Magdalena Skawina - Nie umieram

Starsi ludzie cierpią dużo i odchodzą cicho. Nikt nie chce słuchać ich historii. Nikt nie chce oglądać i opatrywać odleżyn. Nikt nie rwie się do zmiany pieluchomajtek. Nikt nie marzy o pilnowaniu, żeby brali właściwe setki tabletek. Starsi przypominają o tym, co czeka każdego. Zmuszają do patrzenia w oczy śmierci.

OPOWIEŚCI

Czasem tylko zdarza się, że ktoś spoza rodziny zauważa. Może nawet jakaś lokalna gazeta napisze, może ksiądz szepnie z ambony o zdrowaśkę za duszę zmarłego.  Tak jak przed kilkunastoma laty u mnie na wsi. Zmarł pan Henryk. Przez dwa tygodnie nikt nie zauważył. Może dlatego, że nie miał żony ani dzieci. Dzisiaj jego dom jest wyremontowany. Ktoś go kupił, ale w nim nie mieszka. Pewnie wie, że w ich salonie kot odcięty od jedzenia i picia zjadł twarz martwego właściciela.„Ale Henryk pijak był straszny. Codziennie w sklepie był, on na wino wszystko wydawał. Nie było mi go szkoda.”

Babcia kończy opowieść. Uśmiecha się i zawiesza smutny wzrok na studni za oknem. Zastanawiam się, czy nie było jej szkoda też dziadka. Zginął potrącony przez samochód zanim się urodziłam. Był z Ukrainy. Też pił. O nim nie opowiada nigdy. Od osiemnastu lat ani razu nie była na jego grobie. Na ścianie nad łóżkiem wciąż jednak ma ich zdjęcie ślubne. Uśmiechają się. Trzymają za ręce.

Zaczyna opowiadać. Wraca do czasów dzieciństwa. O nim nie słyszałam wiele. Tyle tylko, że jej tata walczył na froncie, tam zachorował. Zdążył wrócić i zmarł. Mama umarła na raka. Brat mieszka po sąsiedzku. Nie utrzymują kontaktu. Rozmawiają tylko przez siatkę. „Siedziałyśmy z Marynią tam gdzie transformator jest teraz, wiesz gdzie, tam takie schodki były do szopy. Żydów wtedy wywozili. Pełno ich było na tym samochodzie. Dwóch Niemców ich pilnowało. Jeden Żydek tak krzyczał okropnie, i kiwał się na boki. Miał cukierki w ręce. Niemiec nie wytrzymał, strzelił mu w głowę. I te cukierki mu się wysypały na drogę. Pierwszy raz w życiu wtedy jadłam cukierki.” Skacze kilkanaście lat do przodu. Opowiada o tym, jak pracowała w sklepie. Sprzedawała papierosy na sztuki za jajka. Opowiada o tym, jak przeszła kilkadziesiąt kilometrów po krowę do sąsiedniego województwa. Opowiada o zimie stulecia. Opowiada o wizycie cyganki. To pamięta wyraźnie. „Przyszła taka baba, okręcona była jakimiś chustami. Siadła tu gdzie ty teraz. Kazała dać sobie jajko. Dałam jej takie świeże, a ta go rozbiła w rękach. Z żółtka moje włosy wyciągnęła. Powiedziała że straszna choroba mnie spotka. Ukradła mi czterysta złotych. Ale ja wtedy...”Przerywa jej trzaśnięcie drzwi. Wchodzi tata. Babcia bierze laskę i idzie do swojego pokoju. W końcu mogę wziąć głęboki oddech. W kuchni coraz mniej czuć odparzeniami i moczem.

UKOCHANY SYN

Wujek wchodzi niezauważony. Zdejmuje buty w przedpokoju. Czasem rzuca krótkie cześć. Dni jego wizyt są wyjątkowe. Tylko wtedy babcia myje się i zakłada czyste ubrania. Ma na sobie nawet bieliznę. Śmierdzi jednak bardziej. Perfumy mieszają się nieprzyjemnie z pozostałymi zapachami.

Babcia przez te pięć minut w tygodniu odżywa. Bardzo kocha swojego syna. Jest starszy od mojego taty o dwa lata. Wyprowadził się do sąsiedniej miejscowości. Wyjeżdża z portfelem grubszym o kilkaset złotych. Wszystko co ma, zapisała w testamencie na niego.Kawałek lasu, pole uprawne, dom, w którym mieszkamy.

Nigdy nie dzwoni. Za to babcia codziennie. Nie zawsze odbiera. Rozmowy też są krótkie.  Dzień przed jego imieninami siedzę z nią w salonie.„Janek był zawsze mądrzejszy. Pięć lat miał to już sam pojechał na rynek autobusem. W szkole zawsze wyróżniony był, co roku po list pochwalny szłam. Dziewczynę szybko znalazł. Pracę miał po technikum zaraz. I dom wybudował.” Na pytanie o pierwszą dziewczynę mojego taty nie potrafi odpowiedzieć. Z trudem przypomina sobie jego datę urodzenia.

TO JEST WE MNIE

Do domu wchodzę oknem. Zapomniałam kluczy. Dobijanie się do drzwi i pukanie w okna nic nie dają. Od razu biegnę do jej pokoju. Krzyczę czy wszystko w porządku. Babcia podnosi głowę z łóżka. Nie rozumie o co mi chodzi. Idzie za mną i przygląda mi się kiedy sprzątam rozbitą doniczkę. Cały czas mówi coś półgłosem. „To wszystko ten rak. To jest we mnie. Zjada mi wnętrzności, pcha mi wszystko. Matko Boska, te kości wszystkie chore. Ręce połamane. Wszystkie dzieci chore.” Wracam z nią do pokoju. Z pudełka po butach stojącego na szafie wybieram tabletki i kładę je na stole. Przybywa ich po każdej wizycie w szpitalu. Na liście jej chorób brakuje chyba tylko jednej. Tej, której najbardziej się obawia. Odkąd dwa lata temu upadła przed domem, pogłębiła się jej hipochondria. Złamała wtedy obie ręce. Długo nie wstawała z łóżka. Śmierdziało piekielnie. Na brzuchu i udach miała ropiejące rany. Nie chciały się goić. Niektóre ma do dzisiaj. Często popuszczała po drodze do łazienki. Wciąż to robi. Nie nosi pieluchomajtek, bo uważa to za niegodne.

Młodzi umierają, młodsi ode mnie, mnie pan Bóg nie zabierze z tej ziemi. Muszę żyć na zmartwienie innym. Mama umarli na raka a ja nie mogę. Co ja poradzę że ja nie mogę umrzeć. I to boli i boli, i łazi we mnie, i ja nie umieram. Ja wciąż nie umieram.”

2019  Ogólnopolski Turniej Reportażu im. Wandy Dybalskiej   globbersthemes joomla templates