Aleksandra Piontek - Mój ojciec Hanys

W antryju, na byfyju, stoi szolka tyju

Śląsk nie mówi głośno. Mówi półsłówkami, między haustem kawy a oddechem po papierosie. Mój ojciec spod Rybnika również nie mówił wiele, ale kiedy milczał, wiedziałam, że myśli o domu. A kiedy już mówił, to powtarzał, że jego pokolenie miało prościej – praca, dom, niedziela w kościele. Dla mnie to raczej monotonia niż ciekawy plan na życie. On nie rozumie, po co się tyle zastanawiać. Ja nie rozumiem, jak można żyć bez pytań. Spotykamy się gdzieś pośrodku – przy stole, między jego gwarą a moim milczeniem.

Gdzieś pod Rybnikiem w latach 1989-1996 – Rodzina P.

– Uwarzyłach wom franfuterki. Stowejcie, bo do kościoła zaroz trza bydzie iś, synki!

Jak co niedziela cała rodzina szła na poranną mszę do kościoła. Matka wstawała pierwsza i przygotowywała śniadanie dla męża i dzieci. Tradycyjna rola kobiety w gospodarstwie domowym. Po mszy wracali do domu. Mąż, po całym tygodniu pracy, zasiadał w salonie, a żona przystępowała do gotowania. Zapach tłustego rosołu na świeżej kurze i włoszczyźnie kojarzył się z niedzielnym południem. Bulgot wody gotującej się na makaronie. Cienkie nitki do rosołu, stąd też nazwa „zupa z nudlami”, tę potrawę dzieci wręcz uwielbiały. Na drewnianej desce w mące leżały ukulane gumiklejzy, czekając na kąpiel we wrzątku. Gdy czerwona kapusta była w półmisku, tłuczek do mięsa szedł w ruch. Stukot tłuczka rozklepującego mięso wołowe na desce roznosił się po całym domu. Mąż w tym czasie podgłaśniał radio w salonie, w którym leciało jego hanys-disco.

Wybijała godzina dwunasta. Gdy zadzwonił Anioł Pański w kościele, przy stole zasiadała cała rodzina – ojciec, matka, trójka synów i córka. Talerze z gorącą zupą parowały, a z kuchni unosił się zapach smażonych rolad.

– Ale żeś dobro zupa uwarzyła. To je boskie! – mówi mąż przy obiedzie.

– A dziynki ci, chopie. Ciesza sie, że ci smakuje moje warzenie – odpowiada uśmiechnięta żona.

Córka pomaga matce sprzątać ze stołu – ruchy mają wprawne, codzienne, jakby idealnie wpasowane w rytm domowych obowiązków. Tymczasem w pokoju obok męska część rodziny szykuje się do wyjścia. W powietrzu czuć lekkie napięcie i ekscytację – dziś ważny dzień. Środek sezonu żużlowego, a na torze spotkają się WTS Wrocław i ROW Rybnik.

Po krótkim pożegnaniu – kilka słów, uśmiech, trzask drzwi – cała czwórka wsiada do białego malucha. Silnik warczy znajomo, ociężale, w końcu rusza na stadion. Tam dziś będzie się działo. Tłumy ludzi przed bramkami, ale bilety już kupione. Chłopaki niecierpliwią się przed wejściem, a ojciec skupiony czeka cierpliwie. W dłoniach trzyma ołówki i tabele biegowe. Nareszcie ich kolej. Wchodzą do swojego sektora, gdzie zawsze siedzą. Doskonały widok na linię startową. Wielkie traktory wjeżdżają na tor, nawadniają i grabią podłoże, aby przygotować idealne warunki do jazdy. Najmłodszy z synów patrzy na to zafascynowany. Nareszcie zaczyna się to, na co wszyscy czekali. Stadion wypełnia się pomrukiem oczekiwania, który z każdą sekundą rośnie, aż w końcu przeradza się w jeden potężny warkot. Na tor wyjeżdża czterech żużlowców. Dwóch w barwach gospodarzy – jeden w czerwonym, drugi w niebieskim. Obok nich dwójka gości: żółty i biały kask. Silniki ryczą coraz głośniej, dźwięk odbija się od trybun, niesie się po całym stadionie. W powietrzu czuć zapach spalonego metanolu i świeżej ziemi. Każdy z zawodników skupiony, pochylony nad maszyną, czeka na moment, w którym taśma pójdzie w górę. Emocje sięgają zenitu – kibice wstają z miejsc, flagi falują, a z głośników dobiega dźwięk fanfar. W tłumie słychać okrzyki, gwizdy, pojedyncze bębny nadają rytm oczekiwaniu. Na tor wchodzą piękne, młode kobiety w dopasowanych strojach z logo sponsorów. Ich obecność jest jak krótki oddech w tym napięciu – przedsmak widowiska, które za chwilę eksploduje. Ustawiają się przy linii startu, unoszą tablice z numerami biegu. Stadion milknie na moment. Potem znów – huk silników, błysk kasków, drżenie powietrza. Zaraz ruszą.

Biała taśma idzie ku górze. Zawodnicy ruszyli, rozsiewając za sobą chmurę rozpylonego żużla. Kibice krzyczą. Czerwony w ostatniej chwili wyprzedza żółtego – wynik 4: 2 dla gospodarzy.

Ojciec zadowolony wpisuje wynik do tabeli – synowie powtarzają ruch ojca – i tak to wygląda przez 15 rund.

– ROW… ROW… ROW Rybnik!

– No to co, synki? Jadymy do chałupy, zanim się zrobi gensto – i wszyscy ruszają w stronę wyjścia.

Wracają do domu w ciszy. Po emocjach na meczu poczuli zmęczenie i satysfakcję. W radiu lekko przygrywało Lady Pank, a za oknem słońce przybierało ogniste barwy, struny ostatnich promieni przebijały się pomiędzy familokami. Dzieci na tylnych siedzeniach zapadały w sen, a ojciec skupiał się na drodze, będąc myślami już przy poniedziałku i pracy. Śląsk nie mówi głośno. Milczy, ale w tym milczeniu jest wszystko – praca, zmęczenie, rodzinna lojalność. Wtedy jeszcze tego nie rozumiałam.

Gdzieś pod Rybnikiem, w domu rodzinnym – 2005 rok

oczami przyszłej żony

Wywiózł mnie na wieś. Minęliśmy jeden kościół, parę gospodarstw i nagle z asfaltu wjechaliśmy w błoto. Polna droga prowadziła między dwoma polami – po lewej pszenica, po prawej kartofle, które ktoś dopiero co okopał. Na skrzyżowaniu dróg stała kapliczka z figurką Maryi ubranej w niebieską sukienkę, a poniżej sztuczne kwiaty w słoiku po ogórkach. Wokół nic, tylko pola i trzy domy w oddali. Jeden z nich pewnie jego. Zatrzymaliśmy się przy bramie z kutego metalu. Dom był duży, niedbale otynkowany, z anteną satelitarną na dachu i pelargoniami w oknie. Z ganku zeszła kobieta w fartuchu i w klapkach. Zanim zdążyłam wysiąść, on już krzyczał:

– Mama! Patrz, przywiozłech ci kogoś!

Nie wiedziałam, czy mam się uśmiechać, czy raczej udawać, że mnie tu nie ma.

– To ten dom? – spytałam speszona.
– Ja, tukej mieszkom – powiedział spokojnie, jakby to było oczywiste.

Mieszkam na Śląsku od urodzenia, ale moi rodzice są przyjezdni. Mama z gór, tata z Mazur. Mówią, że Śląsk to ich dom, ale jak byłam mała, to w niedzielę w kuchni pachniało nie roladą, ale pierogami. Na podwórku wszyscy mówili po swojemu – trochę po śląsku, trochę po warszawsku, trochę po prostu po blokowemu. Nasze bloki były jak mikroskopijna Polska – zlepione z ludzi, którzy przyjechali tu za robotą i lepszym życiem. Zgodziłam się pojechać na urodziny jego mamy, żeby w końcu poznać „prawdziwą rodzinę ze Śląska”. Ale nie spodziewałam się, że wywiezie mnie na takie odludzie. Wysiadłam z auta i poczułam zapach ziemi – takiej, co jeszcze pamięta końskie kopyta i gnój. W powietrzu wisiała cisza, przerywana tylko gdzieniegdzie szczekaniem psa. Z domu dochodził zapach smażonej cebuli i czegoś tłustego.

– Wejdziesz? – spytał.
– Chętnie – skłamałam.

W środku było ciepło i trochę duszno. Na ścianach wisiały święte obrazki i zdjęcia dzieci w pierwszokomunijnych strojach. W rogu kredens z serwetką i figurką aniołka, a na stole misa z modrą kapustą. Jego matka witała mnie uściskiem mocnym i szybkim, jakby chciała mnie przytrzymać, zanim ucieknę.

– Siodejcie! Zaroz podom jedzynie – powiedziała, poprawiając fartuch.

Mój chłopak usiadł obok ojca, który w milczeniu nalewał sobie piwo do kufla z napisem „ROW Rybnik”. Z radia leciał śląski szlagier.
Siedziałam sztywno, próbując nie dotknąć koronkowych obrusów.

– To ta twoja dziewczyna z miasta? – spytała babcia z końca stołu.
– Ja, ta – odpowiedział z dumą, ale i lekkim rozbawieniem.

Śmiali się. Ja też się uśmiechnęłam, choć właściwie nie wiedziałam dlaczego. Czułam, że jestem na egzaminie – nie z matematyki ani z inżynierii, tylko z bycia „swoją”. Po czasie zjechała się cała jego rodzina – wujkowie, ciotki, kuzyni. Wszyscy zasiedli do długiego stołu, który ciągnął się z jadalni aż do salonu. Obok telewizora, figurki Matki Boskiej z Lourdes i kryształowej popielniczki kończył się obrus, który nie mieścił się już na stole. Mnóstwo dań, szwedzki stół, tylko w wersji śląskiej. Kiełbasy swojskie, talerze salcesonu, karczku, boczku, szynki – wszystko własnej roboty. Pieczywo, sery, ciasta pani gospodyni – pachniało drożdżami i masłem. W moim domu zawsze była sałatka jarzynowa i talerz wędlin z marketu, więc na początku nie wiedziałam, czy to jedzenie się je, czy raczej kontempluje. Wszystko to patrzyło na mnie łapczywie – jakby chciało, żebym spróbowała każdego kawałka, jakbym tak miała zdać jakiś egzamin z „bycia swoją”. Kiedy w końcu wszyscy usiedli, zaczęło się gwarne święto rozmów. Dźwięki mieszały się z zapachem smażonego tłuszczu i stukotem sztućców.

– Wiedziołeś, że cera od Adolfa się żynić bydzie we wrześniu? – zagadał jeden z jego wujków do ojca.
– Niy godej! Z tym synkiem od masorza? – odpowiedział ojciec, aż łyżka mu zawisła w połowie drogi do talerza.
– Ja! Nie ciulom cię tera! – dodał wujek z dumą, jakby sam załatwił ten ślub.

Wszyscy się roześmiali. Ja – nie. Pierwsze, o czym pomyślałam, to to, że mówią o cerze – o skórze, że może dziewczyna miała problemy dermatologiczne i w końcu „się żeni”. Potem usłyszałam coś o masorzu i przez chwilę byłam przekonana, że chodzi o masażystę. Dopiero po chwili, gdy chłopak szepnął mi do ucha:
– Cera to córka, a masorz to rzeźnik – zrozumiałam, że znalazłam się w zupełnie innym świecie językowym.

Z każdym kolejnym zdaniem czułam, że moje blokowe wychowanie, mój neutralny polski i wszystko, co znam, rozpływa się jak masło na gorącym chlebie. Tu każdy znał każdego, każde imię miało historię, a każda historia – anegdotę. Kiedy ktoś mówił o „Adolfie z dołu”, wszyscy wiedzieli, o kogo chodzi. Kiedy padło „tyn, co się kiedyś wywalił na rowerze koło sklepu”, wszyscy zanieśli się od śmiechu. A ja tylko się uśmiechałam – w rytm śmiechu innych, z opóźnieniem, jak echo.

– Tyś z miasta, niy? – zapytała mnie jedna z ciotek, kiedy odkładałam widelec.

– Tak, z Knurowa.
– To ty tam z tych bloków? – zabrzmiało jakby nieco prześmiewczo.
– No, z bloków.
– Aaa, to teroz cie rozumiem. Bo wy tam wszystko po sklepie kupujecie, niy?

Kiwnęłam głową, nie wiedząc, czy to był zarzut, czy stwierdzenie faktu. Chłopak uśmiechał się z końca stołu. Było mu trochę głupio, ale nic nie mówił. Na Śląsku się nie tłumaczy.

20 lat później

Kiedy zaczęliśmy się spotykać na studiach, nikt z nas nie myślał o tym, że światy mogą się nie skleić. On z małej wsi pod Rybnikiem, wychowany w porządku i milczeniu, z ojcem, który codziennie o szóstej rano pił kawę przy radiu i matką, która w niedzielę piekła rolady. Ja z bloków, gdzie nikt nie znał sąsiadów po nazwisku, a niedziela znaczyła zakupy w Auchan. Ślub był dla mnie jak sen, który ktoś wymyślił zamiast mnie. Jego rodzina przyjęła to z uśmiechem, ale między wierszami dało się słyszeć: „No, żyni się nasz chop z gorolką”. Niby gratulacje, niby życzenia szczęścia, ale czułam, że za każdym „powodzenia” stoi – ciekawe, jak długo wytrzyma. Pamiętam dzień wesela.
On w garniturze szytym na miarę za ostatnie pieniądze z wypłaty, ja w sukni, z powodu której głodowałam ostatni miesiąc. W remizie grała kapela – akordeon, saksofon i głos, który śpiewał, że „miłość niy pyto, miłość bierze”.
Pod sufitem wisiały serpentyny, a pod stołem stały butelki po wódce. Przy pierwszym tańcu wszyscy bili brawo, ale kiedy przyszło do oczepin, ktoś zawołał półżartem:
– No, tera nasz chop z gorolką, to bydzie mieć komu prać i gotować!
Śmiech. Długie, przeciągłe ha, ha, ha! Ja też się zaśmiałam, choć w środku zrobiło mi się zimno. Po dwudziestu latach nadal nie czuję się „swoja”. Nie dlatego, że ktoś mi to wypomina. Po prostu tu wszystko ma zapach wspomnień, których nie mam. Każdy zna kogoś „od kogoś”, każdy pamięta, kto był „tym od masorza” albo „tym, co na żużlu złamoł noga w dziewięćdziesiątym trzecim”. Ja pamiętam tylko, że wtedy chodziłam do szkoły i nie miałam pojęcia, gdzie leży ten Rybnik. Nauczyłam się robić rolady, lepić gumiklejzy, nawet godać trochę po śląsku, ale jak powiem „kaj” – to wszyscy słyszą, że nie moje. Jakby to „kaj” miało inną wagę w ustach rodowitej, a inną w moich.

2025 – od dziecka czułam, że w moim domu jest inaczej

Był on podzielony. Przykład? Święta. Wigilię spędzamy zawsze w naszym domu z babcią w Małopolsce. To prawdziwa mieszanka kultur — trochę jakby Kraków spotkał Katowice na wspólnym opłatku i nie do końca wiedział, kto ma pierwszy mówić „Zdrowie!”. Babcia na dole w kuchni gotuje barszcz, lepi pierogi i uszka. A tata? Tłucze konopie na tradycyjną zupę. Brzmi podejrzanie? Spokojnie, u nas po tej zupie nikt nie ma wizji, najwyżej lekką zadumę nad losem narodu.

Przepis: konopie opłukać, a następnie namoczyć na noc. Rano gotować w tej samej wodzie przez 20 minut, potem wodę odlać. Gotować konopie ponownie, a następnie odwar zlać do garnka. Konopie zalać i znów gotować około 20 minut. Powtórzyć 2–3 razy.

Całą Wigilię słychać, jak ojciec walczy z ubijaniem ziaren. To taki nasz rodzinny soundtrack świąt – stuk, stuk, stuk, a w tle babcia krzyczy, żeby uważał, bo znowu coś roztrzaska. Kiedy w końcu zasiadamy do stołu, zamiast dwunastu potraw mamy ich piętnaście. Jakby nikt nie chciał się przyznać, że to już koniec gotowania. Potem jest moczka – taki śląski „kompot”, choć tak naprawdę to coś o wiele gęstszego i cięższego. Gdyby tradycje miały gęstość, moczka byłaby betonem. Ale dobrym, aromatycznym betonem z bakaliami.

Przepis: nagotować kompotu ze śliwek suszonych i owocowego suszu. Namoczyć piernik w tym kompocie, żeby nie przywierał do dna – trzeba ciągle mieszać. Dodać bakalie, cukier do smaku, trochę masła. Można dodać sok z cytryny – jeśli ktoś lubi czuć, że żyje.

Kiedy w Boże Narodzenie jedziemy na Śląsk do dziadków, stół wygląda zupełnie inaczej. Nie znajdzie się tam pierogów ani barszczu. Za to będzie konopiotka, moczka i makówki – śląska święta trójca, której nie rusz nawet łyżką bez błogosławieństwa babci.

Pamiętam, jak w pierwszej klasie była tradycja dawania tyty, tuby z cukierkami na rozpoczęcie szkoły. Ja też taką dostałam, bo mój ojciec – konserwatysta i tradycjonalista – bardzo się na to uparł. Nie miałam nic przeciwko jako dzieciak, ale mieszkamy w Małopolsce, a tu takiej tradycji nie ma. Dlatego dostałam swoją tytę w samochodzie, żeby inne dzieci nie widziały. Czułam się trochę jak agentka specjalna – tylko zamiast tajnych dokumentów miałam landrynki. Wiele razy widziałam, że mojego ojca traktowano gorzej. Pamiętam, jak kiedyś w sklepie kasjerka nie mogła go zrozumieć i powiedziała mu, żeby się „poprawnej polszczyzny nauczył”. Wtedy pierwszy raz pomyślałam, że język potrafi być jak zupa – niby ten sam skład, a jednak każdy gotuje po swojemu. Z biegiem lat coraz wyraźniej widziałam, jak bardzo te dwa światy się różnią i jak mocno oba we mnie siedzą. W domu mówiło się po polsku, ale w święta w domu taty z ust rodziny wyrywały się słowa, których nie znałam z podręczników. Niektóre brzmiały twardo jak śląski węgiel, inne miękko jak małopolskie „się”. I choć czasem myślałam, że jedno wyklucza drugie – dziś wiem, że właśnie z tego powstałam ja. Czasem coś „szło na szranki”, czasem coś było fest dobre, a czasem po prostu niy szło. Dla mamy to brzmiało obco, dla mnie – jak muzyka, której znaczenia długo musiałam się uczyć. W związku z tym w naszym domu powstawał swoisty miks – tata łączył polszczyznę z gwarą, a pozostali domownicy go rozumieli, choć sami nie posługiwaliśmy się śląską godką. Wszystko to spowodowało, że po przeprowadzeniu się w Beskidy musiał on tej polszczyzny się nauczyć, a my naturalnie przez środowisko szkolne również nie używaliśmy tego, czego ojciec nas próbował nauczyć. W szkole nie mówiłam, że tata jest ze Śląska. Nie dlatego, że się wstydziłam. Bardziej dlatego, że nikt by nie zrozumiał. Dla koleżanek Śląsk to były kopalnie, czarne twarze górników i śmieszne słowa z kabaretu. Dla mnie – zapach konopi gotujących się godzinami na kuchence i dźwięk ubijaka uderzającego o metalową miskę. Z czasem zaczęłam zauważać, jak tata milknie w towarzystwie. Na rodzinnych imprezach w Małopolsce siedział cicho, uśmiechał się, kiwał głową, ale nie wtrącał się do rozmów. Jakby bał się, że jego słowa znów zabrzmią inaczej, że ktoś się uśmiechnie pod nosem. Mówił, że „niy ma po co godać, jak ludzie i tak nie słuchają”. A ja słuchałam. Z każdą jego opowieścią o dzieciństwie, o kopalni, o dziadku, który „robił na grubie”, czułam, że to też jest moja historia – tylko zakurzona, jakby schowana w innym języku.

Niestety, ta unikatowa kultura w Polsce powoli umiera. Z każdym rokiem coraz trudniej zauważyć tradycyjne śląskie rodziny, a gwara przestaje być naturalnym językiem domów, nie jest już przekazywana z pokolenia na pokolenie – zaczyna brzmieć jak echo przeszłości, coraz cichsze i coraz bardziej odległe. A jednak, wśród tej nostalgii i zanikania pojawia się ktoś, kto potrafi rozniecić na nowo żar śląskiej tradycji. Michał Froehlich, młody chłopak z Wilczej w województwie śląskim, niespodziewanie stał się internetowym fenomenem. W sieci znany jest jako „Pan Babcia” – pseudonim, który od razu zaciekawia i budzi sympatię. Jego filmiki na TikToku osiągają dziś miliony wyświetleń, a ich siłą jest szczerość, prostota i autentyczność, których tak bardzo brakuje w świecie wygładzonego, sztucznego kontentu. Michał gotuje tradycyjne śląskie potrawy według przepisów swojej babci — od modrej kapusty po kluski i rolady, a przy tym opowiada rozmaite historie, posługując się prawdziwą, żywą godką śląską. To właśnie dzięki temu jego nagrania są czymś więcej niż tylko kulinarnymi tutorialami: są lekcją historii, kultury i domowego ciepła, którego w śląskich rodzinach kiedyś było pod dostatkiem. Dziś, będąc organistą w lokalnym kościele, Michał łączy w sobie dwa światy: tradycję, która powoli zanika, oraz nowoczesność – szybkie, migające kadry internetu. I właśnie ta nieoczywista kombinacja sprawiła, że jego przekaz trafił do serc internautów w całej Polsce. Dzięki niemu temat śląskiej tradycji wrócił do łask, a gwara – choćby na moment – znów wybrzmiała głośno i dumnie.

Jego popularność eksplodowała szybciej, niż ktokolwiek mógł przewidzieć. Zaledwie w kilka miesięcy od pierwszych nagrań pojawił się w „Dzień Dobry TVN”, a w „Gazecie Wyborczej” ukazał się artykuł opisujący go jako jedno z najciekawszych współczesnych zjawisk związanych z kulturą regionalną. Tak więc Michał, znany w sieci jako Pan Babcia, nie tylko gotuje i wspomina, ale przede wszystkim przywraca pamięć o języku i codzienności, które powoli ulatują jak para znad garnka z wodzionką. W reportażu na kanale „Czwórka” na YouTubie opowiada z rozbrajającą szczerością: „U nos się zawsze godało biegle gwarą. Mówić się w ogóle nie mówiło. Szczerze wom powiym – musza wom się do tego przyznać: jo nie umia mówić… bo potem wychodzą takie dziwne połączenia. Na przykład – szołżech kiedyś po schodach i storołech się mówić. No i pedziołżech – Musza się chwycić tego gelyndra, niy? A gelynder to je poręcz, niy? No i jo musza godoć cały czas, bo potem wyłażą takie dziwne rzeczy- połączenia”.

Jego śmiech po tych słowach jest równie zaraźliwy jak nostalgia, którą wywołują. Widać w nim chłopaka, który wyrósł w świecie, gdzie gwara była naturalna jak zapach niedzielnego rosołu, a jednocześnie młodego twórcę, który czuje odpowiedzialność, by tego świata nie pozwolić zapomnieć. Autentyczny, prostolinijny, nieudawany – właśnie taki Pan Babcia podbił serca widzów w całej Polsce i sprawił, że śląskie słowa znów brzmią dumnie, głośno i z uśmiechem.

Kiedy dorosłam, zaczęłam wracać do tych słów, do tych smaków i dźwięków, do tyty, którą dostałam po kryjomu w samochodzie, żeby nikt się nie śmiał. Do tego cichego wstydu, który z biegiem lat zamienił się w dumę. Bo dziś wiem, że jestem trochę stąd i trochę stamtąd. Z Małopolski, gdzie na Wigilię pachnie barszczem i uszkami, i ze Śląska, gdzie z garnka paruje konopiotka, a w kuchni słychać „niy godoj, ino jedz”. Długo myślałam, że muszę wybrać, kim jestem. Ale nie muszę. Mogę być jednym i drugim – trochę z miasta, trochę ze wsi, trochę z Małopolski i trochę ze Śląska. Bo tak właśnie pachnie mój dom – mieszanką dwóch światów, które czasem się kłócą, ale zawsze siadają przy jednym stole.

Licznik odsłon: 186
2026  Turniej Reportażu   globbersthemes joomla templates