Klaudia Kostarelas - Weselmy się!

„Ciepła wódka jeszcze nigdy nie położyła żadnego wesela, ale na tych, na których podaje się ją w kubełkach z lodem i co lepsza stale, goście pieją z zachwytu” - zapewnia autor „pięciu przykazań weselnych” na jednym z serwisów oferujących kompleksową organizację tego jedynego (z założenia) w życiu dnia. Statystyki podają, że liczba udzielanych ślubów znacząco wzrosła w ostatnich latach – przeważyła chęć stabilizacji i wyższy poziom świadomości młodych czy jednak schłodzona wódka?

Zielona na sprzymierzonych
- Czy to ta na Sprzymierzonych, jadąc Wojska z miasta, po prawej stronie? - pyta kierowca z wadą wymowy. Chce mi się śmiać, ale jestem zbyt wycieńczona wczorajszym weselem.
- Taka zielona na Sprzymierzonych- odpowiadam i opadam z powrotem na tylne siedzenie taksówki.
„(...) Willa przy obecnej Al. Wojska Polskiego 65 powstała prawdopodobnie pod koniec lat 70-siątych XIXw. (...), określana jako utrzymana w typie włoskiego neorenesansu. Możliwe, że należy do grupy willi zaprojektowanych przez architekta E.J. Deckera.(...)” - dowiaduję się z dużej tablicy w holu, który dziś posłuży także za parkiet. Czytam tablicę jeszcze dwa razy, po czym udaję się do jednej z czterech sal odchodzących od pomieszczenia. Jest 17.27, co oznacza, że nie spóźniłam się ani minuty, a nawet mogłabym oddać się lekturze raz jeszcze.
Swoim zwyczajowym „cześć młoda” wita mnie Janusz (już na pierwszym spotkaniu przeszliśmy na „ty”), mój szef, który rzadko zwraca się do mnie po imieniu. Następnie przypomina mi o trzech elementarnych zasadach: dobrze się ruszasz, czysto śpiewasz, ładnie wyglądasz.
55-letni mężczyzna wygląda na znacznie młodszego niż jest w rzeczywistości. Jest szczupłym, krótko ściętym blondynem, ma 196cm wzrostu, co sprawia, że na scenie wyglądam przy nim jak kruszyna. Jego lekko zadarty nos i odstające uszy (w prawym błyszczy złoty kolczyk – pamiątka z młodości) sprawiają, że jego twarz wydaje się przyjemna. Janusz prowadzi dość niezobowiązujący tryb życia w myśl zasady „małżeństwo dobre dla mamisynków”, co jednak nie przeszkadza mu w coniedzielnym obiedzie u mamy.
W zespole jest jeszcze Ania. Uwagę przyciągają jej długie blond włosy i imponującej długości paznokcie w kolorze dojrzałej śliwki węgierki (później dowiaduję się, że to jednak nie są tipsy). Dziewczyna „ma czym oddychać i na czym siedzieć”, wiec przy niej również nie prezentuję się zbyt okazale. Potęguje to jeszcze fakt, że pozbyłam się moich pszenicznych włosów na rzecz rudych. A jak to mawia Janusz „blond jest bardziej sceniczny”.


Ten czwarty
Cała trójka zasiada przy specjalnie przygotowanym dla orkiestry stoliku. Na szczęście dziś mamy swoje osobne pomieszczenie i w czasie przerw nie przyjdzie nam oglądać wznoszących kolejne toasty gości weselnych. Wprawdzie nie zdarzyło się nam jeszcze, aby przez ponad 10 godzin pracy nie podano nam nawet szklanki wody, mimo wszystko doceniamy luksus dzisiejszego wieczoru, czyli suto zastawiony własny stolik.
Jedno miejsce jest nadal puste. Zaczynamy więc obstawiać, kto będzie dziś z nami pracować. Fotograf czy kamerzysta, gbur czy dowcipniś. Z burzą loków, chudy, żonaty, z depresją, miłośnik gry w bierki... Jest dużo kombinacji. A może kobieta?
Wreszcie się zjawia. Kamerzysta. Tęgi, dość wysoki mężczyzna, na oko koło czterdziestki. Włosy: brak. Z tą łysą głową wygląda trochę jak skin, ale uprzejmie się z nami wita, co sprawia, że wydaje się odrobinę mniej groźny. Nie chcę się do niego uprzedzać – w końcu zabawi z nami co najmniej do 1.00.
Do przyjazdu młodych mamy jeszcze 15 minut. Janusz zaczyna więc swoją zwyczajową „pogadankę zapoznawczą”. Po wymianie niezbędnych uprzejmości i przebrnięciu przez wszystkie szczeble kariery zawodowej tematem rozmowy staje się polityka. Rozpoczynamy program standardowy: użalanie się nad Kowalskim i narzekanie na sytuację w kraju.
- Nie lubię, jak czarni panoszą się po naszych ulicach – cedzi mężczyzna z łysą głową i wreszcie coś zaczyna się dziać - Nie lubię też Arabów i innych kolorowych.
- Jest pan więc rasistą - z poważną miną oznajmia Janusz.
- Moja żona zostawiła mnie dla Araba. Mam prawo być rasistą – twarz kamerzysty wykrzywia grymas. Zapada niezręczna cisza.
- A... to ma pan rację. - kończy szef i z ulgą zabiera się za rosół, który został podany przez znajomego kelnera...

Zabawę czas zacząć
Najistotniejszym elementem na weselu jest czynnik ludzki – w tym przypadku dobór gości. Podobno gwarantem dobrej zabawy jest przewaga osób młodych...
Zaczynają się schodzić.
- Zobacz, ile dzieciaków. Może uda nam się skończyć trochę wcześniej – szepce Ania, zakrywając mikrofon dłonią. Jej twarz promienieje na samą myśl, że wyjdziemy stąd przed 5.00.
Pierwszy taniec. Młodzi w środku, wszyscy pozostali na brzegu. Okazuje się, że pan młody kompletnie nie ma poczucia rytmu, a jego wybranka musi nadrabiać również uśmiechem za nich dwoje. Po chwili tłum gapiów bardzo dobrze odnajduje się w nowej sytuacji i zaczyna tańczyć naokoło najważniejszej tego wieczoru pary.
- Panie robią kółeczko w środku, panowie na zewnątrz - bez większego entuzjazmu zleca przez mikrofon Janusz, który prócz roli naszego szefa wciela się także w wodzireja – a teraz panie się odwracają i wybierają sobie partnera do tańca – kończy.
Jak zwykle okazuje się, że panów jest nieco mniej niż pań, wiec tym ostatnim pozostaje wspólne podrygiwanie w rytm muzyki. Tym sposobem pierwsze pląsy na parkiecie mamy za sobą, a goście powoli udają się do swoich stołów. Nagle z przejętą i nieco wyniosłą miną zjawia się u nas świadkowa.
- Prosiłabym o niearanżowanie żadnych wspólnych tańców ze świadkiem. Najlepiej żebym nie musiała mieć z nim zbyt dużej styczności. Niech pan ma to na uwadze – oznajmia Januszowi i w ślad za innymi siada na swoim miejscu.
- Niezła laska – mówi szef, odprowadzając wzrokiem kobietę i uśmiecha się pod nosem - trochę wredna, ale podoba mi się.
Już wiem, kogo będzie dziś podrywał.

Blok, przerwa, blok
Spoglądam na zegarek – dopiero 23.00. Dla mnie, Ani i Janusza oznacza to jeszcze sześć ciężkich godzin pracy. Wesele to sekwencja „blok, przerwa, blok” - taka periodyzacja zdecydowanie ułatwia nam przetrwanie całej imprezy. Odstępstwem od reguły staje się wyjście do toalety czy pożeranie (głównie wzrokiem) pyszności ze stołu. W menu weselnym każdego z lokali można dostrzec wiele analogii. Łatwo jest zapamiętać, że na wejście wchodzą przystawki, następnie rosół (dziwactwem jest pomidorowa) , potem schabowy/ de volaille / wieprzowina w sosie z ziemniaczkami i surówką. Więcej niż pewne jest, że o 22.00 zostaną podane „płonące szaszłyki”, które każdy szef kuchni każe zapowiadać jako superniespodziankę i przy wnoszeniu dostaniemy sygnał, aby włączyć fanfary. Godzina 1.00 to tort, o 2.00 podaje się kurczaka z rożna, następnie na stołach pojawia się bigos, później flaczki bądź gulaszowa. Gdy wesele ma się ku końcowi, możemy się spodziewać barszczu czerwonego z pasztecikami albo krokietami. Słodkie desery są niestety rzadkością.

Atrakcja wieczoru
- No chłopaki, czas coś zagrać – Januszowi zbiera się na żarty po 10 – 15 minutach siedzenia przy stoliku. Tyle trwa nasza przerwa między blokami muzycznymi. Wraz z Anią wstajemy niechętnie, kończąc ostatni kawałek ciasta (sernik jest dziś wyśmienity) i udajemy się w stronę holu, w którym znajduje się nasza prowizoryczna scena.
- Powiedz, żeby mi puścił „Dżage” - prosi Ania, chyba chcąc zabłysnąć przed kimś, ponieważ ten numer jest jednym z jej popisowych. Nie mylę się zbytnio, bo po 10 sekundach pyta, czy widzę przystojnego bruneta tańczącego z „tą brzydką blondyną z wylewającym się biustem”.
- Biust ma nieprzeciętny, twarz też niczego sobie - odpowiadam złośliwie.
Po mojej kolejnej uwadze na temat proporcjonalnej figury dziewczyny Ania nie odzywa się do mnie do końca bloku.
Zabawa toczy się swoim rytmem. Przebojowa para brunet - blondynka wyraźnie wyróżnia się spośród tłumu (parkiet mieści ponad 40 gości, którzy właśnie zdecydowali się na pląsy), prezentując swoje imponujące umiejętności, zdobyte, zdaje się, na kursie tańca. Ich jive zatańczony został pierwszorzędnie. Moją chwilę zadumy nad dobrym jivem przerywa postać, której nie kojarzę z poprzednich bloków. Ma nieskoordynowane ruchy i „zamglony” wraz twarzy. Jest to niska kobieta po pięćdziesiątce, ubrana w zielony kostium kontrastujący i jej fioletowym kolorem włosów. Odsuwam się od mikrofonu i wybucham śmiechem dopiero, gdy dostrzegam, że ciągnie za sobą przyczepiony do prawego buta papier toaletowy. Dzielę się swoim spostrzeżeniem z Anią, zażegnując jednocześnie nasz konflikt spowodowany „proporcjonalną figurą blondyny”. Po pięciu minutach ktoś wyprowadza panią z papierem przy bucie na zewnątrz, gdyż okazuje się, że mimo, iż dobrze ubrana, nie jest gościem weselnym.

To już jest koniec
- Młoda zaśpiewa jeszcze ze mną coś Krawczyka, ty w tym czasie ruszaj ustami, bo mam tam nagrane chórki. Potem puszczę jakieś nudziarstwo, żeby im przypadkiem do głowy nie przyszło przedłużanie imprezy, a potem, moje drogie, każda łapie za kabelek, który leży koło niej i zwijamy interes – próbuje zakończyć szef.
- Ale mnie odwozisz pierwszą? - pytam dla pewności.
- O cholera... dam ci dychę na taksówkę, bo zanim odwiozę Ankę do Polic, minie z pół godziny. I pamiętaj, że twoja mama ukręci mi głowę, jak się gdzieś zgubisz - Janusz uśmiecha się do mnie i ruchem ręki zaprasza nas na scenę.
Muzyka cichnie, wzniesiony zostaje ostatni toast. Jedyne, co pozostaje niezmienne to błysk o oczach państwa młodych. Może rzeczywiście nie chodziło o kubełki z lodem..?
Wskazówka zegara osiąga godzinę piątą.

2019  Ogólnopolski Turniej Reportażu im. Wandy Dybalskiej   globbersthemes joomla templates