Patryk Śliwa - Samotność kłosa

Ukraińska wieś Pukhivka. Pozostałości po domu Svietłany są już znikome. Tu niegdyś stała maleńka chatynka z dwoma izdebkami. Firanka nie zwisa już z masywnej ramy okna, podłoga dawno się zapadła, a czas i natura zamieniły to miejsce w część lasu. Błotnista droga biegnąca wzdłuż rzeki nie istnieje. Zniknęła. Znajduje się tu teraz gęsta warstwa krzewów. Woda nie dosięga więcej niż pół metra. Jej bieg jest nieustanny. Pamięta ten czas, gdy umierało ich tysiące. Wszyscy bez wyjątku. Los niewinnych ludzi i miliony nieopowiedzianych historii... Rzeka i las... niemi świadkowie tamtych dni. Dni Wielkiego Głodu...

Idziemy w kierunku lasu, Svietlana podpiera się na ciemnej, drewnianej lasce. Stawia drobne kroki, uważając przy tym, aby nie upaść. To właśnie tu, jako 10-letnia dziewczynka widziała rzeczy straszne. Jej wspomnienia zlewają się ze sobą, ale dalej pamięta wszystkie te chwile 

 -Podejdź tu do mnie, drogie dziecko - milczy - spójrz proszę na to miejsce. Widzisz to wgłębienie? To tam uciekałam - wraca do wspomnień.

Właśnie dowiedziałam się, że zaaresztowano tatusia. Mama została w polu. Maleńka Adela podbiega do mnie. Pisk przeszywa moje uszy. Jestem głodna. Nie jadłyśmy nic od dawna. Strzał pistoletu. Nie żyje. Mamo, gdzie jesteś? Mamusiu… dlaczego? Widzę jej wiotkie ciało. Odeszła. Żal przeszywa mnie w całości. Łzy podchodzą mi do oczu. Gardło się zaciska. Otwieram drzwi. Biegnę do lasu. Pusta przestrzeń. Cisza. Ptaki odleciały już dawno. Żadnych ziaren. Nic. Głód. Liście opadły z drzew, a zielone niegdyś krzaczki jagód zamieniły się teraz w suche sterty łodyg. Idę dalej. Drzewa, drzewa i jeszcze raz drzewa. Jedno podobne do drugiego. Wysokie i smukłe. Jest zimno. Nie czuję się bezpiecznie. Zauważam kilka patyków. Biorę je do rąk. Są zimne. Upuszczam je. Samotność. Pustka. Samotność. Trwoga. Szum rzeki. Myśli dobijają się do mnie z każdej strony. Docierają coraz szybciej. Przerażenie. Szum rzeki. Płynie coraz prędzej.  Idę w jej stronę. Boję się. Krzyk ludzi. Znów ktoś umarł. Zerwane kłosy. Liczę do pięciu. Strzał. Widok wsi. Domy kryte strzechą. Bieda. Kilkoro dzieci wchodzi do rzeki. Ich wychudzone sylwetki majaczą w oddali. Spoglądam przed siebie. Nie ma nic. Jestem już tak daleko. Mama na pewno już czeka. To nie może być prawda. Ona tam jest.

Z lasu dobiega krzyk. Idą tu. Uciekaj. Dwóch mężczyzn podchodzi do mnie. Są ogromni. Podłużne twarze. Jeden z nich ma brodę. Jest gruby. Dotyka mnie. Nie. Odejdź. Nie przestaje. Mija dużo czasu. Nie chcę tego. Biegnę przed siebie. Kryję się i płaczę. Łzy spływają mi po policzkach. Svietlana nie bój się... Wytrzymaj. Bądź silna. To tylko zły sen. Obudź się. Nora lisa. Wchodzę. Ciemność. Pustka. Samotność. 

- Przed kim?- wpatruje się w dal i milczy. Nie odpowiada.

-Kogo tam widzisz?- pytam się jej. -siebie- jej twarz staje się pochmurna. Pojedyncza łza spływa po policzku pokrytym zmarszczkami. Podaje mi rękę i delikatnie zaciska. Jest ciepła i miękka. Uśmiecha się.

Widzę murowany kościółek. Strzeliste wieże górują ponad wsią. Jest niesamowity. Ciche, ukryte piękno.

 Idziemy dalej. Stąpając po ziemi, na której kiedyś umierali ludzie - przeraża, ale i fascynuje. Umierali bez żadnego powodu. Cholernie ciężkie czasy, jednak oni starali się przeżyć . Przeżyć za wszelką cenę. Wytrwać. Dać sobie radę. Jedzenia brakowało, a oni i tak pokonywali przeszkody. Byle przetrwać.

-Jak zdobywałaś jedzenie? Co jadłaś?

 –Wszystko, co udało nam się znaleźć. Czasem były to szyszki, mech, trawa. Zwierząt nie było. Jak już się pojawiły był to cud. Zakazy i represje ze strony Sowietów były straszne. Ogromne kary. Za zerwanie pięciu kłosów można było zginąć. Okres wielkich zmian na świecie. Czas, w którym rozwijało się wszystko. Pamiętam, że raz zaproszona zostałam na kolację do sąsiadów. Było to w marcu... Wychudzona i samotna szłam ciemną ścieżką. Nie miałam butów. Marzłam. Zbliżałam się powoli do drzwi wejściowych. W izbie unosił się zapach mięsa. Czułam go tak dawno... Nagle ogarnęło mnie przerażenie. Spojrzawszy na podłogę zauważyłam krew. Ciągnęła się aż do drzwi kuchennych. I zrozumiałam, co to było. Ludzkie mięso. Uciekłam. Strach otaczał mnie z każdej strony. Byłam przerażona. Bałam się być sama. Adela zmarła miesiąc wcześniej. Pogrzebałam ją ostatkiem sił. Miała zaledwie cztery lata. Musiałam przeżyć.

 Zwalniamy tępa. Powoli zmierzamy w kierunku samochodu. Wsiadamy. Odpalam silnik. Svietlana uśmiecha się. Robi się ciemno. Ciężkie ołowiane chmury zasłaniają niebo. Jest już wieczór. Staruszka zasypia. Jako jedna z ofiar Głodu jest dla mnie bohaterką. Jej zmęczona twarz spokojnie opada. Docieramy do Kijowa. Godzina 19. Miasto oświetla milion świateł. Widok jest niesamowity.

 Jesteśmy na miejscu. Dom Svietlany. Małe dwupokojowe mieszkanko. Pani Luba otwiera nam drzwi. Pomaga kobiecie zdjąć płaszcz i obejmuje ją. Zaprasza mnie do salonu. Siadamy przy stole. Stoi na niej wazon z kwiatami, a obok niego leży gazeta. Słyszę tykanie zegara. Luba z kuchni przynosi herbatę. W oknie pali się samotna świeczka. Jej płomień przypomina o tych, którzy zginęli, a pamięć po nich trwa w ciszy. Nikt o tym nie mówi. Smutek. Zaduma.

Wychodzę z mieszkania. Wracam do hotelu. Noc. Telefon. Dzwoni Luba.

 I znowu wieś Pukhivka. Rzeka płynie dalej. Las rośnie, a czas mija. Cmentarz. Chata z dwoma izdebkami. Historia dziewczynki. Anioł. Śmierć. Svietlana jest już po drugiej stronie. Odeszła wczoraj. Cisza. Pustka. Nie ma jej. Zasnęła. Ale jej historia dalej istnieje. Świeczka, szyszki, kora drzew.... na zawsze będą brzmieć jej ciepłym głosem. Siedzę nad wodą. Wpatruję się w stare domy. Jest pięknie. Wieczór. Wieś Pukhivka. Ukraina. 

Licznik odsłon: 493
2020  Ogólnopolski Turniej Reportażu im. Wandy Dybalskiej   globbersthemes joomla templates