.

Wezwanie

1 września 1939 roku tak jak zawsze szła do szkoły. Z oddali usłyszała cichutki warkot, który się nasilał.  Samoloty leciały w równym szyku i na tle niebieskiego nieba wyglądały jak malutkie punkciki, które robiły się coraz większe i głośniejsze.  Nie pomyślała nawet, że spełnia się najgorszy ze scenariuszy.
- Armia niemiecka wkraczała do Warszawy od strony Piaseczna. To mogło być około dziesiątego września - pani Irena zbiera myśli, a po chwili opowiada dalej.
- Żydów, którzy mieszkali we wsi od pokoleń, zaprzęgali do ciągnięcia wozu z  żołnierzami.  Kazali im śpiewać: "Nasz Śmigły Rydz nie nauczył nas nic, a nasz Hitler złoty nauczy nas roboty."

Obiecała sobie wtedy, że nigdy się nie podda i żaden Niemiec jej tak nie upokorzy. Sprawdzian z siły charakteru przyszedł szybciej niż się spodziewała.

Skończyła szesnaście lat  i goniec przyniósł wezwanie do magistratu. Kiedy dotarła do Warszawy, żandarm, który stał przed drzwiami urzędu, szarpnął ją za ramię i wepchnął do ciężarówki. - Byłam przerażona. Wysadzili nas na dziedzińcu jakiegoś budynku. Jak się później dowiedziałam, był to dawny budynek szkoły, a w środku czekała już komisja lekarska.  Wyprowadzono wszystkie kobiety. Do budynku wchodziły gęsiego, jedna za drugą. Miały się rozebrać, ustawić pod ścianą. Stały nago, kolejka sięgała od parteru do trzeciego piętra. - Nie miałyśmy się czym zakryć, było tam dużo różnych ludzi. Niektórzy z nich drwili, pokazywali nas palcem.

Wszystkie zostały uznane za zdolne do pracy.

Przeznaczeni na roboty po przejściu "badań lekarskich" i "odwszawiania" w specjalnie do tego celu stworzonych przez Niemców obozach, oraz po złożeniu na piśmie oświadczenia, że na roboty udają się "z własnej woli" kierowani byli niezwłocznie do zbiorczych transportów i wywożeni w głąb Rzeszy1.

W wagonie towarowym niektóre płakały, inne modliły się. Ona nic nie mówiła.
 - Było mi bardzo zimno. Miałam na sobie tylko szkolny fartuszek z krótkimi rękawkami i wełniany sweterek.

Nie wiedziały dokąd jadą.

Pociąg stanął na stacji  Falkenburg, dzisiejszym Złocieńcu.

Była noc.  Kobiety ustawiono  w szeregu. Na dworcu czekali już  gospodarze ziemscy, u których miały pracować. Każdy z nich polował na najlepszą siłę roboczą. -  Zaczęli się kłócić, przepychać i wyrywać sobie nas z rąk. Czułyśmy się jak na jakimś targu.

Procedura angażowania do pracy tych Polaków, którym los wyznaczył miejsce u bauera na wsi, przypominała często sprzedaż niewolników, niemieccy chłopi bowiem przy wyborze robotników kierowali się siłą ich mięśni2.

Kiedy wszyscy się rozjechali,  na peronie została tylko ona i stary Niemiec. Miał najmniejszą siłę przebicia. Wsiadła do bryczki i ruszyli w drogę.

Do publicznej wiadomości podano opublikowane 18 VI 1940 r. w szczecińskiej prasie zarządzenie prezydenta policji Wilhelma Jahna. Zarządzenie to streszczało najważniejsze postanowienia w sprawie Polaków:  

Pracodawcy zatrudniający robotników polskich winni natychmiast zgłosić ich w policji; Polacy muszą nosić znak "P"; Polakom nie wolno przebywać poza miejscem zamieszkania w okresie od 1 IV do 10 XI w godzinach od 21 do 5, a w czasie od 1 X  do 31 III w godzinach od 20 do 6 rano; Polakom nie wolno wchodzić do kina, teatru, kościoła i restauracji; pracodawca winien natychmiast meldować policji o nieprzestrzeganiu przepisów przez Polaka.

Życie w niewoli

 Kiedy dojechali na miejsce, poznała resztę rodziny: żonę i córkę.
 - Były wyraźnie niezadowolone, że stary wybrał takie chuchro do pracy w polu. Jego słaby charakter widać było i w tej sytuacji. Nic nie odpowiedział. Wyszedł z mieszkania.
Niemki zaprowadziły ją do komórki przy stajni. Była tam prycza i koc. To miejsce miało być jej nowym domem.
Jak się później dowiedziała, majątek należał do Hermana Rostka i jego żony.
 -  Stara Niemka była  na mnie cięta. Od godziny szóstej musiałam pracować na polu. Biła  i poniżała mnie przed członkami swojej rodziny. Przecież miała do tego prawo.

Jednym z dalszych ogniw systemu hitlerowskiego zmierzającego do wyniszczenia i upokorzenia narodów podbitych był cały system kar stosowanych wobec robotników przymusowych w Trzeciej Rzeszy. Najczęściej stosowane środki represyjne to praca karna, częściowe lub całkowite pozbawienie żywności, a nawet kary cielesne, które były stosowane najczęściej. Dokument hitlerowskiego Krajowego Związku Rolników z 6 marca 1941 roku mówi:
"Każdy kierownik przedsiębiorstwa ma prawo bić robotników rolnych narodowości polskiej, jeśli dobre rady i pouczenia nie dały rezultatu. W takim przypadku kierownik przedsiębiorstwa nie może być przez nikogo pociągnięty do odpowiedzialności karnej."3

Irka nie miała ubrania, mydła, żałowano jej nawet jedzenia.  Ale miała  w sercu nienawiść a w oczach pogardę, a to się nie podobało.  Któregoś razu została w domu, żeby zacerować swoje podarte ubranie. Kiedy Niemka ją zobaczyła, wpadła w szał, wygnała wszystkie krowy na drogę. Kazała jej  zagnać je z powrotem do obory. Wtedy pierwszy raz się zbuntowała.
- Powiedziałam, że tego nie zrobię, a ta zamachnęła się. Nie zdążyła mnie uderzyć. Zrobiłam to pierwsza.  Wybiegła z domu i wróciła w asyście policjanta. Na szczęście był Polakiem. Tylko dzięki temu przeżyłam.
Rostkowie mieli także syna,  Irena poznała go później. Był żołnierzem Wehrmachtu, ale to on jako  jedyny pomagał jej w pracach w gospodarstwie. Na pewno znał instrukcję władz niemieckich dotyczącą traktowania Polaków, ale jej nie przestrzegał.

"Utrzymujcie wyraźny dystans do Polaków. Żaden mężczyzna niemiecki, ani żadna niemiecka kobieta nie może zapominać przy obcowaniu z tymi robotnikami polskimi, że zmieszanie krwi niemieckiej z krwią polską, za szkodą krwi niemieckiej, nie da się pogodzić z dumą narodu niemieckiego.  Nie pozwólcie Polakom jadać razem z wami, przy jednym stole. (…) Dla Polaków nie ma miejsca również w naszych gospodach. Żaden mężczyzna, ani żadna kobieta nie będzie ściągać na siebie hańby, pokazując się z Polakiem w gospodzie. W ogóle nie starajcie się w niczym ulżyć Polakom. Bądźcie dumni ze swej wyższości pod każdym względem. Polacy nie zostali ściągnięci do Niemiec, by żyć tutaj lepiej niż w prymitywnych warunkach w swojej ojczyźnie, lecz by swoją pracą naprawić niezmierne szkody, jakie państwo polskie wyrządziło narodowi niemieckiemu. Zachowajcie czystość krwi niemieckiej. Tak jak największą hańbą jest obcowanie z Żydem, tak samo hańbi się każdy Niemiec, który utrzymuje intymne kontakty z Polakiem lub Polką. Niemcze, bądź dumny i pamiętaj zawsze o tym, co ci naród polski uczynił! Niemcze, Polak nigdy nie jest twoim kolegą! Nie zapominaj nigdy, że należysz do narodu panów."
Związek Narodowości Niemieckiej za granicą.

Z tęsknoty za rodziną i żalu zaczęła  pisać wiersze. - Nie było czym ich pisać. Za długopis służyły mi węgle z domowej kotłowni - wspomina pani Irena.
    
Trzy miesiące upłynęły od rozstania, mamo ma,
I następne już się wleką, beznadziejna dola ta.
Powiedz, wichrze, mej rodzinie, jak mi smutno, tęskno tu,
Jak mi ciężko czas ten płynie, nie chcę zostać dłużej tu.(…)

Wędrówka

Wymknęła się po cichu z domu. W głowie miała cały plan ucieczki: na dworcu kupić bilet  do Poznania, a później do Warszawy. Zaczynała się godzina policyjna, więc musiała poszukać schronienia. Weszła w ciemną uliczkę i zobaczyła trzech mężczyzn. Po literce "P" na ich koszulach poznała, że tak jak ona są Polakami. Poprosiła o pomoc. Przenocowali ją w stodole u Niemca, u którego pracowali.
Rano była już w pociągu.
- Miałam jeden cel. Być jak najdalej od tego piekła.
W trakcie podróży dowiedziała się, że aby dostać się do Warszawy, trzeba mieć specjalną przepustkę.  Wpadła na  pomysł, by iść z Poznania do Warszawy piechotą.
- Jak teraz  na to patrzę, to myślę, że to było wariactwo - śmieje się pani Irena.
Był początek kwietnia 1942 roku. Szła szosą, a kiedy coś jechało, uciekała do rowu. Spała przeważnie w lesie lub na polu w słomie. Czasem szła całą noc aż do rana. W przerażającej ciszy słyszała jedynie bicie swojego serca. Mijała różne miejscowości, pukała do domów. Niektórzy pomagali. Pozwalali u siebie przenocować, karmili.
Po dwóch tygodniach wędrówki dotarła do Kutna, oddalonego od Poznania o 200 kilometrów. Była głodna, wycieńczona i samotna. W przydworcowej restauracji zobaczyła ładną kobietę z  córką, mówiły po niemiecku. Blondyneczka z niebieskimi oczami grymasiła, bo nie chciała jeść.  Przed nią na talerzu leżał świeżo upieczony, pachnący omlet.
Głód był silniejszy niż strach, zapytała, czy może go zjeść. Oddały jedzenie bez słowa. - To było niebo w gębie! Od roku nie jadłam nic tak pysznego. Co pani może o tym wiedzieć? Wy macie dzisiaj wszystko- pani Irena macha ręką,  jakby nie wierzyła, że zrozumiem tę sytuację.
Młoda Niemka  poradziła, żeby zgłosiła się dobrowolnie do Arbeitsamtu [urzędu pracy], bo kiedy znajdzie ją Gestapo, grozi jej niebezpieczeństwo. Posłuchała. Sama  zgłosiła się do biura, gdzie niemiecka urzędniczka odprawiła ją do pracy jako pomoc domową u Trogerów w Kutnie.

Cena wolności

Richard Troger był tak zwanym polskim Niemcem - Volksdeutschem o polskich korzeniach. Miał żonę i czworo dzieci.  - Miałam swój pokój, mogłam jeść z nimi przy jednym stole.  Nie musiałam praktycznie nic robić, jedynie zajmować się dziećmi. Nauczyły mnie modlitw po niemiecku:

Ich bin klein
mein Herz ist rein
dass niemand drin wohne
als Jesus allein4

Albo odpowiednik Ojcze nasz:

Vater unser,
Der Du bist im Himmel,
Geheiligt werde Dein Name,
Dein Reich komme,
Dein Wille geschehe,
Wie im Himmel
So auch auf Erden.

Minęły  dwa miesiące. Był czerwiec 1942 rok. Sprzątała mieszkanie, kiedy rozległo się głośne pukanie do drzwi. Otworzyła. Ujrzała dwóch mężczyzn w mundurach gestapo. Zapytali: "Irena Szpak?" przyznała, że to ona. Kazali jej iść. Chciała się pożegnać. Nie pozwolili. Zabrali ją na komisariat  w Kutnie.
 Wypytywali  o ucieczkę z Falkenburga [Złocieńca]. Nie bili.  Po kilku dniach przetransportowali ją do obozu karnego w Inowrocławiu.


"Kary za wszystkie wykroczenia były coraz większe, szczególnie ostro karano próby ucieczek z pracy, najczęściej przez osadzenie w karnych obozach pracy lub w obozach koncentracyjnych"5.


Przeżyła kolejny koszmar podróży.
- Jeden biedny staruszek, który wtedy miał biegunkę, wypróżniał się do puszki po konserwie. Kiedy skończył, żeby nie śmierdziało, wylewał  wszystko przez zakratowane okienko. Nic to nie dało. Wie pani , o czym myślę?- pyta, a po chwili wyjaśnia:
- Wszystko miał na twarzy.
W takich warunkach dotarli na miejsce. Była to filia hitlerowskiego obozu zagłady w Stutthofie. Można go było zaliczyć do wybitnie ciężkich obozów.  Przed bramą główną była brukowana droga. Sam obóz otoczony betonowym murem i drutem kolczastym. Wszędzie pełno psów, ujadały, biegały w tę i z powrotem. Na środku placu stała szubienica, pod którą wysypany był żwir. - Poniżano nas w ten sposób, że kazano nam  tam naśladować odgłosy zwierząt  - wspomina z bólem pani Irena.
Każdy dzień zaczynał się o szóstej rano od ćwiczeń. Padały komendy "Padnij!" "Powstań!" "Padnij!" "Powstań!" "Żabki!". Od  "żabek" miała zdarte kolana do krwi. Kobiety dostawały rano kawę i chleb. Na obiad zazwyczaj były jakieś wodniste zupy, które jadły w puszkach od konserw. Spały na pryczach. Toaletę zastąpiło wiadro postawione w kącie baraku.
Kiedy pewnego razu wyszła jak co dzień rano do pracy, przy ścieżce stał jeden z wartowników. Spojrzała na niego, a chwilę później leżała w kałuży krwi na betonowej ścieżce. - Dostałam w twarz kolbą od karabinu. Wybił mi cztery przednie zęby.
Okrucieństwu nie było końca. Zimą stały na placu, a Niemcy polewali je zimną wodą z węża. -  O mało co nie zamarzłam.
Żołnierz niemiecki krzyczał tylko, że pora na kąpiel. Nazywał je przy tym brudnymi polskimi świniami.
W obozie była przez  sześć miesięcy.

My, z literą "P"

Wywieziono ją znowu do Falkenburga [Złocieńca]. Tym razem do innej rodziny. Trafiła do państwa Fraier. Mieszkali przy Autobahn Strasse, dzisiejsza ulica Kolejowa. Pani Marianna miała trzy córki i męża na froncie.  Niemka podziwiała ją za to, że umie naprawić rower, narąbać drewna, czy wymienić żarówkę.
Mijał dzień za dniem. Literka "P" noszona na ubraniu pomagała znaleźć wspólny język z innym Polakami, pracującymi przymusowo we Falkenburgu [Złocieńcu] Spotkała tam Ambrożego. Od tamtej pory są przyjaciółmi.
A tak pan Ambroży Kobierowski wspomina roboty w Złocieńcu:

Wrogim nastawieniem do Polaków wyróżniali się Rytyng, Setzmit i Meissner, których jedynym argumentem było bicie. Ludność niemiecka odnosiła się do nas wrogo lub obojętnie, ale były wyjątki. Na przykład dr Ginbert wbrew przepisom przyjmował Polaków w swoim gabinecie niosąc im ulgę w cierpieniach. Fryzjer Julitz nie opatrzył swojego zakładu wywieszką "nur fur deutsche" i mimo ostrzeżeń policji obsługiwał Polaków. Słowa nadziei i pocieszenia płynęły z ust katolickiego księdza w kościele w Drawsku, dokąd czasem mogliśmy jeździć. Nie znał on naszego języka, ale zawsze starał się powiedzieć parę słów po polsku. Zwykle kończył kazanie słowami "Módlmy się o sprawiedliwy pokój."
Katolicy, których było w Złocieńcu ponad pięciuset korzystali z parafii katolickiej w Drawsku, gdzie proboszczem był ks. Froelich, który w czasie wojny, kiedy kościół odwiedzały setki Polaków przywiezionych na przymusowe roboty, odnosił się do nich życzliwie, wygłaszając krzepiące serca kazania6.

Co jakiś czas jeździli do miejscowości Dramburg, obecnie Drawsko Pomorskie, aby wziąć udział we mszy. Odbywała się dla Polaków jedynie raz w miesiącu. Irka była tam kilka razy,  swoje odczucia przelała na papier:

Z miasta i okolic,
z literką "P" na piersi,
schodzili się Polacy,
ciężką pracą styrani.
Przez Niemców
w nieludzki sposób poniewierani. (…)

 - Bo tamte czasy, to były dziecko drogie piekło. Nawet nie wiadomo kiedy, a można było stracić życie. Albo zostać okaleczonym. Jak ja w Inowrocławiu.

Praca u Fraierów

W końcu uzbierała upragnione 75 marek na protezę zębów.
- Miałam na ich punkcie wielki kompleks, od czasu kiedy niemiecki żołnierz wybił mi je w obozie, rzadko się uśmiechałam.  Pojechała do Dramburga [Drawska Pomorskiego], aby zapłacić za protezę.
Malowniczy park, alejka. Przy niej żandarm, a obok tabliczka z napisem: "Eintritt für Polen verboten"7.
Usłyszała głośne "Halt!"8 -  Nogi ugięły mi się w kolanach.  "Bist du Polen?"9 Odpowiedziała, że tak, a on zapytał : "Wo hast du die P?"10 Odsunęła apaszkę, a on wrzasnął, żeby szła za nim. Zaprowadził ją do ciemnej uliczki, wyrwał torebkę i zabrał pieniądze.
Do domu wróciła bez protezy.

„Przed wejściem do parku stoi żandarm jednonogi - czytam:
Eintreten für Polen verboten,
groźnie mnie ostrzega.
Dotknęłam swoją literkę "P" na piersi,
nie weszłam - jestem Polką!
Z dumą odeszłam
A jednak się nas boją...”

Życie u Fraierów przebiegało spokojnie. Bywały też chwile zabawne. Któregoś razu pani Marianna wysłała ją na pole, po krowie odchody. Użyźniały znacznie glebę, potrzebowała ich, żeby nawozić kwiaty. Irka poszła po nie wieczorem, razem z przyjaciółką, Marysią. Wzięły szufelki i wiaderka. Kiedy nazbierały krowich odchodów, zawiesiły wiadra na kierownicy roweru i pojechały do domu. Po drodze spotkały dwóch młodych niemieckich oficerów. - Zatrzymali nas i zapytali, co mamy w wiadrach. Sparaliżowane ze strachu nie mogłyśmy wykrztusić z siebie ani jednego słowa - wspomina pani Zofia i dodaje ze śmiechem:
- Jeden z nich, myśląc, że to marmolada, zanurzył palec w krowim łajnie i wziął go do ust. Skrzywił się, miałyśmy szczęście, że nas nie pozabijali.
Wiosną 1944 roku weszło w życie ogólnoniemieckie rozporządzenie, które głosiło, że Polacy muszą pracować na rzecz rolnictwa, przemysłu, czy w innych gałęziach gospodarki. Marianna musiała  oddać  Irenę. Było to bardzo smutne rozstanie.
Kara za odwagę
- Co się z panią wtedy stało?
- Zostałam przydzielona do kolejnego gospodarstwa we wsi Grinberg. [dzisiejsza Rzęśnica] Mała wioska była położona między Złocieńcem a Drawskiem. Pracowałam u Niemki, której nazwiska już nie pamiętam. Wiem, że miała na imię Fryda i była matką dwóch chłopców w wieku przedszkolnym. Nie umiałam się z nią porozumieć. Było źle. Traktowała mnie jak przedmiot, biła. Któregoś dnia nazwała mnie polską świnią.  Wykrzyczałam jej w twarz, że sama jest niemiecką świnią. Odgrażała się, że mi tego nie podaruje. Niestety dotrzymała słowa. Następnego dnia rano próbowałam uciec. Przyłapała mnie na tym w asyście dwóch agentów gestapo. Zostałam odwieziona na komisariat w Złocieńcu.
Gruby żandarm kazał Irenę wprowadzić do swojego gabinetu. Musiała się położyć twarzą do biurka. Wyciągnął pałkę i zaczął bić ją po plecach. Ból był nie do zniesienia. Płakała i krzyczała, a  ciosy były coraz silniejsze. Kiedy skończył krzyknął : „ No i co żeś zrobiła!”  Spojrzała na podłogę ze wstydem.
Trafiła wtedy do celi w podziemiach komisariatu. By później, za drugą, nieudaną ucieczkę odbyć karę w obozie przy fabryce benzyny syntetycznej w Pölitz, dzisiejszych Policach.

Największym i najbardziej znanym obozem pracy w rejonie Polic był Pommernlager, usytuowany niedaleko zakładów Hydrierwerka, na północny zachód od rzeczki. (…) Powstał prawdopodobnie w marcu i kwietniu 1940r. (…) W 1944 r. obóz składał się już z 52 wielkich baraków. Ogółem przebywało w nim ok. 5000 osób, pewną część z nich stanowiły kobiety, które mieszkały w oddzielnej części obozu. Znane są nazwiska dwóch komendantów tego obozu:  Tepich, a następnie Folt w 1942 roku. (…) Podobnie jak i w innych tego typu obozach był on odgrodzony podwójną linią drutów kolczastych, do których w nocy włączano prąd, oraz wieżami wartowniczymi. Obóz miał dwie bramy. Wewnątrz obozu znajdował się plac apelowy oraz 32 baraki mieszkalne. Część tych baraków zajmował szpital, kuchnia, odwszalnia. Baraki były zasadniczo nieduże, przeznaczone dla 100 - 200 więźniów. Umywalnie i ubikacje znajdowały się na wolnym powietrzu. Na terenie obozu kobiecego znajdował się drewniany bunkier, wykopany w ziemi, gdzie zamykano więźniarki za karę. W pobliżu ustawiono dwie szubienice11.

Kiedy trafiła do obozu, była połowa listopada 1944 roku, deszczowa pogoda. Kazano im stać w dwuszeregu na placu. Przed nią stała młoda kobieta. Przerażona zapytała po cichu, czy długo jeszcze będą tak stać. Nawet nie dokończyła zdania, kiedy młody żołnierz niemiecki podbiegł do niej i z całej siły uderzył  w twarz.
- Gdy już tak trzecią godzinę stałyśmy, wyszedł komendant obozu. - Stary żandarm w ramach rozgrzewki, nakazał nam biegać dookoła baraku. Gdy już tak biegłyśmy, padła komenda „Żabki!”, później „Padnij! – Powstań!” i jeszcze tak kilka razy.  Nie miała już siły  biegać, kazali im podczas rozgrzewki śpiewać niemieckie pieśni wojskowe, takie jak „ Auf der Heide blüht ein kleines Blümelein und das heißt Erika…”12 Niektóre więźniarki nie wytrzymywały rozgrzewek. Bito je wtedy okrutnie.

Robotnicy pracujący w Pommenlager pracowali w ogromnej większości w zakładach benzyny syntetycznej. Administracja nie troszczyła się o bezpieczeństwo pracy, nie było ubrań ochronnych, masek, rękawic. Praca działała szkodliwie na zdrowie, szczególnie na oczy i skórę. (…) Praca była cięższa niż w innych obozach, trwała ponad 12 godzin dziennie. Jadano tylko raz dziennie, wieczorem, ponadto robotnicy otrzymywali rano kawę i chleb na cały dzień. (…) Obóz został dwukrotnie zbombardowany, w dniach 17 sierpnia i 24 grudnia 1944 roku, podczas bombardowania zakładów przemysłowych. (…) Liczni świadkowie opowiadają, że po nalocie i bombardowaniu Polic rannych więźniów-robotników dobijano zastrzykami z fenolu.(…) Po każdym nalocie zwłoki zabitych zakopywano na terenie poza szosą, bez sprawdzania tożsamości13.

Pewnej nocy był nalot bombowy na fabrykę. Baraki więźniów stały niedaleko. Słyszeli  warkot nadlatujących samolotów i świst spadających bomb. - Bardzo się wtedy bałyśmy. Odmawiałyśmy Koronkę do bożego miłosierdzia. Powtarzało się to dość często - wspomina pani Irena.
Miała wszy. Gryzły ją przez pół roku. Któregoś dnia, kiedy siedziała skulona w baraku, zobaczyła je w oczkach swojego wełnianego sweterka, tym samym, w którym zabrano ją jako niewinne dziecko od bliskich z Warszawy. Grube, tłuste wszy, ze złości wyrzuciła go w kąt baraku. Kara dobiegła końca po pół roku..

Ostatnia ucieczka

 W Falkenburgu [Złociencu] dostała przydział do gospodarstwa w Dietersdorfie, dzisiejszym Bobrowie. Była tam  niecałe dwa miesiące.
- Dlaczego tak krótko?
- Był już 45. Wojna się kończyła. W głowie do dziś mam widok uciekających na zachód Niemców.

Od końca stycznia 1945 r. hitlerowcy zaczęli przeprowadzać planową ewakuację południowej i środkowej części Pomorza Zachodniego. Ewakuację zaczęto od całkowitego opróżnienia powiatów leżących przed, na i za Wałem Pomorskim
Wedle wyjaśnienia zastępcy Gauleitera Paula Simona, Reichsfuhrer SS Himler wydał polecenie opróżnienia Pomorza Zachodniego. Mieszkańcy 21 stycznia 1945 roku dostali tzw. Packbefehle czyli rozkazy spakowania się14.

Na początku marca dowiedziała się, że Drawsko Pomorskie jest już zajęte przez Rosjan. Niemcy uciekali w popłochu, czym mieli. Niektórzy samochodami, inni wozami, a jeszcze inni nawet na rowerach. Gospodarze Ireny byli dla niej dobrzy, a Ruskich się bała. Podjęła decyzję, że ucieka z nimi. - Do dziś pamiętam tamtą, ostatnią już moją ucieczkę. Na przedzie kolumny jechał leutnant Gubbels na koniu. Za nim pluton niemieckiego wojska, a później ludność cywilna. Przez całe dnie szliśmy szosą, a nocą odpoczywaliśmy po lasach. Było bardzo zimno, ludzie zamarzali w drodze.

Wszyscy mieszańcy wsi i miast otrzymali rozkaz wyjazdu na zachód. Pociągi nie były w stanie pomieścić ludności, która oblegała dworce. Chłopi jechali własnymi środkami lokomocji, wozami konnymi i przyczepami ciągniętymi przez traktory. Konwoje pojazdów blokowały drogi, powodując zatory, co wprawiało we wściekłość esesmanów, którzy usuwali z drogi zaprzęgi chłopskie, a nierzadko rozstrzeliwali cywilów za naruszanie porządku marszu. (…) Inwentarz żywy pędzono na zachód. Setki koni i krów rozproszyło się po polach i lasach.
Niemiecka ludność Pomorza Zachodniego płaciła teraz krwawy rachunek za szaleństwo Hitlera. Pognano ją częstokroć przy 20 stopniach mrozu do nowych miejsc osiedlenia za Odrą. Straty jakie poniosła wskutek głodu, chorób, zamarznięcia, ostrzeliwania i bombardowania były poważne15.

Gdy nastał ranek, ukryła się na terenie jakiegoś pustego gospodarstwa. Wojsko sowieckie pojawiło się we wsi.  - Upodobał mnie sobie jeden porucznik. Tej chwili nie zapomnę do końca życia. Wyglądał jak Mongoł, śmierdział okropnie bimbrem. Był pijany i bardzo silny, nie mogłam nic zrobić. Krzyczałam i prosiłam Matkę Boską o pomoc - mówi ze łzami w oczach. -  Na szczęście ten koszmar przerwali jego towarzysze, którzy wołali go z samochodu, wybiegł, zapinając pospiesznie spodnie.

Powrót

    W tej wsi poznała pewną młodą Polkę. Przedstawiła się jako Maria Kwiatkowska, żona polskiego porucznika. Irena bardzo tęskniła za swoją rodziną. Polka powiedziała jej, że ona i jej mąż również wyjeżdżają do Warszawy. Mają lecieć samolotem. Po konsultacji z mężem zdecydowali, że wezmą ją  ze sobą.
-Byłam przeszczęśliwa. W końcu, po latach spotkam się z krewnymi, za którymi tak bardzo tęskniłam.
Widok Warszawy był przerażający. Pustynia, bez ludzi, zrujnowane miasto. Wszędzie zgliszcza po bombardowaniach. Kamienicy, w której się urodziła, też już nie było.  
W Piasecznie  drzwi otworzyła ciocia. Stała w nich i płakała. - Pogodzili się już z moją śmiercią. Wzruszeniu nie było końca – wspomina pani Irena i sama ma łzy w oczach.  Okazało się, że większość jej rodziny jest gdzieś poza Warszawą. Nie mieli z nimi kontaktu w czasie wojny i nie wiedzieli dokładnie, gdzie są, ani  tego czy  żyją.
Nie chciała zostać ani w Warszawie, ani w Piasecznie. Na ziemiach zachodniopomorskich mogła zacząć nowe życie. Niczego tu nie brakowało, były puste mieszkania… Chciała się usamodzielnić.     
W maju 1945 roku była już w Drawsku Pomorskim. Miasto było prawie puste. Postanowiła poszukać sobie jakiegoś bezpiecznego miejsca do życia i  znalazła.  Mieszka tu do dziś.
- To dlaczego zmieniła Pani imię? - pytam z ciekawością.
- Jak nowe życie, to i nowe imię  – śmieje się pani Zofia. – Nigdy nie lubiłam swojego imienia, a w czasie wojny kojarzyło mi się z samymi złymi chwilami. Najważniejsze jest, żeby nigdy nie tracić nadziei. Ja swoją nadzieję pokładałam w Bogu. Nadal wierzę. Nigdy nie skreśliłam drugiego człowieka. Nie mam żalu do swoich oprawców.  Od maja 1945 roku byłam już pewną siebie, pogodną Zofią Szpak, a w 1952 Zofią Czarnecką.

 

 1 R. Dydliński, M. Flejsierowicz, S. Kubiak, Z literą "P". Polacy na robotach przymusowych w hitlerowskiej Rzeszy 1939 - 1945. Wspomnienia, Poznań 1976, s.47

 2 M. Borkowicz, Robotnicy przymusowi i zakłady pracy, s.26

 3 Ibidem, s.74

 4 "Jestem mała, moje serce jest czyste, nikt w nim nie mieszka - tylko sam Jezus."

 5 R. Dydliński, M. Flejsierowicz, S. Kubiak, Z literą "P". Polacy na robotach..., s.169

 6 T. Gasztold, J. Lindmajer , Złocieniec - zarys dziejów, Koszalin 1985, s.85

7 "Wejście dla Polaków zakazane."

8 "Stój!"

 9 "Jesteś Polką?"

 10 "Gdzie jest twoja litera P?"

 11 W. Gaweł, Rys historyczny Polic, Police 1993, s. 72

12 "Tam w ojczyźnie kwitnie mały kwiatek I nazwa się Erika"

 13 W. Gaweł, Rys historyczny..., s. 64

 14 T. Gasztold [red.], Dzieje Ziemi drawskiej, Poznań 1972, s.  128

 15 Z. Dulczewski [red.], Przeobrażenia społeczne na Pomorzu Zachodnim w latach 1945 - 1947, Poznań 1964, s. 28
2018  Ogólnopolski Turniej Reportażu im. Wandy Dybalskiej   globbersthemes joomla templates