Nagrody Wojewody i Marszałka Województwa
Maria Konchakovska - Kwiaty wokół dziur po kulach
Z daleka wojna brzmi jak echo. Jak dźwięk zza ściany, który nie może trafić do środka. Albo my sami nie pozwalamy mu dotrzeć. W miejscach, do których kamery nie zaglądają, życie trwa dalej. Tam, gdzie budynki mają więcej blizn niż tynku, ktoś maluje kwiaty. Nie dlatego, że nie wie, co w nie trafiło. Ale dlatego, że nawet dziury po kulach trzeba jakoś oswoić.
Sonia, 19 lat, Charków
02:30
Leżę w korytarzu swojego mieszkania, bo tu jest najmniej szyb do rozbicia, gdyby coś uderzyło obok. Reguła czterech ścian. Ciekawe czy kiedykolwiek kogoś ochroniła. Pies przykleja się do drzwi, drży, tak za każdym razem. Mama modli się szeptem, jakby od tego cisza miała wrócić do domu. Syrena zakłóca spokój nocy, a ja próbuję sobie przypomnieć, jak to było kiedyś, gdy zasypiałam w pokoju bez żadnych myśli, a nie w strachu między butami.
07:40
Rano idę do szkoły, która od kilku dekad stoi na rogu osiedla, optymistycznie ozdobiona różnymi muralami, chociaż niektóre okna wymieniono albo wstawiono te prowizoryczne z pleksi. Trolejbus ruszył, ale przejechał tylko kawałek, zanim światło zniknęło w całej dzielnicy. Na ogłoszenia dotyczące prądu nawet nie zwracam uwagi. Włączają go i wyłączają, jakby dziecko bawiło się pilotem. Kierowca zatrzymał się i otworzył drzwi, nic niezwykłego, przykre, ale to już codzienna rutyna. Idę pieszo. Miasto bez prądu żyje inaczej. Jest w nim więcej powietrza, więcej kroków, mniej ludzkich głosów, tylko szum generatorów. Obok mnie utyka chłopak niewiele starszy ode mnie, żołnierz, ostrzyżony na łyso, z dziwnym dla tak naiwnej twarzy dojrzałym spojrzeniem. Podobnych twarzy widzę coraz więcej. Pół roku temu rząd obniżył wiek poboru. Mówią nam, że wygrana przed nami, że jeszcze trochę, że to sprawa honoru. Wszędzie ładne plakaty: „Wybierz aktywną walkę”, „Co odpowiesz wnukom za 30 lat, jak będą cię pytać, co robiłeś podczas wojny?”. Mnożą się billboardy upamiętniające poległych żołnierzy. Mobilizacja dawno nie opiera się na ochotnikach, ludzie są zatrzymywani na ulicy, w sklepach, w pracy i zabierani przez zespoły rekrutacyjne. To spłata długu, wszystko dla ojczyzny. Tylko jego cena jest zbyt duża. Ojczyzny nie interesuje, czy masz rodzinę albo doświadczenie wojskowe. Wyrzucą cię, gdzie wyrzucą, zapłacą tyle, ile zapłacą. Chciałabym z tym chłopcem porozmawiać. Nie o wojnie – o nim. Czy marzy o tym samym, o czym marzą wszyscy w jego wieku? O czym myśli, gdy nikt nie patrzy? Czy ktokolwiek powiedział mu, że może nie chcieć tej wojny? Ale nie mówię nic.
11:25
W szkole jest zimno, ale to nie jest skrajny chłód, po prostu długie korytarze. Zakładam kurtkę, bo w salach nie zawsze grzeją. Nauczycielka mówi, że musimy przerobić materiał do matury, chociaż połowę lekcji spędzamy w wilgotnej, szkolnej piwnicy, która jest nazwana schronem. Przecież wiemy, że jak coś na nas spadnie, to z tego schronu się nie wydostaniemy. Część zajęć odbywa się zdalnie, ale tam też wszystko potrafi zgasnąć. I nagle zostajesz sam, tylko twoja twarz na czarnym ekranie.
14:30
Po szkole szybko biegnę na zajęcia z siatkówki, jutro mamy bardzo ważny mecz. A po nim z drużyną pójdziemy na zakupy do galerii. Oby znowu nie było syreny, bo sklepy zamkną, albo jeszcze gorzej, odwołają trening. W drodze mijam chłopaków na podwórku. Grają w piłkę, która kilka razy odbija się od muru razem z odpadającym tynkiem. Chłopaki żartują, robią z siebie nawzajem pośmiewisko, tak jak zawsze. Gdy uderza coś daleko, słyszymy przytłumiony huk i nagle wszyscy zamieramy. Stoimy wtedy chwilę w ciszy. A potem idziemy, każdy w swoją stronę.
23:40
Kiedy nie mogę spać, przypomina mi się moje stare osiedle – Sałtowka. Tam stał mój dom i szkoła. Pierwsza jazda na rowerze, kłótnia z chłopakiem, który wyśmiał fryzurę mojej przyjaciółki, kolędowanie z kuzynką, dom sąsiada, który płonął tej nocy, kiedy wszystko się zmieniło. Czasem wydaje mi się, że czuję znowu ciepło tego pożaru. Wtedy zaczynam rozmyślać o tym, jak szybki i gwałtowny może być koniec istnienia. Myślałam, że życie ludzkie jest takie znaczące, długie. Dziwne, że coś tak wielkiego i skomplikowanego może zniknąć w sekundzie. Dlaczego nie wyjadę? Nie umiem tak odpowiedzieć, żeby to brzmiało logicznie. Może dlatego, że poza Charkowem czułabym się jak kopia bez oryginału. A może dlatego, że nawet ciemność tutaj znam na pamięć. Każdy zakręt, nawet te, których już nie ma.
Natalia, 72 lata, Głuchów
07:40
Stoję w kolejce po mąkę. Czasami czuję się jak dziecko, kiedy jeszcze za sowieckich czasów chodziłam z mamą pod sklep mięsny. Dziwne, ale te wspomnienia rozgrzewają duszę. Od tygodnia obiecują nam sześć litrów mleka na głowę. Czy je dostaniemy, czy znowu znajdziemy je na sklepowych półkach po zwykłej cenie? Biorę dwa kilogramy mąki, bo tyle przydzielono. Mąż nie ma siły nosić sam.
11:25
W domu czeka wnuczka. Najmniejsza, Dasza, promyczek wśród burzy, ledwo co ukończyła trzy lata. Ostatnio przeleciał pocisk tuż obok jej przedszkola. Na szczęście wybuchł w powietrzu, bo gdyby trafił, kto wie, ile by z niego zostało. Mała narzekała. Przez wybuchy wypadło jej ciasteczko z ręki, a pani nie pozwoliła go zjeść. Teraz nauczyła się nowej piosenki i już drugi dzień powtarza ją bez przerwy. Kiedy słyszy syrenę, mocno mruży oczy. Zna ten dźwięk. Biorę ją wtedy na kolana i włączam bajki na telefonie, żeby choć na chwilę oderwać ją od strachu. Patrzę przez okno, na drogę, która przecina Głuchów od zawsze. Trasa łącząca Moskwę z Kijowem. Przed wojną zawsze powtarzałam wnukom, żeby ostrożnie przez nią przechodzili, bo samochody cały czas pędziły nią jak wicher. Teraz ta pustka krzyczy głośniej niż hałas. Na lodówce wciąż wiszą rysunki starszych wnuków. Wyjechały do Polski na samym początku wojny. Nie widziałam ich od tamtej pory. Boję się, że następnym razem, gdy przyjadą, nie będę w stanie ich rozpoznać. A jeszcze bardziej boję się, że ich w ogóle nie zobaczę. Córka znowu pisała, żebym do niej przyjechała. Mówi mi, że w końcu będę mogła odpocząć od alarmów, spokojnie się wyśpię. Ale kiedy otwieram drzwi i czuję, jak pachną szydełkowe firanki w korytarzu, jak skrzypi schodek, którego nie wymieniono od mojej młodości, to wiem, że nie mogę zostawić miejsca, które mnie lepiej pamięta niż ludzie.
14:30
Z przyjaciółkami czasem wybieramy się „ładnie posiedzieć”, do lokalnej piekarni, powspominać dawne czasy. Dyskoteki wiejskie, nowe sukienki i „buty ze stolicy”. Wtedy to wszystko miało znaczenie, wydawało się takie ważne i szczęśliwe.
23:40
W nocy coś huknęło. Rakieta. Wybuch dwie ulice dalej. Dom zatrząsł się, pies na ulicy, który nigdy nie dawał nikomu spokojnie zasnąć, przestał szczekać. Próbowałam zadzwonić do córki, ale sieci nie było. O wybuchach nikt nie mówi przez telefon, mogą podsłuchiwać. Walczę z drżeniem rąk i śliną, która stanęła mi w gardle. Słyszę skrzypnięcie łóżka. Mąż przewrócił się po raz kolejny. Choroba, hemipareza, zamknęła go tu jak w klatce, ale serce ma twarde. Ostrożnie zaglądam do niego z korytarza, tam śpię, bo ściany nie mają szyb i jest szansa, że odłamki nie dopadną mnie w nocy. Nie wiem, czego boję się najbardziej, chociaż o tym myślę najwięcej. Śmierci, bezradności, samotności czy tego, że wszystko, co znałam, zniknie? W takich momentach przestaję myśleć w ogóle. Na razie chcę tylko, żeby moi bliscy ocaleli. Takie marzenia na miarę czasu.
Olena, 28 lat, Kijów
11:25
W pracy robię wszystko jak zawsze. Odpisuję na maile, poprawiam tabelki w Excelu, klikam w te same rubryki co wczoraj. Na przerwie obiadowej idę do kuchni porozmawiać z koleżankami. Tematy powtarzają się już trzeci rok:
„Straszna noc dzisiaj była…”, „Mój syn już drugi tydzień siedzi na edukacji domowej. Jak ja mam normalnie pracować?”, „Przez te wyłączenia wody kran przestał nam w ogóle działać”.
Pytają o mojego męża. Jak tam jest na froncie, czy coś mówił, gdzie jest wróg, jak idzie obrona? Na początku odpowiadałam szczerze, że się boję, że milczy, że kolejny tydzień się nie odzywa. Teraz nie mam już na to siły. Mówię tylko: „Ciężko. Jak zawsze”. Koleżanka, której mąż siedzi bezpiecznie w biurze i nigdy nawet nie trzymał broni, dodaje: „No wiesz, teraz wszystkim jest ciężko”. Chcę coś jeszcze powiedzieć, ale język przykleja mi się do podniebienia. Wiem, że teraz wszystkim jest ciężko. Mama zawsze powtarzała, że kiedy toniesz, nie ma znaczenia, na jakiej głębokości, woda to woda. Ale i tak ledwo powstrzymuję wściekłość. Jak mam jej wytłumaczyć, że moje „ciężko” to nie tylko wysokie ceny w sklepie ani wyłączenie prądu? Że moim „ciężko” od kilku lat jest ciągła niewiedza, że nie wiem, co się dzieje z najważniejszą osobą w moim życiu. Że widzę jak mąż, którego znałam tyle lat, zapada się pod ciężarem bycia w wojsku. I że najgorsze jest to, że nie mogę mu w żaden sposób pomóc. W tle słyszę, jak koledzy rozmawiają o nowym aucie. Dźwięczy ich śmiech. Ich świat jest inny. Nienaruszony, czysty, równy, ciepły. Mój jest jak szyba po uderzeniu. Niby popękany, ale wciąż trzymający się, krzywo i ledwo, ale w jednym kawałku. Wiem, że nie powinnam być na nich zła. To przecież dobrze, że nie wiedzą, czym są walki, że mogą spokojnie się śmiać, nie myśląc czy przeżyją do jutra. Ale jednak…
14:30
Wracam ulicą, którą znam na pamięć. Przed wojną, gdy studiowaliśmy, często po wykładach chodziliśmy tu z mężem na kawę. Kawiarnia nadal stoi, nadal do niej chodzę. Tylko już rzadziej. Podnoszę głowę i widzę baner. Wisiał tam już wcześniej, ale dziś pierwszy raz przypatruję mu się dokładnie. Dziewczyna na zdjęciu ma rozpuszczone włosy, uśmiecha się jak instagramowa influencerka. Pod zdjęciem napis: „A mój w Azowie”. Obok popularna emotka paznokci, wprost z rolki na Tik Toku. Wiem, co to ma znaczyć, jej chłopak jest „elitarny”. Ma być to powód do chwały. Życie stało się nagle bardziej wartościowe, bo on walczy w jednym z najbardziej znanych pułków. Poświęca się dla dobra kraju. Ale ja wiem, nie z reklam, coś innego, że bycie żoną żołnierza nie jest medalem. Nie jest ładnym cytatem czy podpisem do zdjęcia. Jest ryzykiem. Jest cieniem, który kładzie się na każdym dniu. Azow to legenda, tak. Każdy pamięta, jak żołnierze bronili Mariupola w najcięższych warunkach. Legenda wymaga bohaterów, a bohaterowie żyją krótko. Patrzę na tę dziewczynę, na jej pewność siebie, jakby stała obok mnie, by otworzyć mi oczy i pokazać, że tak naprawdę bycie żoną żołnierza jest trendowe i modne. Propaganda potrafi zamienić strach w iluzję prestiżu. Widziałam wiele takich reklam, ale ta trafiła w mój czuły punkt, bo mąż nie jest w Azowie. Może i na szczęście. Niestety, jest tam, gdzie błoto zamarza na mundurze, gdzie człowiek staje się punktem na wielkiej mapie i może zniknąć w każdym momencie.
23:40
Dzisiaj mamy naszą siódmą rocznicę. Bycie żoną żołnierza zaczyna się od prostego faktu: musisz być gotowa na nieobecność. W święta. W weekendy. W dni, które są tylko wasze. Chociaż nawet w tych ciężkich warunkach znajdują się sposoby, żeby zakryć tę przepaść. Pamiętam, gdy 8 marca żołnierz, dobry kolega rodziny, przyszedł do mnie z torbą kwiatów: „Twój Andrij prosił, by ci oddać, wszystkiego najlepszego”. Zaproponowałam herbatę, ale odmówił, bo miał jeszcze osiem rodzin na liście. Już nie żyje. Siedzę na łóżku. Jak zawsze po lewej stronie, tej mojej, bo mąż nie lubił spać przy ścianie. Po prawej leży jego kocyk, ten śmieszny, porwany, ale nigdy nie zgodził się go wymienić. Pamiętam, że często denerwowałam się przez to, bo psuł mi estetykę sypialni. Od momentu, gdy wyjechał na służbę, nie przesunęłam go ani o milimetr. Dzwonię do niego. Drugi dzień z rzędu nie odpowiada. W końcu słyszę znajomy, przygłuszony i zdarty głos, pytam:
– Hej, to ja. Jesteś bezpieczny?
– W miarę. A ty?
– Dobrze. Wszystko w porządku.
– Cieszę się.
Cisza. Kiedyś rozmawialiśmy o wszystkim, wszędzie i zawsze. Teraz parę słów ma nam wystarczyć. Dużo się zmieniło. Za każdym razem, gdy wraca, dostrzegam coraz większe różnice. Pod oczami coraz ciemniej i pełno zmarszczek. Pamiętam, że kiedyś często się kłóciliśmy, bo zawsze mówił bez zastanowienia. Teraz, gdy przyjedzie, siedzi sam, w milczeniu patrzy w lustro. Chciałam, żeby się ogarnął i dorósł. Ile bym rzeczy zmieniła, gdybym wiedziała, co się wydarzy.
02:30
Patrzę przez okno. Miasto ciemne i puste. Parę samochodów, cicho przejeżdżają szeroką szosą. Kiedyś zakrywałam szczelnie zasłony, żeby zasnąć. Tej nocy jest dziwnie spokojnie, a i tak nie mogę spać. Odkąd to wszystko się zaczęło, nie pamiętam, co znaczy sen. Zamykam oczy, próbuję wziąć głęboki oddech. Nie umiem jednak wyrzucić z pamięci godziny policyjnej ani drażniącego światła lamp, które wtedy świecą najjaśniej.
Dla dobra bohaterów ich imiona w tekście zostały zmienione. Ich wiek i miejsce akcji są zgodne z prawdą.
