Anna Michalska - Kobieta o dwóch sercach

Niektórzy ludzie mają w sobie dużo siły, o istnieniu której nie zdają sobie sprawy. Czasami jeden impuls, jedno wydarzenie wystarcza, żeby mogli zacząć ratować świat.

 

Bywają takie chwile, w których człowiek chce przestać być pruderyjny, wulgarny, tchórzliwy, upośledzony albo zbyt inteligentny. Kiedy człowiek chce być przeciętny, zwykły, normalny. Gdy pragnie porzucić rolę bohatera, po to tylko, żeby stać się słabeuszem - tak po prostu, na chwilę, dla odpoczynku.

Te chwile człowiekowi się należą.

Szkoda tylko, że nie każdy ma możliwość ich poznania.

 

Dorotka

Najpierw jest cisza, potem krzyk. Głośny, nagły, niespodziewany. Tak różny od typowego spokoju, tak bardzo niepasujący do wizerunku kolorowej, ślepej uliczki oddalonej od codziennego zgiełku miasta.

Kiedy się wsłuchasz, do twoich uszu dotrą przekleństwa wypowiadane bardzo wolno i bardzo wyraźnie przez kobiece usta, z akcentem na dźwięczne er pośrodku. Wulgaryzmy wykrzykiwane w stronę babki albo matki – pani Ali; deklaracje nienawiści, które z czasem przekształcają się w długi skowyt na wysokim tonie.

Kiedyś tak nie było. Kiedyś, idąc ulicą Mickiewicza, słyszało się tylko warkot kosiarki i śmiechy dzieciaków. Dopiero później, po latach, w domu z czerwonym dachem pojawiły się kolejne komplikacje. Powikłania, mówią lekarze, choroba Little’a; i kolejne krzyki. Nikt nie wie dlaczego.

Innym razem jest inaczej. Innym razem widać, jak dziewczyna, zamiast wrzeszczeć i machać nieudolnie swoimi nie do końca sprawnymi rękami, jeździ na swoim trzykołowym rowerze w towarzystwie taty, siostry czy pani Ali i psa. I się śmieje śmiechem sprawiedliwych, wyciąga do mnie dłoń.

A ja mówię „Cześć”. Uśmiecham się i mówię „Cześć, Dorotka”.

 

Życie na ulicy

Pani Maria przychodzi do domu z czerwonym dachem nie tylko dlatego, że jest sąsiadką, ani nie tylko dlatego, że jest pielęgniarką i wie, co zrobić. Pani Maria jest przyjacielem, więc przyjaciołom pomaga. Mówi im, że trzeba być silnym i stawić czoła chorobie. Że nie należy się bać, bo nic strasznego nas nie czeka. Albo wręcz przeciwnie – mówi im, że trzeba być silnym i przygotować się jak najlepiej, bo będzie ból i cierpienie, i płacz.

Czasem udaje mi się usłyszeć, jak pani Ala mówi pani Marii, że Dorotka ma się lepiej albo gorzej. Stoją razem na ulicy, pomiędzy jednym domem a drugim i rozmawiają przez długi czas. O słońcu, o obiedzie, o dzieciach. Nigdy nie narzekają – skarżą się tylko niekiedy, bo Łukasz znów nie posprzątał, a Anka się Tylko gdy mówią o Dorotce, widać zmęczenie albo niemoc – wciąż jednak potrafią się śmiać.

Parę lat temu, pamiętam, pani Alina złapała panią Marię za rękę. Majka, mówi do niej zdrobniale, dobrze, że ty się nie boisz Dorotki.

Na Mickiewicza był jeszcze ktoś – już kilka lata będzie, jak pan Tadeusz umarł. Było źle, ale pani Maria biegała do żółtego domu późno wieczorem, kiedy wracała po dniu całym pracy. Biegła do żółtego domu i próbowała zrobić wszystko, żeby było lepiej. Nie, żeby pan Tadeusz wyzdrowiał – bo to nigdy nie było możliwe. Ludzie, którzy trafiają do pani Majki raczej nie mają szans na powrót do zdrowia. Mają za to szansę, żeby nie było okropnie. I chyba się udało.

 

Zbyt dobra

Pani Maria zazwyczaj była bardzo zmęczona, ale parę decyzji w jej życiu sprawiło, że zaczęła mieć więcej czasu. Dla siebie, dla rodziny, dla pacjentów. Doszło nawet do tego, że pojechałam na urlop! – śmieje się wesoło. Pani Maria lubi się śmiać.

Jej przygoda zaczęła się dawno, może trzynaście lat temu. Mniej więcej wtedy, kiedy u jej pierwszej córki – nazywa się Marta – lekarze podejrzewali guza mózgu. Ale Marta jest już dorosłą kobietą, która studiuje i mieszka w stolicy. Jest dorosłą, zdrową osobą. Doktor się mylił, a Majka pomyślała, że musi jakoś podziękować. Że ma dług do spłacenia, tam na górze, u Boga.

Hospicjum przyjęło ją chętnie na miejsce wolontariusza. Była młoda, miała kwalifikacje, doświadczenie, dużo zapału. Najważniejsze jednak, że pani Majka miała i wciąż ma niewiarygodnie dobre serce. Czasami myślę, że to właśnie dlatego bywała taka zmęczona.

Pracę więc zaczęła od razu, od ciężkiego przypadku. Tamta pani nie miała połowy twarzy, przypomina sobie.

Kiedy o tym mówi, wzrokiem błądzi po ścianach salonu.

 

Teraz pani Maria ma czterdzieści pięć lat. Przez połowę swojego życia pracowała w szpitalu, najpierw na internie, piętro ósme, potem na chirurgii, szóste piętro. Pani Maria w międzyczasie chodziła do swoich sześciorga pacjentów z hospicjum, a w weekendy studiowała zaocznie administrację, bo miała okazję. Ponadto robiła pranie i gotowała, a w chwilach przerwy zasypiała po to tylko, żeby zostać obudzoną przez telefon w środku nocy – pani Majko, z tatą jest gorzej. Niech pani przyjedzie.

Zapytałam ją, czy gdyby mogła wybrać inny zawód, to czy dalej byłaby pielęgniarką. Nie – mówi do mnie i nie waha się ani chwili.

 

Na swoim

Prawdę mówiąc, pani Maria nigdy nie lubiła pracy w szpitalu. Do domu przychodziła wykończona, tylko dzień, noc, wolne, wolne, i tak cały czas, przez ponad dwadzieścia lat. Nudziło się jej. Nie czuła się spełniona – więc szukała kolejnych kursów, kolejnych pacjentów, jeszcze jakieś studia – tym razem już związane z tematem, bo geriatryczne; jest panią magister, ma specjalizację i kilka innych papierków, i pamięta jeszcze wszystkie angielskie nazwy części ciała człowieka. Ale w końcu powiedziała: dość. Chciała więcej. Chciała mieć czas dla siebie i swojej rodziny, chciała mieć więcej pieniędzy i poczucie, że robi coś konkretnego. Więc musiała wybrać – praca w szpitalu albo przy staruszkach.

Wybrała staruszków.

Decyzja może nie powinna dziwić, bo to był okres prywatyzacji wszystkiego i masowego zwalniania pielęgniarek, ale prawdę mówiąc – pani Maria nie wybrała łatwiejszej rzeczy. Wręcz przeciwnie – wybrała śmierć, choć mogła wybrać wyleczenie.

Tak więc wyszło, że udało się znaleźć wspólniczkę, wymyślić nazwę, wygrać konkurs i podpisać umowę z NFZ. Tak więc wyszło, że trzeba było wydrukować wizytówki, a pod imieniem i nazwiskiem napisać „długoterminowa opieka paliatywna”. Tak więc wyszło, że dzieci pani Marii niezmiernie się dziwiły, bo zastawały swoją matkę siedzącą w jej ulubionym fotelu i pijącą kawę. W środku dnia.

Było dużo stresu, bo nie wiadomo było, czy kontrakt zostanie przedłużony, czy sanepid wszystko zatwierdzi, czy znaleziony zostanie gabinet. Jedno tylko było pewne – klientów w biznesie nigdy nie braknie.

Sprawy się skomplikowały już jakiś czas temu, kiedy okazało się, że ambitna pani Maria musi pracować z nieambitnymi ludźmi. Ale się nie poddaje – zaczyna jeszcze raz. Pod inną nazwą, z inną osobą, z nowymi siłami.

 

 

 

Jak Charon

Nie jest łatwo – nikt nigdy zresztą nie powiedział, że tak będzie.

Praca przy chorych ludziach jest wyczerpująca, wymaga wiele poświęcenia, zabiera dużo czasu. A pani Majka nie potrafi odmówić pomocy. Kiedyś miałam dziesięcioro pacjentów – mówi. Za jednym razem.

W życiu pani Marii nie ma chwili na to, żeby się poddać. Czasami tak bywało, że chciała przestać; swój dług spłaciła. Nie umiała jednak patrzeć, jak ludzie umierają bez odpowiedniej opieki, albo jak umierają w niewłaściwym towarzystwie. Więc za każdym razem wracała do swoich starców.

Wszystkich tych ludzi pamiętam – mówi do mnie, a później spogląda mi w oczy tak, żebym jej uwierzyła. Pamięta wszystkich ludzi, ale nie pamięta liczb. Nie wie, czy patrzyła na śmierć ośmiuset, czy całego tysiąca.

 

Jak to możliwe, że jedna kobieta może zrobić tyle dobrego? Skąd ona bierze całą tą wyrozumiałość, siłę, miłość? Musi mieć dwa serca – mówi mi ze śmiechem mąż pani Marii.

Musi mieć dwa serca.

 

Wciąż

Pani Maria tak wiele przeżyła i tak wiele ma już za sobą. Wciąż jednak jest zdziwiona, kiedy na ulicy kłania się jej wnuk pewnego pana, który zmarł osiem lat temu. Wciąż jest zdziwiona, kiedy ludzie ją pamiętają, chociaż ona sama powoli zapomina.

I ja też jestem zdziwiona, kiedy od czasu do czasu ktoś zatrzymuje panią Majkę na ulicy i rozmawia z nią, jak gdyby nigdy nic, jakby byli starymi przyjaciółmi. I ja też jestem zdziwiona, kiedy idziemy obok siebie i rozmawiamy, i nagle pani Maria przerywa, po to tylko, żeby kogoś przywitać, żeby się skłonić albo odkrzyknąć to „cześć!”.

 

Raz minęłyśmy dwie panie ubrane na czarno, jedna była starsza od drugiej, a kiedy pani Majka się zatrzymała i przywitała znajomą, dowiedziała się, że dziadzio nie dał rady. To smutne, z jakim spokojem Maria przytuliła tę kobietę i powiedziała – bardzo mi przykro. To smutne, jeśli się pomyśli, jak często Maria musi mówić te słowa, i kiedy się pomyśli, że naprawdę od środka zżera ją żal. A choć te tematy są nieprzyjemne, to każdy z tych ludzi potrafi wykrzesać z siebie uśmiech. I po raz setny podziękować.

 

Dziękuję

Pytam, czy naprawdę jest tak trudno. „Zawsze było”.

Pytam, dlaczego warto? Co jest takie niesamowite w tej pracy? „Kiedy ktoś umiera i mówi dobrze, że pani tutaj jest. Dziękuję.”

Pani Maria się uśmiecha.

2019  Ogólnopolski Turniej Reportażu im. Wandy Dybalskiej   globbersthemes joomla templates